KIM JESTEŚMY REDAKCJA MARKETING DYSTRYBUCJA OGŁOSZENIA LISTY DO REDAKCJI KONTAKT 23 wrzesień 2017
E-WYDANIE
PUBLICYSTYKA
REPORTAŻ
LUDZIE I MIEJSCA
TAKIE CZASY
CZAS PRZESZŁY
CZAS TO PIENIĄDZ
DRUGI BRZEG
CZAS NA WYSPIE
AKTUALNOŚCI
ARTFUL FACE
PAN ZENOBIUSZ
FAWLEY COURT
REWERS
DOBRE, BO POLSKIE
SYLWETKI
LONDYN W SUBIEKTYWIE
OPOWIADANIA LONDYŃSKIE
ROZMOWA
LISTY DO REDAKCJI
KULTURA
RECENZJA
SYLWETKI
ROZMOWA
CO SIĘ DZIEJE
FELIETONY
KRYSTYNA CYWIŃSKA
ANDRZEJ LICHOTA
WACŁAW LEWANDOWSKI
GRZEGORZ MAŁKIEWICZ
V.VALDI
SPORT
AKTUALNOŚCI
RELACJA
ROZMOWA
FELIETON
GALERIA
PODRÓŻE
PO LONDYNIE
PO WYSPIE
POLSKIE DROGI
PO ŚWIECIE
W CZASIE I PRZESTRZENI
CZAS NA RELAKS
ZDROWIE POLECAMY
NA ŁAWECZCE
MANIA GOTOWANIA
KRZYŻÓWKA
KRONIKA ABSURDU
NA KOŃCU JĘZYKA
TO I OWO
ARTERIA
ARTYŚCI
GALERIA
EWA OBROCHTA
BASIA LAUTMAN
BEATA KOZŁOWSKA
WOJCIECH SOBCZYŃSKI
RYSZARD SZYDŁO
PAWEŁ KORDACZKA
MARIA KALETA
MAREK BORYSEWICZ
KRZYSZTOF MALSKI
KONRAD GRABOWSKI
JUSTYNA KABAŁA
IWONA ZAJĄC
ELZBIETA PIEKACZ
ELZBIETA CHOJAK
ELA CIECIERSKA
CAROLINA KHOURI
ANIA PIENIĄŻEK
AGNIESZKA KOWAL
A.HANDZEL-KORDACZKA
ANDRZEJ KRAUZE
ANDRZEJ LICHOTA
DAMIAN CHROBAK
GRZEGORZ LEPIARZ
SŁAWEK BLATTON
ANDRZEJ MARIA BORKOWSKI
PAWEŁ WĄSEK
MARCIN DUDEK
JOANNA SZWEJ-HAWKIN
DANUTA SOŁOWIEJ
TOMASZ STANDO
AGNIESZKA STANDO
OLGA SIEŃKO
FOTOREPORTAŻ
AGATA HAMILTON
JOANNA CIECHANOWSKA




Wyspa - odcinek 39
2010.13.12 / Jacek Ozaist
TAGI: powieść wyspa
Share |
Początkiem 2010 roku było już naprawdę bardzo źle. Z pubem, z restauracją, ze wzajemnymi stosunkami, ze wszystkim. Podjąłem kilka prób dotarcia do sumienia, a zwłaszcza mózgu Marka, by ratować sytuację, ale jego bierność zatrzymywała we mnie wszelkie dobre odruchy. Zwykle nadawał się do życia, gdy wracał od dziewczyny z Polski lub parę dni po jej wizycie w Londynie. W pozostałe dwieście kilkadziesiąt tylko łut szczęścia gwarantował w kontaktach z nim jakiekolwiek sukcesy.
A przecież zależeliśmy od siebie, byliśmy naczyniami połączonymi, pracowaliśmy razem na wspólny rachunek. Tak mi się przynajmniej wydawało.

– Chyba zredukuję godziny pracy pubu – zagaił kiedyś w przedsionku między salą a kuchnią. – Być może zamknę w poniedziałki.
Skrzywiłem się, kręcąc z dezaprobatą głową.
– Na pewno jest inne wyjście. Nasze kelnerki mogą obsługiwać obie sale – odpowiedziałem rzeczowo.
– No, nie wiem. Zbyt dużo mi ginie piwa. Nie ufam twoim dziewczynom.

Ręce mi opadły. Nigdy wcześniej nikt nie mówił mi o takich podejrzeniach. W pubie mrowiło się od różnego autoramentu personelu, u nas kelnerki były dwie, a ostatnio właściwie już tylko jedna. Ale to ona miała zebrać cięgi za cały syf. Tak mnie zaskoczył, że nawet nie podjąłem walki o prawdę. Odwróciłem się na pięcie i zniknąłem u siebie. U siebie? Koń umarł ze śmiechu. Wszystko, co byłem w stanie wynieść, było moje, lecz żadną miarą nie mogłem powiedzieć, że jestem u siebie.

Powiedziałem o jego zarzutach Kamili, naszej ostatniej kelnerce. Nie bardzo wiedziała, co odpowiedzieć. Posłała mi smutny uśmiech, wzruszając ramionami.
– Nie potrzebuję jego piwa.
– Wiem.
– Co my teraz zrobimy?
– Nie wiem.

Oboje liczyliśmy, że Mark rozważy propozycję objęcia przez nią stanowiska wahadłowego pomocnika między salami. Wczesnym popołudniem bywali u niego raczej przypadkowi przechodnie, u nas raczkował dopiero ruch w tzw. lunch time. Jedna osoba spokojnie mogła obsłużyć wszystkich.

Mark nie był już tym samym człowiekiem, co cztery lata temu, gdy razem zaczynaliśmy rozruch Duke’a. Ja też nie byłem. Podskórnie czułem, że trochę mu namieszałem w życiu i sprawy nie poszły tak, jak chciał. Nie znał Polaków, bo przed akcesją nie było nas w Anglii zbyt wielu. Gdy zjawił się Grześ, a potem ja, całe rzesze rodaków przewinęły się przez pub oraz pokoje na górze, nie zawsze pozostawiając po sobie dobre wrażenie. Kilku kolesi nigdy nie uregulowało zaległości za pokój, a jeden chodził za Markiem, łkając, że potrzebuje 500 funtów na operację żony, i ten łatwowierny pacan mu pożyczył. Oczywiście, facet więcej się nie pojawił.

Często, po naszych piątkowych imprezach były burdy, ba, ziomale tłukli się między sobą nawet świętując zwycięstwo drużyny narodowej. Mark musiał nas mieć za dziwaków. Trochę szalonych, bezsensownie romantycznych, niezbyt wiarygodnych, ale zawsze absurdalnie dumnych z siebie oraz z własnych dokonań.

Wszedłem cicho do kuchni, gdzie Aneta kończyła zaplanowany na ten dzień żurek z kurkami. Często sam tak planowałem menu, żeby zjeść coś niezwykłego lub przypomnieć sobie zapomniane przysmaki. Miałem kuchnię, miałem kucharzy. Kto mógł zabronić mi marzyć? Jedynie Mark!
– Anetko, stało się – powiedziałem tylko.
Doskonale wiedziała, o co mi chodzi. Rozmawialiśmy o tym tysiące razy.
– Cieszę się – odparła. – Chętnie się stąd wyniosę.

Nie lubili się z Markiem ani trochę. On tolerował ją, bo musiał, ona nie musiała go tolerować, bo dbałem, by nie miała z nim kontaktu. Czasem mnie nie było i wtedy naprawdę iskrzyło. Kłócili się o takie duperele, jak źle zaparkowany samochód, krzywo ustawione stoły i krzesła na sali, czy sposób zapłaty za czynsz.
– Naprawdę się cieszysz?
Nawet jej powieka nie drgnęła.
– A coś ty myślał!? To przecież dziura, rudera, syf i mogiła!!!
Pociągnąłem nosem, by uciszyć natrętnie pchającą się łzę.
– Może dla ciebie. Ja tu trochę zdrowia zostawiłem.
– A ja nie? Porzuciłam lansową fuchę nad Tamizą, żeby grzebać w twoich garach. Los mnie pokarał...

Pokiwałem ze złością głową. Miała sporo racji. Niespodziewanie objęła schedę po marnym kucharzu-pijaku i wyprowadziła naszą kuchnię na prostą. Wkrótce potem razem zmodyfikowaliśmy menu, starając się przyciągnąć nowych klientów i przez okrągły rok mieliśmy w knajpie pełno ludzi.

Parę lat wstecz też ludzie marudzili, że Duke to melina, ale na imprezy zaglądało sporo ludzi. Restauracja również nie prezentowała się najlepiej, jednak najważniejsze było to, co wychodziło z kuchni. Smaczne, świeże obiady.

To już i tak nie miało znaczenia. Imprezy od dawna były martwe. Mimo prób wskrzeszenia. Czas nadchodził także na naszą restaurację. Nie byłem pewien, czy Mark tego chce, my chcieliśmy tego na pewno. Od paru miesięcy rozglądaliśmy się za czymś nowym. Stawaliśmy do konkursów na biznesplan, składaliśmy bezpośrednie oferty, aplikowaliśmy u pośredników, jeździliśmy po całym Londynie, szukając czegoś ciekawego do wzięcia. Byliśmy ledwo żywi, załamani nerwowo, lecz pełni pasji. Mark był stąd, my stamtąd. Jemu wszystko szło łatwo, nam jak po grudzie. To nas jeszcze bardziej motywowało.

W końcu dałem mu znać, że w ciągu paru tygodni zwijamy żagle. Miałem nadzieję, że coś zrobi, podejmie walkę, sprawi, że zewrzemy szeregi, jak dawniej. Nic z tego. Pasowało mu to.
– W takim razie, w porządku, facet – mruknąłem po nosem. – Jeszcze zatańczę na twoim grobie.

Jacek Ozaist

Komentarze:
klient (01.06.2011) pojebany jestes!!!

Dodaj komentarz:
Autor:
Wpisz hasło z obrazka: (małymi literami)


REKLAMA
PODCASTY
...zobacz inne podcasty
ARTERIA
...zobacz archiwum Arterii
REKLAMA
ENGLISH PAGE
...zobacz inne artykuły
ANKIETA
Czy wyjeżdźasz na wakacje do Polski?
liczba głosów: 23809
Tak

19810
83%
Nie

3999
17%
...zobacz archiwum ankiet
WYSZUKIWANE TAGI

Polsport |Kancelaria adwokacka Wodzisław Śląski | nity nierdzewne | cyriax wodzisław | TW couplings | produkcja kontraktowa suplementów diety
kuchnie na wymiar rybnik | odnowienie uprawnień spawaczy | supplements contract manufacturers | opaski kwasoodporne | personal shopping śląsk