KIM JESTEŚMY REDAKCJA MARKETING DYSTRYBUCJA OGŁOSZENIA LISTY DO REDAKCJI KONTAKT 28 marzec 2017
E-WYDANIE
PUBLICYSTYKA
REPORTAŻ
LUDZIE I MIEJSCA
TAKIE CZASY
CZAS PRZESZŁY
CZAS TO PIENIĄDZ
DRUGI BRZEG
CZAS NA WYSPIE
AKTUALNOŚCI
FAWLEY COURT
PAN ZENOBIUSZ
DOBRE, BO POLSKIE
SYLWETKI
LONDYN W SUBIEKTYWIE
OPOWIADANIA LONDYŃSKIE
ROZMOWA
LISTY DO REDAKCJI
KULTURA
RECENZJA
SYLWETKI
ROZMOWA
CO SIĘ DZIEJE
FELIETONY
KRYSTYNA CYWIŃSKA
ANDRZEJ LICHOTA
WACŁAW LEWANDOWSKI
GRZEGORZ MAŁKIEWICZ
V.VALDI
SPORT
AKTUALNOŚCI
RELACJA
ROZMOWA
FELIETON
GALERIA
PODRÓŻE
PO LONDYNIE
PO WYSPIE
POLSKIE DROGI
PO ŚWIECIE
W CZASIE I PRZESTRZENI
CZAS NA RELAKS
ZDROWIE POLECAMY
NA ŁAWECZCE
MANIA GOTOWANIA
KRZYŻÓWKA
KRONIKA ABSURDU
NA KOŃCU JĘZYKA
TO I OWO
ARTERIA
ARTYŚCI
GALERIA
EWA OBROCHTA
BASIA LAUTMAN
BEATA KOZŁOWSKA
WOJCIECH SOBCZYŃSKI
RYSZARD SZYDŁO
PAWEŁ KORDACZKA
MARIA KALETA
MAREK BORYSEWICZ
KRZYSZTOF MALSKI
KONRAD GRABOWSKI
JUSTYNA KABAŁA
IWONA ZAJĄC
ELZBIETA PIEKACZ
ELZBIETA CHOJAK
ELA CIECIERSKA
CAROLINA KHOURI
ANIA PIENIĄŻEK
AGNIESZKA KOWAL
A.HANDZEL-KORDACZKA
ANDRZEJ KRAUZE
ANDRZEJ LICHOTA
DAMIAN CHROBAK
GRZEGORZ LEPIARZ
SŁAWEK BLATTON
ANDRZEJ MARIA BORKOWSKI
PAWEŁ WĄSEK
MARCIN DUDEK
JOANNA SZWEJ-HAWKIN
DANUTA SOŁOWIEJ
TOMASZ STANDO
AGNIESZKA STANDO
OLGA SIEŃKO
FOTOREPORTAŻ
AGATA HAMILTON
JOANNA CIECHANOWSKA




Czy oni chcą podpalić Polskę?
2011.05.22 / Michał Opolski
TAGI: tragedia smoleńska
Share |
Ubiegłoroczna tragedia narodowa, a taką, wbrew częstej deprecjacji, była katastrofa smoleńska, odcisnęła trwałe piętno na polskim życiu publicznym, wyznaczając swego rodzaju cezurę w opisie współczesnej Polski. Niezależnie od wszelkich innych okoliczności, polityczno-społeczne skutki wspomnianej tragedii będziemy odczuwać jeszcze bardzo długo. „Dzień bez Smoleńska”, o którym jeszcze niedawno deliberowano w mediach, nic tu nie zmieni. Debata na temat państwa, pomijająca kontekst smoleński, którą proponują nam środowiska przychylne władzy, jest całkowicie nonsensowna i trąci strachem.

U PODSTAW PAŃSTWA SĄ SYMBOLE

Pisałem przed rokiem, że w narodowej żałobie, której świadkami byliśmy po 10 kwietnia, było coś pięknego i poruszającego. I choć natychmiast znaleźli się erudyci, raz po raz próbujący wykpić i zohydzić atmosferę tamtych dni za pomocą niskiej dezynwoltury, to jednak nie udało im się wmówić Polakom, że zaduma i patriotyczna więź, które tak szczególnie demonstrowano po 10 kwietnia 2010 roku, były „absurdalnym odruchem stadnym”, „patriotyczną fanfaronadą” czy „patriotycznym piknikiem”, jak łaskaw był nazwać pogrzeb pary prezydenckiej, pisarz Stefan Chwin. Jedno udało się udowodnić – prostactwo i pogarda wobec państwa i wspólnoty, wyróżniają coraz to większą część tzw. inteligencji.

Nie wiem, w jakiej skali mierzy się „absurdalne odruchy stadne”, dlatego zapytam wszystkich naszych nieskrępowanych nimi inteligentów: czy narodowa feta z udziałem kilkudziesięciu tysięcy Polaków, którą obserwowaliśmy przy okazji pożegnalnego występu skoczka narciarskiego, też była stadną niedorzecznością? Nie tylko nie znalazłem tego typu sformułowań, ale odniosłem wrażenie, że wręcz przeciwnie – „pospolite ruszenie” było w tym przypadku wyrazem jedności i szacunku, którym Polacy obdarzają swojego mistrza. A skoro tak, pozwólcie okazywać pamięć i szacunek także głowie państwa, ergo – Polsce. Jeśli ktoś z was nie zauważył lub ma jakiekolwiek wątpliwości, że pamiętnego dnia to Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej, kto by nim nie był i z jakiego środowiska by się nie wywodził, uosabiał naszą państwowość, odsyłam do konstytucji.

Mam absolutną pewność, że gdyby w podobnych okolicznościach zginęła głowa państwa (oby nigdy się to nie powtórzyło), którą „apolityczni” specjaliści od dezynwoltury szanowali, „patriotyczny piknik” zastąpiłyby obywatelskie i pełne empatii elaboraty. Zgoda –gdy ginie głowa państwa należy się nad tym faktem pochylić. Nie jest jednak żadnym novum, że nie stosuje się tej zasady po równo, sprowadzając osobę prezydenta Kaczyńskiego do pozycji „funkcjonariusza jednej opcji” i snując niepoważne rozważania o „prezydenturze podziałów”, tak jakby jakakolwiek inna była od nich wolna. Nie głosowałem na obecnego prezydenta, ale to on, mimo mojego głębokiego niezadowolenia i nad wyraz krytycznej oceny jego poczynań, reprezentuje w chwili obecnej nasze państwo, podobnie jak reprezentował je wcześniej prezydent Lech Kaczyński. Ot, cała tajemnica meandrów w rozróżnianiu krytyki, nawet najostrzejszej, od poszanowania samego urzędu i stojącej za nim symboliki państwowej. Pamiętajcie, wszelkiej maści inteligenci, nie musicie wspominać ubiegłorocznej tragedii, ani minionej żałoby narodowej – nikt was do tego nie zmusza. Macie swoich bohaterów – rozumiem. Szacunek i pamięć, zamiast chamstwa i pogardy, czego m.in. domagają się demonstrujący w centrum Warszawy Polacy, to chyba niezbyt wygórowane oczekiwania, zwłaszcza że o szacunku do wspólnoty, a nie do opcji politycznej, tak naprawdę mówimy. To właśnie ta wspólnota, która rozumie znaczenie imponderabiliów i symboliki narodowej, wzbudza strach w szeregach elity rządzącej. Im mocniej Polacy domagają się poszanowania dla tej sfery, tym większy strach towarzyszy tym, którzy wiedzą, jakie pryncypia w myśleniu o państwie i narodzie się za nią kryją. W eseju „O czasach postpatriotycznych”, profesor Zdzisław Krasnodębski cytuje: „naród bez imponderabiliów, naród wyrzekający się obrony tego, co nieuchwytne czasem i niemożliwe do nazwania, wyrzeka się własnej kultury, stacza się do poziomu plemienia”. Znamienne jest, że Adam Michnik, autor tych słów, już jako redaktor naczelny największego polskiego dziennika, zrobił wszystko, by w przypadku Smoleńska, choć nie tylko, całkowicie im zaprzeczyć.

Jeśli nawet, jak zwykło się to w medialnej propagandzie przedstawiać, jedność okazuje nic nieznaczący margines, to w zgodzie z polityką poszanowania mniejszości, której tak wielu inteligentów sekunduje, należy pozwolić „oszołomom” manifestować swoje uczucia. O to, aczkolwiek innymi słowami, ape-
lowała w wywiadzie udzielonym „Rzeczpospolitej”, prof. Maria Szyszkowska, której żaden inteligent, choćby uciekł się do najbardziej pokrętnej erystyki i słownej ekwilibrystyki, nie zdoła przypisać narodowo-
-radykalnych zapędów czy politycznego wykorzystywania symboli narodowych.

Zanim kolejny raz zaczniecie ze swych trybun krzyczeć o „religii smoleńskiej”, przemyślcie dobrze, czy „wesoły happening”, który zalegitymizowaliście pod Pałacem Prezydenckim latem ubiegłego roku, tak naprawdę nie unaocznił racji „ciemnej tłuszczy spod krzyża”. Nie walczcie z pamięcią, szermując chwytliwymi hasłami o tolerancji, laicyzacji społeczeństwa czy desakralizacji przestrzeni publicznej. Nie perorujcie już o „nienawiści” i „wykluczeniu z polskości”, bo z tej ostatniej sami się wykluczacie, gardząc nią lub traktując w protekcjonalny sposób. „(...) upamiętnienie w Warszawie 10 kwietnia 2010 roku – tego miejsca i czasu – nie jest kwestią racji politycznej, lecz prawdy o nas jako narodzie i społeczeństwie. O tej prawdzie i o tych wartościach nie może decydować ani referendum, ani badanie opinii publicznej, ani głosowanie wyborców. Nie o każdej racji decyduje większość. Nie wszystko co polskie jest polityczne i partyjne” – napisał ostatnio Czesław Bielecki, zabierając głos w sprawie upamiętnienia tragedii. Warto zapamiętać te słowa. Tym bardziej że odnoszą się one również do pytania o podstawowe powinności odpowiedzialnego państwa. Na straży jakich wartości powinno stać i jakie fundamenty powinno uznać dla siebie za bezdyskusyjne?

„RELIGIA SMOLEŃSKA”?

Nie byłoby pochodów i „skrajnie narodowego wrzasku”, gdyby władza, zamiast chować się pod żyrandolami, wreszcie godnie upamiętniła ubiegłoroczną tragedię i żałobę narodową z Krakowskiego Przedmieścia w Warszawie, do czego, jeśli mnie pamięć nie myli, urzędujący prezydent zobowiązał się bez mała rok temu. Nie byłoby „darcia szat” i „trumiennego patriotyzmu”, gdyby państwo polskie umiało upomnieć się o swoich 96 obywateli, którzy zginęli w Smoleńsku. Wreszcie – nie byłoby „radykalizmu”, „podpalania Polski” i „politycznego rozgrywania śmierci”, gdyby kilku skompromitowanych decydentów poniosło konsekwencje swych działań, a rząd „nie zacieśniał stosunków z sąsiadami w pozycjach powszechnie uznawanych za niegodne” – jak ujął to Krzysztof Feusette.

„Tych ludzi w znacznej mierze przywiedli konkretni liderzy polityczni. Zapowiadano, że będzie 70 tysięcy, było parę tysięcy ludzi. Na pewno byli oni pełni emocji. Mnie niepokoi dzisiaj, że jedna siła polityczna wyspecjalizowała się w wywoływaniu i zagospodarowaniu w sensie politycznym złych emocji” – komentował obchody rocznicy 10 kwietnia i to, co działo się przed Pałacem Prezydenckim, prezydent Komorowski, wyraźnie zapominając o swym niebagatelnym wkładzie w wywoływanie wspomnianych emocji.

Naprawdę nieważne, co o tych ludziach napiszą i powiedzą, jak ich policzą i co im będą imputować nasi decydenci, prorządowe media i tzw. intelektualiści. Ważne, że po roku zmasowanego odmóżdzania, jakie zaserwowano opinii publicznej, są jeszcze Polacy, którzy znajdują siły i odwagę, by przeciwko niemu protestować. Pochody organizowane przez różne środowiska czy namiot rozbity przed Pałacem Prezydenckim przez „Solidarnych 2010” (z którego – według prezydenta Komorowskiego –„szerzy się nienawiść”), by poprzestać na tych najbardziej spektakularnych, nie są jednak demonstracją politycznych sympatii, tylko wyrazem obywatelskiej świadomości, której ta władza obawia się w równym stopniu, co odpowiedzialności za państwo i podejmowane przez siebie decyzje.

„Zatwardziali kaczyści” z „nienawistnych demonstracji” – wiem, niektórym trudno to sobie wyobrazić – to coraz częściej ci, którzy potrafią zdobyć się na samodzielną refleksję bez pomocy lidera opozycji. Problem w tym, że refleksja ta dalej nie przystaje do rzeczywistości kreowanej w „Szkle kontaktowym” czy w programie Tomasza Lisa. To tych faktów, podobnie jak tego, że na oficjalnych obchodach rocznicowych, prócz notabli, kilku smoleńskich rodzin i dziennikarzy, nie było psa z kulawą nogą, nie może przełknąć polityczno-medialna elita. Hasło „zabić”, które uczestnicy „marszu pamięci” mieli mieć wymalowane na narodowej fladze, jak jasno wynikało z fotoreportażu zamieszczonego kilkanaście tygodni temu na stronie „Gazety Wyborczej”, po krótkiej weryfikacji na stronie portalu, który zamieścił zdjęcie tej samej flagi z obiektywu szerokokątnego, okazało się być tylko częścią napisu: „Prawdy nie da się zabić”. Wiele to tłumaczy odnośnie „niuansów” w opisie obecnej rzeczywistości.

Jestem pewien, że gdyby wszystkie media, nie tylko te „oszołomskie”, zechciały odnieść się do bezczelnych kłamstw premiera Tuska o wspólnym, polsko-rosyjskim wyborze „konwencji chicagowskiej”, które udowodnił mu Andrzej Stankiewicz, dziennikarz „Newsweeka”, to nikt nie pytałby, dlaczego premier mający demokratyczną legitymację powinien podać się do dymisji i dlaczego „kaczyści” nazywają go kłamcą.

PODZIAŁ – NIC NOWEGO

Choć w posmoleńskiej Polsce polaryzacja społeczeństwa znacznie się wyostrzyła, i to po obu stronach sporu, to w swej istocie dotyczy wciąż tych samych fundamentalnych kwestii, zogniskowanych w całość przez polityczny kontekst tragedii smoleńskiej.

Gdy spojrzymy na obecną rzeczywistość przez pryzmat przemian, jakie miały miejsce w Polsce po 89’ roku, podobny podział nie powinien dziwić, zwłaszcza że rządząca elita oraz jej akolici wpisują się w nurt politycznego konformizmu, który na początku lat 90., tj. w czasach „grubej kreski”, „wojny na górze” i „nocnej zmiany”, okazał się skuteczną alternatywą dla solidarnościowych nonkonformistów z Jarosławem Kaczyńskim na czele.

Podobnie jest i dziś, kiedy podział ten odżywa po raz kolejny, potęgowany propagandowym natarciem nie tylko na Kaczyńskiego i jego elektorat, ale na wszystkich – bez wyjątku – domagających się rzetelnego zbadania przyczyn tragedii smoleńskiej (nie dla wszystkich są one „arcyboleśnie proste”), godnego jej upamiętnienia w przestrzeni publicznej oraz ukarania winnych zaniedbań, jakie obciążają polską stronę. Te trzy warunki, które od roku odrzucane są przez naszych decydentów, są w tej chwili głównym źródłem napięć, które obserwujemy. Powiązane w całość, stały się kolejną cezurą w opisie społeczno-politycznego sporu, który po tragedii smoleńskiej przeżywa swój kolejny renesans, osiągając tak niebywałą temperaturę.

I trudno się dziwić, gdyż podobnie jak w pierwszej połowie lat 90., tak i dzisiaj, jest to spór o fundamenty demokratycznego państwa. Tęsknota za państwem wartości i praworządności, budowanym w oparciu o jasno zdeklarowaną aksjologię, której z różnych przyczyn nie zdołał w pełni zaspokoić poprzedni rząd, a obecny nie ma nawet takich ambicji, w ostatnim roku wezbrała na nowo. Powróciły nieuporządkowane i skrzętnie ukrywane przed światłem dziennym sprawy. Po raz kolejny, choć tym razem jest to nader widoczne, okazuje się, że media, które na początku lat 90. otrzymały społeczny kredyt zaufania, poza bardzo nielicznymi wyjątkami, nie spełniają w żadnej mierze swoich podstawowych zadań. Oto przekonujemy się, że pytania o dekomunizację i lustrację, podnoszone przez „młodych, gorliwych węszycieli historii” czy „piszących
PiStorię radykałów”, powracają – tym razem w kontekście bezpieczeństwa państwa, co pokazuje sprawa ambasadora tytularnego w Moskwie, Tomasza Turowskiego. Wreszcie – w strukturach władzy obserwujemy patologię dla której trudno znaleźć równie zatrważający odpowiednik po 1989 roku. Przy jednoczesnym deficycie państwowców, których znaczna część zginęła w Smoleńsku, następuje konceptualny zwrot w myśleniu o państwie, forsowany po 10 kwietnia 2010 roku już bez większych przeszkód. Siłą rzeczy zaostrza się więc spór pomiędzy zwolennikami bezideowego konsumpcjonizmu a zwolennikami wartości wspólnotowych, których jak dotąd nie wypracowała III RP, ani jej szeroko rozumiane elity, które zajęły się raczej ich dezynwolturą. Inwolucja państwa, która sięga oczywiście głębiej, ale tak jednoznacznie obnażona została dopiero przez ubiegłoroczną tragedię i wszystko to, co obserwowaliśmy przez ostatnie dwanaście miesięcy, musiała zostać na nowo dostrzeżona i spotkać się z ostrym sprzeciwem społecznym. I choć przybiera on niekiedy bardzo radykalną formę, nie zmienia to faktu, że sam w sobie jest jak najbardziej uzasadniony.

W tej sytuacji równie zasadne wydaje się być pytanie: czy sprzeciw, który mimo pogardliwej dezynwoltury i medialnych kłamstw, manifestuje jednak znaczna część społeczeństwa, jest w stanie przemeblować polską debatę publiczną na tyle, że mimo różnic w poglądach na sprawy bieżące, wszyscy będziemy zgadzać się w jednym – potrzebujemy w Polsce elit politycznych, które są w stanie unieść odpowiedzialność, jaką niesie za sobą władza. Państwowców – nie politruków! Na początek tylko tyle!

Michał Opolski


Dodaj komentarz:
Autor:
Wpisz hasło z obrazka: (małymi literami)


REKLAMA
PODCASTY
...zobacz inne podcasty
ARTERIA
...zobacz archiwum Arterii
REKLAMA
ENGLISH PAGE
...zobacz inne artykuły
ANKIETA
Czy wyjeżdźasz na wakacje do Polski?
liczba głosów: 21683
Tak

18136
84%
Nie

3547
16%
...zobacz archiwum ankiet
WYSZUKIWANE TAGI

Polsport |Kancelaria adwokacka Wodzisław Śląski | pierścienie nierdzewne | kosmetyka gdańsk | elektroda magnetyczna | gabinet terapii Cieszyn
kuchnie na wymiar kraków | transport drogowy | okna Rybnik | badania profilaktyczne Radlin | barlinek wodzisław rybnik