KIM JESTEŚMY REDAKCJA MARKETING DYSTRYBUCJA OGŁOSZENIA LISTY DO REDAKCJI KONTAKT 21 listopad 2017
E-WYDANIE
PUBLICYSTYKA
REPORTAŻ
LUDZIE I MIEJSCA
TAKIE CZASY
CZAS PRZESZŁY
CZAS TO PIENIĄDZ
DRUGI BRZEG
CZAS NA WYSPIE
AKTUALNOŚCI
ARTFUL FACE
PAN ZENOBIUSZ
FAWLEY COURT
REWERS
DOBRE, BO POLSKIE
SYLWETKI
LONDYN W SUBIEKTYWIE
OPOWIADANIA LONDYŃSKIE
ROZMOWA
LISTY DO REDAKCJI
KULTURA
RECENZJA
SYLWETKI
ROZMOWA
CO SIĘ DZIEJE
FELIETONY
KRYSTYNA CYWIŃSKA
ANDRZEJ LICHOTA
WACŁAW LEWANDOWSKI
GRZEGORZ MAŁKIEWICZ
V.VALDI
SPORT
AKTUALNOŚCI
RELACJA
ROZMOWA
FELIETON
GALERIA
PODRÓŻE
PO LONDYNIE
PO WYSPIE
POLSKIE DROGI
PO ŚWIECIE
W CZASIE I PRZESTRZENI
CZAS NA RELAKS
ZDROWIE POLECAMY
NA ŁAWECZCE
MANIA GOTOWANIA
KRZYŻÓWKA
KRONIKA ABSURDU
NA KOŃCU JĘZYKA
TO I OWO
ARTERIA
ARTYŚCI
GALERIA
EWA OBROCHTA
BASIA LAUTMAN
BEATA KOZŁOWSKA
WOJCIECH SOBCZYŃSKI
RYSZARD SZYDŁO
PAWEŁ KORDACZKA
MARIA KALETA
MAREK BORYSEWICZ
KRZYSZTOF MALSKI
KONRAD GRABOWSKI
JUSTYNA KABAŁA
IWONA ZAJĄC
ELZBIETA PIEKACZ
ELZBIETA CHOJAK
ELA CIECIERSKA
CAROLINA KHOURI
ANIA PIENIĄŻEK
AGNIESZKA KOWAL
A.HANDZEL-KORDACZKA
ANDRZEJ KRAUZE
ANDRZEJ LICHOTA
DAMIAN CHROBAK
GRZEGORZ LEPIARZ
SŁAWEK BLATTON
ANDRZEJ MARIA BORKOWSKI
PAWEŁ WĄSEK
MARCIN DUDEK
JOANNA SZWEJ-HAWKIN
DANUTA SOŁOWIEJ
TOMASZ STANDO
AGNIESZKA STANDO
OLGA SIEŃKO
FOTOREPORTAŻ
AGATA HAMILTON
JOANNA CIECHANOWSKA




Wyspa - odcinek 40
2011.03.15 / Jacek Ozaist
TAGI: powieść wyspa
Share |
Wyszedłem przed Duke’a, przedostałem się na drugą stronę ulicy i obejrzałem się za siebie. Wyglądał inaczej, niż cztery lata temu, gdy zaczynałem moją tutaj przygodę: smutniej jakoś i mniej okazale. Jeden z mieszkających nad pubem polskich majstrów ciągle przy nim grzebał, próbując odrobić kolejny zaległy czynsz, lecz jego wysiłki niespecjalnie mi imponowały. Wydawało się nawet, że specjalnie robi to byle jak, by wkrótce znów mieć czynsz do odrobienia.
Ktoś, nieoczekiwanie, położył mi dłoń na ramieniu. Habba, jeden ze stałych bywalców Duke’a, uśmiechnął się do mnie przyjaźnie.

– Ciężko pracujesz. Kiedyś będziesz milionerem – powiedział całkiem poważnie.
Machnąłem ręką, odwzajemniając uśmiech.
– Chodź, postawię ci piwo – dodał Habba i pociągnął mnie w stronę pubu.

Ola kręciła się za barem, spisując dla Marka listę zakupów. Czułem do niej taką samą niechęć, jak kiedyś do Evy, którą pewnego wieczoru pomogłem pozbawić pracy za barem. Ola była nie do ruszenia. To ja musiałem się wynosić.
– Co u Grzesia? Jakieś wieści?
Habba był jednym z pubowych kolegów Grzesia. Dużo czasu ze sobą spędzili, wypijając przy tym morze piwa. Przy okazjonalnych spotkaniach jeden pytał mnie, co u drugiego.

Habba, czarnoskóry mężczyzna drobnej budowy o rzadkich włosach i zmęczonych oczach, postawił przede mną oszronioną butelkę Żywca. Nawet nie wiedziałem skąd pochodzi, czy urodził się tu, czy „przyemigrował”. Nigdy go o to nie zapytałem. Pytanie o czyjeś pochodzenie zawsze uważałem za niegrzeczne, bo zawierało w sobie tezę, że ten ktoś jest kimś z zewnątrz, że coś z nim nie tak. Mnie bardzo często pytano, skąd jestem i nie powiem, abym odczuwał z tego powodu jakąś frajdę.
– Nic ostatnio nie słyszałem – przyznałem – Wiem tyle, że spotkał dawną miłość i chyba z nią zamieszkał. Samotność nigdy mu nie doskwierała.
– Pozdrów go. Mam nadzieję, że sobie radzi.
Skinąłem w milczeniu głową.

Habba spędzał w Duke’u większość swojego życia. Tu przychodziła w odwiedziny jego najstarsza córka, tu też żona przywoziła mu w wózku najmłodszą, niczym na więzienne widzenie. Grześ mógłby sobie gawędzić z nim przy piwku, ale choroba alkoholowa nie pozwalała mu usiedzieć na miejscu. Poza tym, picie kosztuje. Habba zapewne korzystał z dobrodziejstw angielskiego systemu opieki socjalnej, a Grześ musiał zarabiać.
– Wynoszę się stąd za miesiąc – zwierzyłem się Habbie – Zostawiam Marka z całym tym bajzlem i próbuję sił gdzie indziej.
– Ciężki typ. Dla niego liczy się tylko kasa.
– Ale moją pogardził...
Wypiliśmy resztę piwa w milczeniu. Postawiłem Habbie jego ulubionego Lecha i poczłapałem do kuchni.

Biznes bujał nam się, niczym stara łajba na wzburzonym morzu. Jednego dnia nie zaglądał prawie nikt, nazajutrz ledwie wyrabialiśmy z realizacją zamówień. W gorsze dni zacierałem ręce, że już niedługo pójdę stąd precz, w lepsze trawiłem wątpliwości, dzieląc każdy włos na czworo.

Coraz częściej musiałem obsługiwać ludzi sam, bo żal mi było kasy na personel. Miałem chodzić z rękami założonymi do tyłu i udawać wielkiego szefa, a potem nie mieć na czyjąś wypłatę? Wolne żarty. Poza tym zbieraliśmy na nową knajpę, więc liczył się każdy pens. Zbieraliśmy, choć widoków na przeprowadzkę wciąż nie było.

Jeździłem, jak wariat – samochodem, autobusami, metrem, przemierzając Londyn wzdłuż i wszerz w poszukiwaniu nowej szansy. Widywałem straszne rudery, których czas dawno przeminął, i nowiutkie, pachnące świeżym tynkiem, dopiero co wyremontowane cacka. Najlepszy lokal trafił mi się w Fiztrovii, eleganckim zakątku leżącym między Oxford Street a Marylebone. Od razu było wiadomo, że to za wysokie progi, ale byłem odważny niczym polski piłkarz ligowy, który ma stawić czoło Realowi albo Milanowi i na pocieszenie opowiada w prasie, że jak spadać, to z wysokiego konia. Piękny, nowoczesny pub o nazwie Tower Tavern pozwolił mi poczuć swój kuszący zapach, po czym złośliwie trzasnął mi przed nosem drzwiami. Dwupokojowy apartament z dużym, niezagospodarowanym ogrodem na dachu, własny garaż i magazyn, przestronna piwnica – to wszystko uszczęśliwiło mnie na tylko na chwilę, niczym podrobiony kupon Lotto. Owszem, pozwolono mi złożyć ofertę, owszem przyjęto biznesplan i zwodzono przez kilka tygodni, lecz od początku Tower Tavern nie była sądzona komuś takiemu, jak ja.

Po tej porażce zawęziłem krąg poszukiwań i szukałem czegoś bliżej domu. Miałem na oku dwupoziomową knajpkę na Acton, duży lokal w zachodnim Ealingu i opuszczoną kawiarenkę na Greenford. Sprawy były w toku.

Habbę wyraźnie tego dnia nosiło, bo przeszedł na polską stronę Duke’a z kolejnym piwem dla mnie.
– Twoje zdrowie, młody człowieku – poklepał mnie po ramieniu, zataczając się lekko – Na mnie już czas. Do jutra.
– Dzięki za piwo. Do jutra, Habba.

Za barem pojawił się Mark ze zgrzewką taniej wódki w rękach. Nigdy nie lubiłem tego momentu. Wiedziałem, że teraz będzie przez pół godziny wnosił towar, po czym przyjdzie do mnie z jakąś duperelowatą pretensją. Kiedyś chętnie pomagałem mu nosić, ostatnio już tylko podpatrywałem, jak się męczy. W końcu, po nim, choćby potop.

Nagle przystanął i poszukał mnie wzrokiem. Złamał wszystkie procedury, by zadać mi pytanie:
– Jack, kiedy się wyprowadzacie?
– Czemu pytasz?
– Mam oferty...
– Daj mi tydzień albo dwa.
– Dobra, ale nie dłużej.
Pokiwałem smętnie głową, choć we mnie wrzało.

Gnoju niewdzięczny, gnido kasolubna, cieciu pospolity! Z tak krótką pamięcią o ludziach, którzy coś dla ciebie zrobili, doczekasz się tego samego – pomyślałem złośliwie i poszedłem zapalić.

Jacek Ozaist

Komentarze:
bezet (21.03.2011) Autor fabularyzuje czy narrator ściemnia? ;) Poszedłem zapalić?!... who is who? ;D bloisko, coraz bliżej, czekamy na finał!

Ewa Eva (21.03.2011) Czytam,czytam I czekam na wiecej:)Pozdrawiam Jacku

Dodaj komentarz:
Autor:
Wpisz hasło z obrazka: (małymi literami)


REKLAMA
PODCASTY
...zobacz inne podcasty
ARTERIA
...zobacz archiwum Arterii
REKLAMA
ENGLISH PAGE
...zobacz inne artykuły
ANKIETA
Czy wyjeżdźasz na wakacje do Polski?
liczba głosów: 24962
Tak

20799
83%
Nie

4163
17%
...zobacz archiwum ankiet
WYSZUKIWANE TAGI

Polsport |Adwokat Wodzisław Śląski | nakrętki nierdzewne | dom opieki Rybnik | Kluszczyk niepłodność | psychoterapeuta Cieszyn
zespół muzyczny rybnik | go on logistics | rehabilitacja Radlin | promieniowanie jonizujące Radlin | sklep alpinistyczny