KIM JESTEŚMY REDAKCJA MARKETING DYSTRYBUCJA OGŁOSZENIA LISTY DO REDAKCJI KONTAKT 23 wrzesień 2017
E-WYDANIE
PUBLICYSTYKA
REPORTAŻ
LUDZIE I MIEJSCA
TAKIE CZASY
CZAS PRZESZŁY
CZAS TO PIENIĄDZ
DRUGI BRZEG
CZAS NA WYSPIE
AKTUALNOŚCI
ARTFUL FACE
PAN ZENOBIUSZ
FAWLEY COURT
REWERS
DOBRE, BO POLSKIE
SYLWETKI
LONDYN W SUBIEKTYWIE
OPOWIADANIA LONDYŃSKIE
ROZMOWA
LISTY DO REDAKCJI
KULTURA
RECENZJA
SYLWETKI
ROZMOWA
CO SIĘ DZIEJE
FELIETONY
KRYSTYNA CYWIŃSKA
ANDRZEJ LICHOTA
WACŁAW LEWANDOWSKI
GRZEGORZ MAŁKIEWICZ
V.VALDI
SPORT
AKTUALNOŚCI
RELACJA
ROZMOWA
FELIETON
GALERIA
PODRÓŻE
PO LONDYNIE
PO WYSPIE
POLSKIE DROGI
PO ŚWIECIE
W CZASIE I PRZESTRZENI
CZAS NA RELAKS
ZDROWIE POLECAMY
NA ŁAWECZCE
MANIA GOTOWANIA
KRZYŻÓWKA
KRONIKA ABSURDU
NA KOŃCU JĘZYKA
TO I OWO
ARTERIA
ARTYŚCI
GALERIA
EWA OBROCHTA
BASIA LAUTMAN
BEATA KOZŁOWSKA
WOJCIECH SOBCZYŃSKI
RYSZARD SZYDŁO
PAWEŁ KORDACZKA
MARIA KALETA
MAREK BORYSEWICZ
KRZYSZTOF MALSKI
KONRAD GRABOWSKI
JUSTYNA KABAŁA
IWONA ZAJĄC
ELZBIETA PIEKACZ
ELZBIETA CHOJAK
ELA CIECIERSKA
CAROLINA KHOURI
ANIA PIENIĄŻEK
AGNIESZKA KOWAL
A.HANDZEL-KORDACZKA
ANDRZEJ KRAUZE
ANDRZEJ LICHOTA
DAMIAN CHROBAK
GRZEGORZ LEPIARZ
SŁAWEK BLATTON
ANDRZEJ MARIA BORKOWSKI
PAWEŁ WĄSEK
MARCIN DUDEK
JOANNA SZWEJ-HAWKIN
DANUTA SOŁOWIEJ
TOMASZ STANDO
AGNIESZKA STANDO
OLGA SIEŃKO
FOTOREPORTAŻ
AGATA HAMILTON
JOANNA CIECHANOWSKA




Wyspa - odcinek 42
2011.04.23 / Jacek Ozaist
TAGI: powieść wyspa
Share |
Siedzę naprzeciw niewysokiego człowieka w rogowych okularach i zastanawiam się, co ja tu w ogóle robię. Znalazłem lokal, nawiązałem kontakt, złożyłem ofertę. I co? I nic! Od kilku tygodni jesteśmy wodzeni za nos, jak gdyby ten ktoś prowadził tajemny eksperyment zgłębiający ludzką wytrzymałość. Lokal nazywa się The Clock i mieści w Hanwell, nieopodal Ealing Hospital. Ma kilka pokoi na górze oraz dużą salę z barem na parterze. Mało tego, w piwnicy jest kuchnia oraz spore powierzchnie magazynowe. Trzy kondygnacje możliwości!
Właściciel budynku zwleka i zwodzi. Nie bardzo wiemy, o co mu tak naprawdę chodzi. Chyba o pieniądze. Przed podjęciem ostatecznej decyzji, zostaliśmy wezwani do biura pośredniczącego agenta. Poproszono nas o napisanie skróconego biznesplanu i przedstawienia go podczas szybkiej konsultacji.

Siedzę i patrzę. Mam ochotę założyć ręce na piersi i pouśmiechać się głupkowato. Właściciel przyprowadził jakiegoś starszego pana i teraz obaj udają bardzo ważnych przedstawicieli arcyważnego rodu landlordów. Opowiedziałem im już bardzo szczegółowo, co i jak chcę w ich lokalu urządzić oraz ile się spodziewam z tego wyciągnąć.

Widzę, jak Aneta przewraca oczami. Ona też nie rozumie. Nawet agent nie rozumie postępowania tych ludzi. Powiedział mi cichcem, że pierwszy raz spotyka się z sytuacją, by właściciel nieruchomości wzywał potencjalnego najemcę na spotkanie z biznesplanem. Pewnie będzie trzeba to zrzucić na „naszą urodę”, „nasze szczęście” albo „my już tak mamy”. Chce mi się wyć.

– Myślę, że wystarczy nam informacji – człowiek w okularach wyciąga wypielęgnowaną dłoń, uśmiechając się lekko.

Nie wiem, co mam myśleć o tym uśmiechu. Zaciskam zęby i odwzajemniam go.
– Damy znać.
Wychodzimy na zalaną słońcem ulicę.

– A może trzeba było siedzieć cicho u Marka? – myślę na głos.
– E, tam. On nas też ma dość. Nie przynosisz mu już tyle kasy, co wcześniej.
– Na własne życzenie. Mógł się nie wtrącać i pozwolić mi robić swoje.
W milczeniu wleczemy się przez City.

Prawie zapomniałem, jaki Londyn potrafi być piękny, jak zaskakuje wbudowanym między stal i szkło starym kościółkiem, urokliwym skwerkiem, placykiem zakończonym stawem z rybami, zaułkiem z fikuśnymi schodkami, małym parkiem czy klombem. W codziennym emigracyjnym kieracie tak rzadko wychylamy głowy poza sypialniane osiedla, na których mieszkamy. Zwykle zwiedzałem Londyn, gdy ktoś do mnie przyjeżdżał w gości. Wypadało wtedy pojechać z nim na zwiedzanie. Trafalgar, Buckingham Palace, południowy brzeg Tamizy od Westminsteru po Tower Bridge. Pocztówkowo. Później mnie to znudziło i zacząłem uciekać od metropolii, by wejść na chwilę do lasu, poleżeć na łące, połazić po plaży i obejrzeć klify.

Teraz, idąc placem obok katedry św. Pawła, znów na chwilę czuję magię Londynu.
– Boję się – mówi cicho Aneta, wybijając mnie z przyjemnego odrętwienia.

Ciągnę ją na najbliższą ławkę. Słońce świeci mi w oczy.
– Boję się, że nam tego nie dadzą. W tych ludziach jest coś złowieszczego. Sama nie wiem. To tylko przeczucie.

– Poszukamy czegoś innego – mruczę bez przekonania.
– Ile można szukać..?
Nie odpowiadam. Myślę sobie w duchu, że naturalnym elementem rozwoju człowieka ambitnego jest parcie do przodu. Każdego dnia posuwa się o cal, o krok, o włos, myśląc, że jest bliżej celu. Ale co zrobić, gdy okaże się, że zabrnął w ślepą uliczkę? Ma się wycofać, przeprosić wszystkich po drodze i poszukać innej drogi? Do diabła, nie! Nie ma żadnej ślepej uliczki! Jeszcze nie!

– Dobra. Pozwólmy sobie na jeden strzał – mówię z przekonaniem. – Spróbujmy jeszcze raz, a jak się nie uda, to poszukamy sobie innego zajęcia. Przecież możemy robić cokolwiek. Ale może ci od Clocka w to wejdą.

– Męczy mnie ta ciągła tułaczka. Tyle lat tu jesteśmy, a od stabilizacji dzieli nas naprawdę wiele. Ciebie cieszy nieustanna walka. Wciąż od nowa, od nowa. Czasami myślę, że dłużej nie dam rady.

Kiwam ponuro głową. Coś rzeczywiście w tym jest. Cieszy mnie marsz, nie cel sam w sobie. Włażę z mozołem na jakąś górę i nawet przez moment nie umiem usiedzieć na jej szczycie. Już widzę następną, spoza której wyziera kolejna. W godzinie choroby lub śmierci będę naprawdę zaskoczony.

Gdy dojeżdżamy do knajpy, okazuje się, że ruch mamy dziś całkiem spory. To już ostatni tydzień, ale z jakości nie rezygnujemy. Jak na złość, jeden z klientów chce wykupić obiady w abonamencie na cały miesiąc.

Kiwam palcem z dezaprobatą w stronę Najwyższego.
Kopa w dupę rozumiem, ale ciosy poniżej pasa na koniec? Ej, no!

Ruch jak w ulu. Muszę zakasać rękawy i do roboty. Zaczyna brakować surówek. Lubimy to. Cholera, jak my to lubimy! Po to człowiek otwiera knajpę, żeby mieć koło czego biegać. A emigrant to klient niewdzięczny i niestabilny. Dziś zje i pochwali, jutro pogoni głód Pudliszkami albo kebabem. Dzień do dnia niepodobny. Raz sala zionie pustkami, innym razem brakuje stolików. Ale to już nie nasz problem. Teraz wykażą się inni.

Na koniec dnia dostaję od Marka SMS:

„Jack, chętnie odkupię wasze sprzęty kuchenne. Daj znać, czego nie potrzebujesz”.
Moje ręce sięgnęły kolan.
Kiedyś Mark powiedział mi, że przede wszystkim jest biznesmenem. Dodałem sobie, że tam gdzie dużo biznesmena, człowieka jest za mało.

Nie dostaniesz ani opakowania po soli – złośliwie się w myślach. – Odpal sobie e-Bay. Powodzenia.

Gdzie ja nie byłem, gdy wyposażaliśmy kuchnię w Duke’u! Po sztućce i zastawę ze stali nierdzewnej pojechałem aż do Bridlington w Yorkshire, po stoły i regały kuchenne do Bristolu, a po podgrzewacz do talerzy do maleńkiej wioski w Shropshire. Teraz Mark chciał to odkupić za jałmużnę, sądząc, że wycofujemy się z interesu na dobre. I pomyśleć, że tak niedawno rozważał oddanie pubu w moje ręce.

Jacek Ozaist


Komentarze:
bezet (26.04.2011) \"w moje ręce\"... W gardła Wsze - zdrowie nasze - albo jakoś tak ;) Zwartko - tak mi się odczytał ten odcinek (a siekiera wisi, albo strzelba, na finał - ale \"to tylko przeczucie ;). b

Dodaj komentarz:
Autor:
Wpisz hasło z obrazka: (małymi literami)


REKLAMA
PODCASTY
...zobacz inne podcasty
ARTERIA
...zobacz archiwum Arterii
REKLAMA
ENGLISH PAGE
...zobacz inne artykuły
ANKIETA
Czy wyjeżdźasz na wakacje do Polski?
liczba głosów: 23809
Tak

19810
83%
Nie

3999
17%
...zobacz archiwum ankiet
WYSZUKIWANE TAGI

Polsport |Obrońca w sprawach karnych Wodzisław Śląski | wkręty nierdzewne | fizykoterapia wodzisław | Storz couplings | terapeuta Cieszyn
zespół muzyczny pszczyna | usługi parkieciarskie grodzisk mazowiecki | rehabilitacja Rybnik | badania kierowców Żory | wizerunek w biznesie śląsk