KIM JESTEŚMY REDAKCJA MARKETING DYSTRYBUCJA OGŁOSZENIA LISTY DO REDAKCJI KONTAKT 15 grudzień 2017
E-WYDANIE
PUBLICYSTYKA
REPORTAŻ
LUDZIE I MIEJSCA
TAKIE CZASY
CZAS PRZESZŁY
CZAS TO PIENIĄDZ
DRUGI BRZEG
CZAS NA WYSPIE
AKTUALNOŚCI
ARTFUL FACE
PAN ZENOBIUSZ
FAWLEY COURT
REWERS
DOBRE, BO POLSKIE
SYLWETKI
LONDYN W SUBIEKTYWIE
OPOWIADANIA LONDYŃSKIE
ROZMOWA
LISTY DO REDAKCJI
KULTURA
RECENZJA
SYLWETKI
ROZMOWA
CO SIĘ DZIEJE
FELIETONY
KRYSTYNA CYWIŃSKA
ANDRZEJ LICHOTA
WACŁAW LEWANDOWSKI
GRZEGORZ MAŁKIEWICZ
V.VALDI
SPORT
AKTUALNOŚCI
RELACJA
ROZMOWA
FELIETON
GALERIA
PODRÓŻE
PO LONDYNIE
PO WYSPIE
POLSKIE DROGI
PO ŚWIECIE
W CZASIE I PRZESTRZENI
CZAS NA RELAKS
ZDROWIE POLECAMY
NA ŁAWECZCE
MANIA GOTOWANIA
KRZYŻÓWKA
KRONIKA ABSURDU
NA KOŃCU JĘZYKA
TO I OWO
ARTERIA
ARTYŚCI
GALERIA
EWA OBROCHTA
BASIA LAUTMAN
BEATA KOZŁOWSKA
WOJCIECH SOBCZYŃSKI
RYSZARD SZYDŁO
PAWEŁ KORDACZKA
MARIA KALETA
MAREK BORYSEWICZ
KRZYSZTOF MALSKI
KONRAD GRABOWSKI
JUSTYNA KABAŁA
IWONA ZAJĄC
ELZBIETA PIEKACZ
ELZBIETA CHOJAK
ELA CIECIERSKA
CAROLINA KHOURI
ANIA PIENIĄŻEK
AGNIESZKA KOWAL
A.HANDZEL-KORDACZKA
ANDRZEJ KRAUZE
ANDRZEJ LICHOTA
DAMIAN CHROBAK
GRZEGORZ LEPIARZ
SŁAWEK BLATTON
ANDRZEJ MARIA BORKOWSKI
PAWEŁ WĄSEK
MARCIN DUDEK
JOANNA SZWEJ-HAWKIN
DANUTA SOŁOWIEJ
TOMASZ STANDO
AGNIESZKA STANDO
OLGA SIEŃKO
FOTOREPORTAŻ
AGATA HAMILTON
JOANNA CIECHANOWSKA




Wyspa – odcinek 47
2011.09.12 / Jacek Ozaist
TAGI:
Share |
Taki obrazek. Siedzi dwóch ponurych facetów nad kuflem piwa. Lekki wiatr rozwiewa dym tlący się z petów, które zbyt niedbale zgasili w tandetnej popielniczce. Jest słoneczne popołudnie. W wadowickim barze „U Kumpla” kilku samotnych pijaczków smętnie szuka objawienia na dnie pustej szklanki.
– Więc jedziesz – mruczy beznamiętnie Matuś.
– Jadę – odpowiadam. – Dłużej tu nie wytrzymam.
– Może otworzysz knajpę, jak żeśmy w liceum marzyli?
– Może ty otworzysz biuro projektowe?
– Też mam pod górkę. Studia to za mało. Przede mną staż i lata starań o uprawnienia.
– Dasz radę. Wiem to.
Przez lata wspieraliśmy się duchowo, mieszkając kilkanaście kilometrów od siebie. Płakaliśmy sobie w rękaw, gdy odchodziły ukochane kobiety i piliśmy na wiwat, gdy pojawiały się nowe. Mogliśmy spędzić resztę życia w barze „U Kumpla”, ale postanowiliśmy iść na studia i sprawdzić, co jest tam dalej. Matuś na czas jakiś zwątpił i wyjechał do Norwegii. Ja uważałem, że tylko Polska jest w stanie dać mi szczęście i dobrobyt. Potem mój świat stanął na głowie. Pojechałem za Matusiem nad fiordy. Ta nieśmiała emigracyjna próba bardzo pomogła mi w późniejszej wyprawie do Anglii. Już się tak nie bałem, nie wybrzydzałem, nie szukałem wymówek. Nie chciałem jechać, lecz gdy los przyparł mnie do muru, wsiadłem pokornie w samolot i poleciałem w nieznane.
Ciąg dalszy obrazka z Wadowic. Jeden z nas idzie do toalety, drugi zamawia następną kolejkę. Zapalamy po papierosie. Jakaś kobieta o szarej twarzy wyciąga z baru kompletnie pijanego mężczyznę.
– Gdzie wypłata, nygusie?! – wrzeszczy.
– Gdzie gołębie, Balcerek? – chichocze mężczyzna.
Znikają za rogiem. Uśmiechy gasną nam na ustach. Ćmimy w zadumie.
– Trzeba by kiedyś rzucić to cholerstwo? – zagaja Matuś.
– Ale co, piwo czy fajki?
– Fajki! Jak rzucimy piwo, to co nam zostanie?
Pytanie zawisło w próżni.
Londyn 2010. Znów siedzimy przy piwie, tyle że nie sączymy Żywca, tylko Stellę Artois. Matuś przyjechał mi na pomoc. Rzucił na tydzień pracę, rodzinę i dzieci, by kłaść płytki i malować moją knajpę. Przestał też palić, co spowodowało, że brzuch zaczął wyprzedzać go o krok. Trochę się naśmiewam, lecz w głębi duszy czuję żal, że tak zdrowy odruch spowodował tak niezdrowe komplikacje. Przyjechał też tata Anety. Razem z jej bratem i Matusiem starają się nadgonić stracony przez nas czas, bo jak śpiewał w ponadczasowej „Modlitwie” Tadeusz Nalepa: „już nie zmarnuję ani chwili, bo dni straconych gorycz znam”.
Mamy gotową kuchnię i bar. Kończymy wystrój sali, czekając na dostawę stołów i krzeseł. Do zrobienia jest jeszcze mieszkanie na górze, jednak nikt sobie teraz nie zaprząta tym głowy. Chcemy być gotowi na lipcowe urodziny Anety. Taki prezent.
Od momentu przykręcenia tablicy z informacją, że tu będzie polska restauracja, spotykam się z pozytywnymi reakcjami okolicznych mieszkańców. Koreańska fryzjerka nie może doczekać się, by spróbować polskiej kuchni, ludzie z biur nieruchomości ciągle pytają o menu, żeby wziąć do domu i spokojnie przestudiować, dwie panie z Birmy obiecują, że zajrzą na placki ziemniaczane, które znają i uwielbiają, somalijski opiekun ludzi niepełnosprawnych umysłowo pyta, czy będzie dobra kawa, bo będą wpadać po spacerze w parku. Mnóstwo miłych słów i gestów. Tylko Polacy przechodzą obojętnie albo uśmiechają się złośliwie.
W domu gorączkowo pracujemy nad menu. Marzy nam się mieszanina tradycji i nowoczesności, sprawdzone przepisy oraz własne fantazje kulinarne.
Wypróbowujemy te specjały na naszych gościach. Chyba im smakuje. Atmosfera jest naprawdę dobra. Stanowimy zgrany zespół Polaków za granicą – rzecz bardzo rzadką i na dłuższą metę niemożliwą do utrzymania.
Ludzie przyznający certyfikaty to prawdziwe święte krowy. Przyjeżdżają, robią mądre miny, kasują duże pieniądze i odjeżdżają. Człowiek zostaje z papierkiem w ręce i musi wierzyć, że kiedykolwiek jeszcze z niego skorzysta. Corgi, Elecsa, Fensa, Food Hygiene Certificate – mnóstwo papierów, które w Anglii znaczą więcej niż rozum.
Zelektryzowała mnie wiadomość, że na Wyspy powraca Grześ. Zadzwonił któregoś wieczoru, oświadczając, że jest gotów podjąć wyzwanie jeszcze raz. Od razu stanął mi w oczach widok jego zapijaczonej gęby przed Dukiem kilka lat temu, gdy musieliśmy go zmuszać, by wsiadł do samochodu i dał się wywieźć z powrotem do Polski.
Podobno sprzedał mieszkanie po mamie i kupił dużego mercedesa. Chciał wozić ludzi. Nie wiodło mu się, więc zamienił mercedesa na skodę... Cały Grześ. Sporo serca, niewiele rozumu.
Tym razem miałem więcej wątpliwości. Facet miał już koło pięćdziesiątki. Wyprawa za chlebem w tym wieku to było nie lada wyzwanie. Sporo widuje się w Londynie starszych ludzi, którzy odnieśli sukces, ale widać też masę pijaków i bezdomnych. Gdzie miałoby być jego miejsce tym razem, nie powiedział.
Nie miałem czasu rozmyślać, co z nim będzie, bo moje życie gwałtownie nabierało tempa. Niezbędnego tempa. Bez tego byłem nikim. Moje serce przestawało bić, żyły i mięśnie rozplatały się, mózg stawał się kleksem na szybie niebytu. Łaknąłem działania.
Jeden z naszych majstrów szybko sprowadził mnie na ziemię. Nie wiem, ile wcześniej wypił, ale próba uruchomienia systemu grzewczego zakończyła się katastrofą. Włączył wodę, choć nie pozakładał zaworów na kaloryfery...
Powódź dotknęła nie tylko mieszkanie na górze. Woda swobodnie ściekała do restauracji, sącząc się przez otwory, do których mieliśmy niebawem włożyć halogenowe żarówki. Robotę szlag trafił.

Komentarze:
darek19737@wp.pl (13.09.2011) Jacek odezwij sie prosze

Dodaj komentarz:
Autor:
Wpisz hasło z obrazka: (małymi literami)


REKLAMA
PODCASTY
...zobacz inne podcasty
ARTERIA
...zobacz archiwum Arterii
REKLAMA
ENGLISH PAGE
...zobacz inne artykuły
ANKIETA
Czy wyjeżdźasz na wakacje do Polski?
liczba głosów: 25491
Tak

21260
83%
Nie

4231
17%
...zobacz archiwum ankiet
WYSZUKIWANE TAGI

Polsport |Rozwód adwokat Wodzisław | śruby kwasoodporne | opieka osób chorych i niepełnosprawnych Radlin | Rozwód Rybnik | suplementy diety produkcja Omega
odchudzanie rybnik | cyklinowanie milanówek | rehabilitacja Radlin | mareastudio | system asekuracji