KIM JESTEŚMY REDAKCJA MARKETING DYSTRYBUCJA OGŁOSZENIA LISTY DO REDAKCJI KONTAKT 21 listopad 2017
E-WYDANIE
PUBLICYSTYKA
REPORTAŻ
LUDZIE I MIEJSCA
TAKIE CZASY
CZAS PRZESZŁY
CZAS TO PIENIĄDZ
DRUGI BRZEG
CZAS NA WYSPIE
AKTUALNOŚCI
ARTFUL FACE
PAN ZENOBIUSZ
FAWLEY COURT
REWERS
DOBRE, BO POLSKIE
SYLWETKI
LONDYN W SUBIEKTYWIE
OPOWIADANIA LONDYŃSKIE
ROZMOWA
LISTY DO REDAKCJI
KULTURA
RECENZJA
SYLWETKI
ROZMOWA
CO SIĘ DZIEJE
FELIETONY
KRYSTYNA CYWIŃSKA
ANDRZEJ LICHOTA
WACŁAW LEWANDOWSKI
GRZEGORZ MAŁKIEWICZ
V.VALDI
SPORT
AKTUALNOŚCI
RELACJA
ROZMOWA
FELIETON
GALERIA
PODRÓŻE
PO LONDYNIE
PO WYSPIE
POLSKIE DROGI
PO ŚWIECIE
W CZASIE I PRZESTRZENI
CZAS NA RELAKS
ZDROWIE POLECAMY
NA ŁAWECZCE
MANIA GOTOWANIA
KRZYŻÓWKA
KRONIKA ABSURDU
NA KOŃCU JĘZYKA
TO I OWO
ARTERIA
ARTYŚCI
GALERIA
EWA OBROCHTA
BASIA LAUTMAN
BEATA KOZŁOWSKA
WOJCIECH SOBCZYŃSKI
RYSZARD SZYDŁO
PAWEŁ KORDACZKA
MARIA KALETA
MAREK BORYSEWICZ
KRZYSZTOF MALSKI
KONRAD GRABOWSKI
JUSTYNA KABAŁA
IWONA ZAJĄC
ELZBIETA PIEKACZ
ELZBIETA CHOJAK
ELA CIECIERSKA
CAROLINA KHOURI
ANIA PIENIĄŻEK
AGNIESZKA KOWAL
A.HANDZEL-KORDACZKA
ANDRZEJ KRAUZE
ANDRZEJ LICHOTA
DAMIAN CHROBAK
GRZEGORZ LEPIARZ
SŁAWEK BLATTON
ANDRZEJ MARIA BORKOWSKI
PAWEŁ WĄSEK
MARCIN DUDEK
JOANNA SZWEJ-HAWKIN
DANUTA SOŁOWIEJ
TOMASZ STANDO
AGNIESZKA STANDO
OLGA SIEŃKO
FOTOREPORTAŻ
AGATA HAMILTON
JOANNA CIECHANOWSKA




W taki deszcz bez parasola
2011.03.02 / Grażyna Maxwell
TAGI: czas na relaks Grażyna Maxwell
Share |
Obrazek szósty

Spragniona nowych wrażeń i w poszukiwaniu pokus przyjęłam zaproszenie od starej znajomej, która teraz obraca się na wyżynach towarzyskich sfer. Z zawodu projektantka meblościanek i szaf, obecnie prezentuje programy telewizyjne „Przemień swój dom w świątynię”. Jej drugi zawód to obnoszenie swojego statusu gwiazdy.

Ona wybrała restaurację. Przez koneserów podniebienia okrzyczaną londyńskim La grande bouffe, gdzie wszystkie zmysły stymulowane są do granic estetycznych i fizjologicznych możliwości. Epoka obfitości i marnotrawstwa w całej swojej krasie. Architekci zachowali industrialną przeszłość byłej tkalni; wysokie palmy w kwadratowych donicach sięgają do nieba, a tafla szklanego sufitu jest jednym wielkim oknem, przez które widać wędrujące chmury. Jak kiedyś, tak i teraz, odbywa się tam przędzenie i nawijanie na wielkie szpule nitek interesu.

Weszła. Była kobietą o dziwnej fizjonomii. Mała twarz, którą jak się raz zobaczy, nigdy się nie pamięta. Figura źle skomponowana. Jej strój jakby projektowany w burzy, a ubierany na drabinie strażackiej. Była całkowicie zrobiona za pomocą przemysłu kosmetycznego. Nawet głuche ucho mogło wyczuć dysonans w całej jej osobie. Miała na sobie garsonkę w niemodnym kolorze musztardy sarepskiej, która ciasno opinała jej szczupłą sylwetkę. Linia dekoltu i krótkiej sukienki prawie się spotykały. Kokieteryjnie wachlowała ciężkimi rzęsami, jakby podnosiła kurtynę na scenie teatru.

Rytuał powitania był głośny i aktorski. Wyśpiewałam zgrabny madrygał na jej cześć, który przyjęła bez krygowania, jakby jej się zwyczajowo należał.

Zamawia Kir Royal. – To dla podsycenia apetytu – mówi. – Aperitif ma być cool and dry, żebyśmy mogły jeść i jeść – i prowadzi mój wzrok w stronę długiego stołu szwedzkiego, który mógłby opasać całą kulę ziemską. Wyglądał jak żniwa i dożynki, plony chłopów przybrane w burżuazyjnym guście. Menu było starannie zaaranżowane według sezonów kalendarza i geografii pochodzenia dań. Delicje, specjały, frykasy były fantazyjną manifestacją sztuki kulinarnej.

– Wiesz – mówi Ona – fascynuje mnie nasza cywilizacja konsumpcji, jestem jej pierworodnym dzieckiem. Chcieć i mieć! Czy to nie podniecające? Mam prosty gust, zadawała mnie tylko to, co najlepsze. Świat ciasny, monotonny i prozaiczny nudzi mnie – wyrecytowała jak papuga swoje motto.

– Myślałam, że mamy kryzys konsumpcji i szukamy prawd wyższych – przerywam jej. – Nie tylko bogaci są szczęśliwi.

Wymieniamy całkiem nieważne myśli, nie te z rozdroży etyki i filozofii. Ona na pewno nie szuka przygód wśród arcydzieł tego świata, a ja złapałam się sama w pułapkę jej przeciętności. Pestki wiśni w głowie…

– Jestem głodna jak wilk, mogłabym zjeść konia z kopytami – wchodzi mi w myśl. Nie miałam przeczucia, że ta metafora to omen!

Podchodzimy do tego gastronomicznego ołtarza. Ja robię misterną kompozycję z zakąsek, kawior i bliny, mus z łososia i przepiórcze jaja wplątane w gniazdko atramentowych spagetti. Ona nie dba o logiczny ciąg smaków, nie używa mapy podniebienia; na jej talerzu piętrzą się mięsa, pasztety i słodkie naleśniki.
– Widzę, że nie hołdujesz żadnym nakazom dietetycznym.
– Jestem śmiertelnie zmęczona udawaniem, że się jest normalnym – mówi Ona i szybko dodaje: – Każdego odmieńca ludzie uważają zaraz za świra.

Nie słyszę jej dobrze, bo mlaska, wpycha widelcem i łyżką jedzenie do ust. Biedny kelner się waha, co jej nalać, bo wino było tak starannie dobierane do potraw. Ona macha ręką, że to wszystko jedno, i głośno siorbie raz białe, raz czerwone.
– Lecę znowu do korytka – śmieje się Ona. Wróciła z kopiatą tacą jadła, jakby miało reprezentować Narody Zjednoczone na igrzyskach. Zachłannie upycha jedzenie w odkształconych policzkach, poci się i głośno sapie. Wyciąga z torebki jakieś pigułki i połyka ze wstrętem.
– Idę przypudrować nos – oznajmia i wychodzi. Wraca blada, drżąca, jej włosy w nieładzie.
– Jeśli wierzyć poetom, że każdy z nas jest opowieścią – zwracam się wesoło do niej – to ty na pewno jesteś książką kucharską z czasów króla Sasa.
– Ja żyję po to, by jeść! – oznajmia.
– To chyba jakiś geniusz inżynierii fizjologicznej cię skonstruował. Masz metabolizm jak górski potok.
– Zgłodniałam – oznajmia i wyrusza w następną pielgrzymkę. I już stoi przed nią stos pieczeni, rolad i krokietów. Wiosłuje po talerzach łyżką i widelcem i zapija głośnymi haustami. Znowu wybiera z torebki garść pigułek i połyka.
– To takie drobne wspomagacze – krzywi się – środki wymiotne, przeczyszczające, popychające i wypróżniające. To moje codzienne używki.

Ona połączona jest ze światem przewodem pokarmowym i przepuszcza jedzenie przez żarna swojego żołądka. Jej apetyt nie jest sublimacją głodu i poszukiwaniem rozkoszy podniebienia. Chyba zapędziła się w jakąś ślepą uliczkę ewolucji. Pokaż mi ile jesz, a powiem ci, kim jesteś.
– Muzyka wzmaga apetyt – mówi moja nie koronowana królowa obżarstwa i każe orkiestrze grać tarantelę. W szybkim rytmie kręci się jak fryga, donosząc do stołu kopiaste talerze ciast, kremów i tortów. Więcej i szybciej. Łakomie konsumuje, otoczona paterami jadła niczym wierną gwardią przyboczną.
– Proponuję ci model zdrowego żywienia – zagajam prostacko-dietetyczny reżim – świeże powietrze i zioła, dużo, dużo ziół.

Ona w odpowiedzi kieruje się znowu w stronę gastronomicznej spiżarni białek, tłuszczów i cukrów, wypełniając swój szaleńczy obrzęd jedzenia.

Muzyka nagle wspięła się w jakąś homofoniczną frazę. Niewidzialny komandor stołu szwedzkiego machnął czarodziejską różdżką i... zwinął całe jadło ze stołów. Rewolta węglowodanów i protein. Kunsztowne dania zaczęły się przeobrażać w swoje pierwotne formy bycia. Na łodziach odpływają jesiotry na Morze Kaspijskie, łososie, kraby, raki i setki ruchliwych krewetek. Stado owiec nakręciło kompas na północną Walię, a krowy i prosiaki w amoku tratują stoły i krzesła. Nawet warzywa i owoce ułożyły się posłusznie w wiklinowych koszach. Przepiórki, gęsi i kaczki prostują skrzydła i wznoszą się do lotu. W bajecznym transie przeobrażenia porządek naturalny został przywrócony.

– Jak to ? Gdzie się podziało jedzenie? – krzyczy Ona z przerażeniem. Leci do pustych stołów i rzuca się z otwartą jamą ustną na wazony z kwiatami. Najbardziej zagrożone goździki i bratki wycofują się pod osłonę kolczastych róż.

Królestwo obfitości, jak każde inne królestwo musi się bronić. Co nie jest dobre dla jednej pszczoły, jest z pewnością szkodliwe dla całego roju, a gdziekolwiek jest choroba, lekarstwo leży w zasięgu. Modlę się o nadprzyrodzoną interwencję w obronie religii jedzenia i picia. Intuicyjnie wiem, że samo życie jest wystarcząjaco pomysłowe i ma swoje sztuczki w zanadrzu.

Ona stoi zahipnotyzowana, patrzy na przesuwający się korowód cieni bulimii i anoreksji, i powoli mierzy egipską ekierką świat swoich demonów.
– Siedzę tu spokojnie, ale jeśli to jest zaraźliwe? – spłoszyłam się. – Nie dam jej jeść z mojej ręki, bo mi ją jeszcze odgryzie.

Nagle, jak na planie filmowym, pojawia się Hannibal Lecter. Sprytne owieczki, nawet w ucieczce zdążyły rozpalić jego naturalną ciekawość. Wysublimowany esteta przybył na swoją ucztę.
– Jak się na nią zapatrzy, to może będzie miał na nią apetyt – przebieram w regułach prawdopodobieństwa. Z tym silikonowym biustem wylewającym się poza burtę smukłego ciała wygląda całkiem apetycznie.

Dla mnie więcej wina! – wołam, niech pomąci mi umysł. Jest siedemdziesiąt tysięcy zasłon prawdy, piękności i rozumu. W fantastycznym świecie nieograniczonych możliwości niech rozum odsłania, co ludzkie, i to, co uniwersalne. 

Grażyna Maxwell

Dodaj komentarz:
Autor:
Wpisz hasło z obrazka: (małymi literami)


REKLAMA
PODCASTY
...zobacz inne podcasty
ARTERIA
...zobacz archiwum Arterii
REKLAMA
ENGLISH PAGE
...zobacz inne artykuły
ANKIETA
Czy wyjeżdźasz na wakacje do Polski?
liczba głosów: 24971
Tak

20807
83%
Nie

4164
17%
...zobacz archiwum ankiet
WYSZUKIWANE TAGI

Polsport |parapety granitowe wodzisław | karabińczyki nierdzewne | opieka Radlin | Immunolog śląsk | psycholog Cieszyn
prawnik wodzisław śląski | kotwy nierdzewne | masaże Wodzisław Śląski | pierścienie nierdzewne | stylistka katowice