KIM JESTEŚMY REDAKCJA MARKETING DYSTRYBUCJA OGŁOSZENIA LISTY DO REDAKCJI KONTAKT 17 lipiec 2018
E-WYDANIE
PUBLICYSTYKA
REPORTAŻ
LUDZIE I MIEJSCA
TAKIE CZASY
CZAS PRZESZŁY
CZAS TO PIENIĄDZ
DRUGI BRZEG
CZAS NA WYSPIE
AKTUALNOŚCI
ARTFUL FACE
PAN ZENOBIUSZ
FAWLEY COURT
REWERS
DOBRE, BO POLSKIE
SYLWETKI
LONDYN W SUBIEKTYWIE
OPOWIADANIA LONDYŃSKIE
ROZMOWA
LISTY DO REDAKCJI
KULTURA
RECENZJA
SYLWETKI
ROZMOWA
CO SIĘ DZIEJE
FELIETONY
KRYSTYNA CYWIŃSKA
ANDRZEJ LICHOTA
WACŁAW LEWANDOWSKI
GRZEGORZ MAŁKIEWICZ
V.VALDI
SPORT
AKTUALNOŚCI
RELACJA
ROZMOWA
FELIETON
GALERIA
PODRÓŻE
PO LONDYNIE
PO WYSPIE
POLSKIE DROGI
PO ŚWIECIE
W CZASIE I PRZESTRZENI
CZAS NA RELAKS
ZDROWIE POLECAMY
NA ŁAWECZCE
MANIA GOTOWANIA
KRZYŻÓWKA
KRONIKA ABSURDU
NA KOŃCU JĘZYKA
TO I OWO
ARTERIA
ARTYŚCI
GALERIA
EWA OBROCHTA
BASIA LAUTMAN
BEATA KOZŁOWSKA
WOJCIECH SOBCZYŃSKI
RYSZARD SZYDŁO
PAWEŁ KORDACZKA
MARIA KALETA
MAREK BORYSEWICZ
KRZYSZTOF MALSKI
KONRAD GRABOWSKI
JUSTYNA KABAŁA
IWONA ZAJĄC
ELZBIETA PIEKACZ
ELZBIETA CHOJAK
ELA CIECIERSKA
CAROLINA KHOURI
ANIA PIENIĄŻEK
AGNIESZKA KOWAL
A.HANDZEL-KORDACZKA
ANDRZEJ KRAUZE
ANDRZEJ LICHOTA
DAMIAN CHROBAK
GRZEGORZ LEPIARZ
SŁAWEK BLATTON
ANDRZEJ MARIA BORKOWSKI
PAWEŁ WĄSEK
MARCIN DUDEK
JOANNA SZWEJ-HAWKIN
DANUTA SOŁOWIEJ
TOMASZ STANDO
AGNIESZKA STANDO
OLGA SIEŃKO
FOTOREPORTAŻ
AGATA HAMILTON
JOANNA CIECHANOWSKA




Tym razem chodzi o drobne
2011.11.22 / Robert Małolepszy
TAGI:
Share |
– Drobne? Niestety nie mam. W ogóle wolę grube – pieniądze, kobiety i grube afery do opisywania. Ale mam w domu cały słój jedno- i dwupensówek. Następnym razem przyniosę – obiecuję solennie. – Niech się pan nie wygłupia – rzuca panienka zza lady. Chuda jak mój portfel i z porównywalnym zasobem poczucia humoru.

Jesteśmy stworzeni do wielkich rzeczy. Zginąć za Ojczyznę – choćby zaraz. Bić się o Polskę? Gdzie popadnie i z kim popadnie. Niedawno wrogów Najjaśniejszej Rzeczpospolitej szukaliśmy w Iraku, w Afganistanie, a już całkiem ostatnio na Marszałkowskiej w Warszawie. W patriotycznym uniesieniu zawsze chętnie damy komuś po gębie – najlepiej rodakowi o innych poglądach. A ileż świeżości, wartości i innych „ości” możemy wnieść do zgnuśniałej, zalatującej stęchlizną Europy? Po prostu, co krok jakaś dziejowa misja. Trudno się więc dziwić, że nie mamy głowy do rzeczy drobnych, przyziemnych, codziennych. Również do drobnych pieniędzy. W Polsce jest nieustannie problem z drobnymi. Właściwie trudno to nawet nazwać problemem, raczej standardem. W większości sklepów, w tym przy kasach w supermarketach, stale słychać to samo pytanie ekspedientki albo kasjera: – Ma pan drobne? Będzie końcówka?


Ta końcówka, to np. 2,50 zł, gdy rachunek wynosi 12,50 zł. Bo gdy klient poda 15 złotych, albo nie daj Boże posiada banknot o nominale z dwoma zerami, to wydanie reszty staje się drogą przez mękę. Czasem zresztą dość krótką, bo pani za ladą oświadcza bezceremonialnie: – Ze stu złotych nie wydam, pan pójdzie gdzieś i rozmieni. W Polsce każdy wie, że po poranne zakupy nie ma po co wybierać się nie tylko z banknotem dwustu- lub stuzłotowym, ale i z wydaniem z 20 złotych może być sporo kłopot, gdy rachunek wynosi 16,50. Wydawanie w sklepach w Polsce reszty, to swoisty rytuał. Co zdumiewające, w niektórych polskich sklepach w Wielkiej Brytanii również.


W tym kraju, w obiegu praktycznie nie ma „grubych” pieniędzy – banknoty 50-funtowe używane są sporadycznie, a dwadzieścia funtów trudno uznać za nominał porażający swoją wartością. A jednak gdzieniegdzie jest spory kłopot. Zresztą nie tylko w sklepach – najzabawniejsza sytuacja przytrafiła mi się, gdy miałem wnieść opłatę w wysokości 5 funtów, a podałem 10. Pan zza okienka zapytał, czy nie mam jednak odliczonych pięciu funciaków. Było to w... punkcie transferu pieniędzy.


Wbrew pozorom, to wcale nie jest błaha sprawa. Jest w niej drugie, trzecie i nawet czwarte dno. Te drobne, bardzo wiele mówią nam o na, Polakach, a w ogóle, to w sklepach można poczynić całe mnóstwo ciekawych spostrzeżeń. I wyciągnąć wnioski wykraczające daleko poza branżę handlową.

I ty możesz być rabusiem

W osiedlowym sklepiku w Londynie Hindus albo Pakistańczyk wyda o siódmej rano resztę z 20 funtów, nawet jeśli kupimy tylko zapałki. Pomijając fakt, że klient ma prawo zapłacić takim banknotem albo monetami, jakie akurat ma przy sobie, to tutaj osobie po drugiej stronie lady nie przyjdzie do głowy, żeby cokolwiek utrudniać komuś, kto zostawia swoje pieniądze, czyli daje zarobić. Zaś w niektórych tutejszych polskich sklepach przychodzi to do głowy personelowi bez trudu.

I wtedy oprócz chleba i kiełbasy ojczyzną pachnie też kultowe niemalże pytanie polskiej ekspedientki: – Ma pan drobne?
– Przykro mi, ale niestety nie – odpowiadam i silę się na jakiś cienki dowcip w stylu:
– W ogóle wolę grube – pieniądze, kobiety i grube afery do opisywania. Ale mam w domu cały słój jedno– i dwupensówek. Następnym razem przyniosę – obiecuję solennie. – Niech się pan nie wygłupia – rzuca nadąsana panienka zza lady. Chuda jak mój portfel i i z porównywalnym zasobem poczucia humoru.

No tak, nie dość, że przylazł taki i trzeba go obsłużyć, to nie ma odliczonych pieniędzy i jeszcze się mądrzy. Gdy ekspedientka wygląda na trochę milszą, to czasem próbuję jednak dopytać, czemu akurat w polskim sklepiku jest problem z wydaniem reszty, a w hinduskim tuż obok nie ma? Odpowiedź jest często taka: – Nie można trzymać w kasie za dużo pieniędzy. Odwrócę się, a ktoś capnie ile zmieści w garści i szukaj potem wiatru w polu.

Pomijając nawet, że złodziej musiałby być kompletnym idiotą, żeby połaszczył się akurat na bilon, a nie na banknoty, to czy takie sytuacje mogą się zdarzyć tylko w polskim sklepie? Z pewnością zdarzają się także w innych z podobną częstotliwością. Ale tu właśnie dotknęliśmy tego drugiego dna”.

Bo to bidna kobita była...

Kiedy Niemcy opowiadają dowcipy o Polakach-złodziejach, to trzęsiemy się z oburzenia na nikczemne powielanie krzywdzących nas stereotypów. Tyle tylko, że akurat ten stereotyp dzielnie budujemy i hołdujemy mu sami. W tym właśnie przez dopatrywanie się w każdym innym (a szczególnie w rodaku) potencjalnego złodzieja. O ile tu, w Wielkiej Brytanii, jednak mniej to eksponujemy, to w ojczyźnie wprost nieprzyzwoicie. I znów, świetnie to widać na przykładzie handlu. Niech ktoś spróbuje w Polsce wejść do samoobsługowego sklepu, a nawet supermarketu bez obowiązkowego koszyka. W tym do placówek sieci znanych na Wyspach, gdzie klient może sobie napakować towar z półek do własnej torby, a buszując między regałami posilić się tabliczką czekolady – byle tylko miał przy kasie papierek z kodem kreskowym.

Podczas ostatniego pobytu w Polsce robiłem ze znajomymi zakupy w pewnym sklepie zwanym dyskontem. Czujna pani przy kasie zagadnęła mnie gdy tylko przekroczyłem próg: – Pan postawi tę torbę, tam na półce koło drzwi. Oczywiście, wiem o co chodzi, ale dopytuję: – A co, kradną? Kasjerka ochoczo potwierdza: – No jeszcze jak, upilnować nie idzie... Pytam ją więc, dlaczego każe mi zostawiać torbę z dość drogim sprzętem fotograficznym w niezabezpieczonym miejscu?
– A bo ja wiem, co pan tam ma i co pan może włożyć jak nie zauważę – wali prosto z mostu. Z pewnością nie będzie to pół litra wódki, bo alkohole zostały wyłączone z samoobsługi. Wiadomo, każdy może być złodziejem, a pijak to nawet musi.

Rzecz jasna, przy płaceniu nie obyło się bez zapytania o drobne, poza tym tak szybko „nabijała na kasę” towar, że nie nadążałem z pakowaniem. Na niemrawo pakującego swoje sprawunki klienta też był sposób. Specjalną wajchą pani zamiotła je z szybkością światła na jedną stronę i zaczęła obsługiwać kolejną osobę. Spostrzeżeniami po tych zakupach podzieliłem się z mieszkającymi na stałe w Polsce znajomymi. Najpierw skwitowali sprawę krótko: – odwaliło ci w tej Anglii do reszty. To przecież oczywiste i całkowicie normalne, że trzeba zostawić swoje torby przed bramką, wziąć koszyk, mieć grube i drobne pieniądze na żądanie i szybko uwijać się przy kasie, bo inni czekają.

Długo i zawzięcie tłumaczyłem, iż to właśnie normalne nie jest. Jeśli jeden klient na tysiąc zwinie czekoladę, to nie znaczy, że wszystkich trzeba traktować jak złodziei. Zostawiając swoje pieniądze mam też prawo oczekiwać, że nie będę postrzegany jako intruz, natręt, ktoś, komu robi się łaskę i po cichu liczy na to, by jak najprędzej się wyniósł. Nie wiem czy przekonałem swoich znajomych, bo sięgnęli natychmiast po argument, który zawsze przebija każdy inny. Jest nim bardzo specyficzna polska empatia. Sama w sobie oczywiście godna pochwały, ale w takich akurat przypadkach bazująca na tłumaczeniu kogoś okolicznościami nie mającymi nic wspólnego z meritum sprawy.

normalnie nienormalne

– No, powiedz, chciałbyś tak pracować, jak ta kasjerka? Biedna kobiecina zarabia grosze za niewolniczą tyrkę, monotonną jak wiosłowanie na galerach – padło coś w tym guście. Mogli jeszcze dodać, że z pewnością owa kasjerka spłaca pięć kredytów, ma męża pijaka i w ciąży córkę gimnazjalistkę. Ten sam rodzaj „empatii” można zauważyć w polskim środowisku na Wyspach. Gdy ledwie zipie jakaś instytucja lub organizacja, ewentualnie kiepsko wyjdzie impreza, to wtedy zawsze jest wytłumaczenie – przecież to jest robione społecznie. Ludzie poświęcają wolny czas, wątłe siły, zdrowie. A że niewiele z tego pożytku, żadnego efektu – trudno. Liczą się chęci i żeby ładnie napisali w gazecie.

Wracając zaś do sklepu, to jest jeszcze jedna kwestia – nader ciekawa z perspektywy Wysp. Supermarkety w Polsce uchodzą za miejsca pracy, których nie życzy się nawet wrogowi. Wyzysk, przeciążanie obowiązkami, łamanie praw pracowniczych, dziadowskie zarobki, mobbing – po prostu karne obozy pracy. Palcówki tych samych sieci w Wielkiej Brytanii wyglądają jednak nieco inaczej. Personel snuje się dość sennie, nikt na nikogo nie pokrzykuje, nie każe jeździć po sklepie na wrotkach, ani stać na czerwonej kropce, gdy pracownik chce siusiu. Czy to wysocy, zagraniczni menedżerowie sieci uważają, że Polska jest krajem, gdzie mogą sobie na takie dzikie praktyki pozwolić, czy może taki styl wprowadza miejscowy, niższy szczebel zarządzania? Traktujący jako „całkowicie normalne” gnojenie i wyzyskiwanie podwładnych. Tak jak „normalne” jest traktowanie klientów jak złodziei.

Stworzeni do wyższych idei, nie zwracamy jednak na takie drobiazgi uwagi. Albo uważamy, że tak było, tak jest i tak musi być. Przed problemem drobnych pieniędzy w sklepowej kasie stajemy bezradni jak dzieci, choć nie wymaga on żadnego nakładu sił i środków, ani ingerencji sił nadprzyrodzonych. Wystarczyłoby rozmienić trochę „grubych” na „drobne” w pierwszym lepszym oddziale banku. Ale trzeba mieć taki nawyk i jeszcze wiedzieć, iż wydanie reszty bez żadnych ceregieli, to również przejaw szacunku dla klienta. Jakkolwiek może nawet nie każdy klient ma świadomość, że ten szacunek mu się należy, skoro zawsze był traktowany jak nieświeża konserwa. Podobnie jak pracownik, któremu do głowy nie przyjdzie, że ma jakieś prawa, że przełożony nie jest od wydzierania się, ale od należytego zorganizowania pracy i zadbania o jej sprawny, bezpieczny i nawet w miarę sympatyczny przebieg.

Zanim zbawimy świat, może powinniśmy się najpierw zająć takimi i wieloma innymi „drobiazgami” z różnych dziedzin naszego codziennego, polskiego życia.

Robert Małolepszy

Dodaj komentarz:
Autor:
Wpisz hasło z obrazka: (małymi literami)


REKLAMA
PODCASTY
...zobacz inne podcasty
ARTERIA
...zobacz archiwum Arterii
REKLAMA
ENGLISH PAGE
...zobacz inne artykuły
ANKIETA
Czy wyjeżdźasz na wakacje do Polski?
liczba głosów: 28627
Tak

23883
83%
Nie

4744
17%
...zobacz archiwum ankiet
WYSZUKIWANE TAGI

Polsport |pomniki wodzisław | pierścienie nierdzewne | opieka Jastrzębie Zdrój | transport pellet Pszów | prasy poziome
porady prawne wodzisław śląski | liny nierdzewne | szkolenia energetyczne sandomierz | pręty gwintowane nylonowe | alpinizm przemysłowy