KIM JESTEŚMY REDAKCJA MARKETING DYSTRYBUCJA OGŁOSZENIA LISTY DO REDAKCJI KONTAKT 24 listopad 2017
E-WYDANIE
PUBLICYSTYKA
REPORTAŻ
LUDZIE I MIEJSCA
TAKIE CZASY
CZAS PRZESZŁY
CZAS TO PIENIĄDZ
DRUGI BRZEG
CZAS NA WYSPIE
AKTUALNOŚCI
ARTFUL FACE
PAN ZENOBIUSZ
FAWLEY COURT
REWERS
DOBRE, BO POLSKIE
SYLWETKI
LONDYN W SUBIEKTYWIE
OPOWIADANIA LONDYŃSKIE
ROZMOWA
LISTY DO REDAKCJI
KULTURA
RECENZJA
SYLWETKI
ROZMOWA
CO SIĘ DZIEJE
FELIETONY
KRYSTYNA CYWIŃSKA
ANDRZEJ LICHOTA
WACŁAW LEWANDOWSKI
GRZEGORZ MAŁKIEWICZ
V.VALDI
SPORT
AKTUALNOŚCI
RELACJA
ROZMOWA
FELIETON
GALERIA
PODRÓŻE
PO LONDYNIE
PO WYSPIE
POLSKIE DROGI
PO ŚWIECIE
W CZASIE I PRZESTRZENI
CZAS NA RELAKS
ZDROWIE POLECAMY
NA ŁAWECZCE
MANIA GOTOWANIA
KRZYŻÓWKA
KRONIKA ABSURDU
NA KOŃCU JĘZYKA
TO I OWO
ARTERIA
ARTYŚCI
GALERIA
EWA OBROCHTA
BASIA LAUTMAN
BEATA KOZŁOWSKA
WOJCIECH SOBCZYŃSKI
RYSZARD SZYDŁO
PAWEŁ KORDACZKA
MARIA KALETA
MAREK BORYSEWICZ
KRZYSZTOF MALSKI
KONRAD GRABOWSKI
JUSTYNA KABAŁA
IWONA ZAJĄC
ELZBIETA PIEKACZ
ELZBIETA CHOJAK
ELA CIECIERSKA
CAROLINA KHOURI
ANIA PIENIĄŻEK
AGNIESZKA KOWAL
A.HANDZEL-KORDACZKA
ANDRZEJ KRAUZE
ANDRZEJ LICHOTA
DAMIAN CHROBAK
GRZEGORZ LEPIARZ
SŁAWEK BLATTON
ANDRZEJ MARIA BORKOWSKI
PAWEŁ WĄSEK
MARCIN DUDEK
JOANNA SZWEJ-HAWKIN
DANUTA SOŁOWIEJ
TOMASZ STANDO
AGNIESZKA STANDO
OLGA SIEŃKO
FOTOREPORTAŻ
AGATA HAMILTON
JOANNA CIECHANOWSKA




Skąd będzie następny Bob Marley?
2012.03.13 / Włodzimierz Fenrych
TAGI:
Share |
Nad Morzem Karaibskim odwiedziłem czarnych Indian. Czarni Indianie? A kto to taki? Brzmi trochę jak średniowieczna legenda o lotofagach albo monopedach. A jednak to prawda – istnieje szczep ludzi o czarnej skórze i murzyńskich rysach twarzy mówiących indiańskim narzeczem. Narzecze to należy do grupy języków karaibskich. Gdzie mieszka ten szczep? Nad Morzem Karaibskim oczywiście. A tak naprawdę to Morze Karaibskie od tego właśnie szczepu wzięło swoją nazwę.

Lud ten mieszkał niegdyś na archipelagu Małych Antyli, gdzie przybył z Ameryki Południowej pływając po morzu w dłubankach. Przed przybyciem Kolumba istniała stała komunikacja pomiędzy Indianami obu Ameryk za pośrednictwem dłubanek. Indianie mieszkający na Antylach pierwsi zetknęli się z przybyszami zza oceanu i najwcześniej narażeni byli na choroby, na które nie byli odporni, wobec czego większość z nich wymarła. Większość, ale nie wszyscy. Na wyspie St Vincent ostał się szczep, który trzymał się zdrowo i aż do końca XVIII wieku stawiał opór Brytyjczykom. Brytyjczycy twierdzili, że to ich wyspa, acz Karaibowie mieli na ten temat inne zdanie. A trzymali się zdrowo dzięki zbiegowi okoliczności – obok wyspy przechodził szlak żeglugowy z Afryki i zdarzało się, że statek pełen czarnych niewolników się rozbił. Tacy czarni rozbitkowie uciekali w głąb wyspy i z czasem mieszali się z pierwotnymi mieszkańcami. Ich potomkowie byli bardziej odporni na nowe choroby niż czystej krwi Indianie, zatem była większa szansa, że przetrwają epidemie. Ci potomkowie wyglądali jak Murzyni, ale mówili językiem matek, czyli indiańskim narzeczem z grupy języków karaibskich.

Pod koniec XVIII wieku Brytyjczycy ostatecznie spacyfikowali wyspę. Wodzem Karaibów, zwanych też Garifunami, był Joseph Chayoter, który się opierał Brytyjczykom aż do 1795 roku. Garifunowie zostali pokonani, a ponieważ Brytyjczycy nie chcieli mieć Indian wyglądających jak Murzyni na wyspie, na której czarni niewolnicy mieli uprawiać trzcinę cukrową – wszystkich wolnych Garifunów załadowano na statki i wywieziono na wyspę Roatan u wybrzeży Hondurasu, wówczas hiszpańskiego. 12 kwietnia 1797 roku – Garifunowie pamiętają tę datę do dziś – kilka tysięcy Garifunów wylądowało na wyspie Roatan. Władze Hondurasu zaakceptowały nowych przybyszów i pozwoliły im osiedlić się na wybrzeżu Hondurasu. Garifunowie to był lud rolniczy, podobnie jak mieszkający w głębi kraju Majowie, tyle że tradycyjną uprawą była nie kukurydza, jak w przypadku Majów, lecz maniok, od wieków uprawiany przez ludy wschodniego wybrzeża Ameryki Południowej. Z czasem część Garifunów osiedliła się na wybrzeżu Belize – wówczas kolonii brytyjskiej.

Jadąc do Belize nie wiedziałem o nich wiele ponad to że są i że mieszkają między innymi we wsi Dangriga. W Belize City chciałem znaleźć jakąś literaturę na ich temat. Wiedziałem, że są jakieś książki wydane w Belize, bo w internecie znalazłem autorów i tytuły, ale nie można było ich kupić w żadnej internetowej księgarni. Więc gdzie można je dostać, jeśli nie w Belize City – największym mieście kraju? Problem jednak się pojawił, kiedy zacząłem szukać księgarni, nikt w mieście nie potrafił mi takowej wskazać. Anglikańska pani ksiądz w katedrze powiedziała mi, że powinienem szukać w spożywczym supermarkecie, tam jest półka z książkami. Półka istotnie była, na niej kilkanaście tytułów, w tym parę na temat Belize, również o Garifunach. Dobrze.

Po południu tego dnia jadę do Dangriga i zatrzymuję się w hotelu nad samą plażą pod palmami. Rano od strony morza płyną ciężkie chmury, pada, więc dyndając na werandzie w hamaku czytam nowo nabyte książki. W jednej z nich wyczytuję, że każda wieś Garifunów ma swoją świątynię, w której odbywają się obrzędy ku czci zmarłych przodków. Pytam się mojej gospodyni czy w Dangriga też jest taka świątynia.

– Jest, jest, po drugiej stronie rzeki, nad samym morzem. Wygląda trochę jak szopka z desek, ale nic innego tam nie stoi, więc ją znajdziesz bez trudu. Ja tam nigdy nie byłam, ja w to nie wierzę. Też jestem Garifuna, ale jestem metodystką i nie wierzę w duchy przodków, które przychodzą i trzeba im dawać jeść. Ale katolicy tam chodzą. W Dangriga większość mieszkańców to katolicy.

Idę na drugą stronę rzeki, znajduję ową szopkę. Jedno okno otwarte, zaglądam, nagle z pobliskiego domu ktoś wyskakuje i raczej nieprzyjaźnie pyta:

– Czego tu szukasz? Kto otworzył to okno?
– Oczywiście nie ja. Pytam, czy można wejść do świątyni.
– Jak ci pozwoli buje, ale go teraz nie ma – mówi i odchodzi.

A więc nie jestem mile widziany. Tegoż dnia około południa posilam się w kafejce nad brzegiem rzeki. Tam na ścianie wisi plan Dangriga, widzę na nim zaznaczoną świątynię, obok której przed chwilą byłem, ale po drugiej stronie wsi zaznaczona jest jeszcze jedna. Idę tam też sprawdzić.

W Dangriga, jak zresztą w całym Belize, wiele domów jest na wysokich betonowych palach, tak że parteru nie ma, tylko pierwsze piętro, a parter to w zasadzie podwórze. Pod jednym z takich domów stoi grupka ludzi. Jakaś kobieta woła do mnie:

– A ty czego tu szukasz?

Mówię, że wedle planu gdzieś tu powinna być świątynia.

– Chodź ze mną, pokażę ci. Jestem Monica.

Prowadzi mnie do sąsiedniego domu, który różni się od innych domów we wsi. Kryty ogromną strzechą, ściany drewniane, przewiewne. Takie było tradycyjne budownictwo Garifunów, którego dziś już w Dangriga nie widać. Monica przedstawia mnie stosunkowo młodemu człowiekowi imieniem Kelvin.

– Kelvin jest buje tej świątyni. Buje to najwyższy kapłan. Jeśli coś chcesz wiedzieć, to najlepiej pytaj jego.

Kelvin chętnie pokazuje mi świątynię. Wnętrze podzielone jest na trzy pomieszczenia. Jedno wielkie, z polepą posypaną świeżym piaskiem, pośrodku palenisko i wielki kocioł. Tu odbywają się ceremonie z muzyką i tańcami, to jest pomieszczenie dla kongregacji. W drugim, dużo mniejszym, przechowywane są święte bębny, tam też mieszka stróż przebywający tu stale. Trzecie, najmniejsze, to sanktuarium, w którym jest ołtarzyk, a przed ołtarzykiem rozwieszony jest hamak. W tym hamaku spoczywa buje, kiedy przemawiają do niego duchy przodków. O ołtarz oparte są trzy laski, jedna należy do obecnego buje, druga reprezentuje jego pradziada, a trzecia pra-pra-pra-przodka, pierwszego buje w historii. Na ołtarzu kilka figurek katolickich świętych. Największa przedstawia św. Michała depczącego gadzinę.

– Czy mógłbym zrobić zdjęcie? – pytam.
– Nie wiem, muszę spytać przodków, ale ty musisz na chwilę wyjść.

Po chwili buje wychodzi, skrapia próg wodą i mówi, że przodkowie nie mają nic przeciw. Świetnie.

Monica mówi, że powinienem posłuchać ich muzyki, prowadzi mnie do klubu, gdzie wieczorem ma być wielkie bębnienie. A jak postawię chłopakom drinka, to może zagrają i teraz. Na okazję mojego przybycia klub się otwiera, wytaczane są bębny. Stawiam chłopakom flaszkę rumu, łomocą bębny, grzechotki, ksylofon z żółwich skorup. W bębny uderza się dłońmi, rytm robi wrażenie afrykańskiego, ale śpiew przypomina trochę pieśni śpiewane na powwow u Odżibwejów. Pieśni są oczywiście w indiańskim narzeczu Garifuna. Po chwili skądsiś pojawia się druga flaszka i chłopcy zaczynają być bardzo weseli, plotą trzy po trzy. Zaczynam podejrzewać, że wieczorem nie będą w stanie bębnić.

Kilka osób we wsi namawia mnie do odwiedzenia galerii Pena Cayetano. Z tym nazwiskiem zetknąłem się szukając informacji o Garifunach w internecie. Wyczytałem tam, że jest to muzyk z Dangriga, obecnie mieszkający w Niemczech. Okazało się to nieprawdą. Pen po kilkunastu latach mieszkania w Niemczech wrócił do Dangriga razem ze swoją niemiecką żoną. Tu ma galerię, bo jest również malarzem, i to całkiem dobrym. Płótna trochę w stylu ekspresjonizmu, znakomite kompozycje, temat – życie ludu Garifuna. Ma też oczywiście nagrania. Puszcza mi najpierw grupę tradycyjnych bębnistów, potem swoją własną muzykę, opartą na tradycyjnych rytmach, ale zaaranżowaną dla współczesnego słuchacza.

– Punta rock. Nie znasz? Muzyka Garifunów.

Nie znam. Sprzęt taki sobie, trochę trzeszczy. Indiańsko-murzyński rytm, indiański język. Pen ma mnóstwo płyt, wszystko to muzyka Garifunów, śpiewana w większości w ich języku, ale znakomite utwory. Wygląda na to, że w tym zakątku świata nastąpiła niedawno eksplozja muzyki w nowym stylu.

Może następny Bob Marley będzie gdzieś stąd?

Dodaj komentarz:
Autor:
Wpisz hasło z obrazka: (małymi literami)


REKLAMA
PODCASTY
...zobacz inne podcasty
ARTERIA
...zobacz archiwum Arterii
REKLAMA
ENGLISH PAGE
...zobacz inne artykuły
ANKIETA
Czy wyjeżdźasz na wakacje do Polski?
liczba głosów: 25020
Tak

20849
83%
Nie

4171
17%
...zobacz archiwum ankiet
WYSZUKIWANE TAGI

Polsport | | | | |
| | | |