KIM JESTEŚMY REDAKCJA MARKETING DYSTRYBUCJA OGŁOSZENIA LISTY DO REDAKCJI KONTAKT 17 paĽdziernik 2017
E-WYDANIE
PUBLICYSTYKA
REPORTAŻ
LUDZIE I MIEJSCA
TAKIE CZASY
CZAS PRZESZŁY
CZAS TO PIENIĄDZ
DRUGI BRZEG
CZAS NA WYSPIE
AKTUALNOŚCI
ARTFUL FACE
PAN ZENOBIUSZ
FAWLEY COURT
REWERS
DOBRE, BO POLSKIE
SYLWETKI
LONDYN W SUBIEKTYWIE
OPOWIADANIA LONDYŃSKIE
ROZMOWA
LISTY DO REDAKCJI
KULTURA
RECENZJA
SYLWETKI
ROZMOWA
CO SIĘ DZIEJE
FELIETONY
KRYSTYNA CYWIŃSKA
ANDRZEJ LICHOTA
WACŁAW LEWANDOWSKI
GRZEGORZ MAŁKIEWICZ
V.VALDI
SPORT
AKTUALNOŚCI
RELACJA
ROZMOWA
FELIETON
GALERIA
PODRÓŻE
PO LONDYNIE
PO WYSPIE
POLSKIE DROGI
PO ŚWIECIE
W CZASIE I PRZESTRZENI
CZAS NA RELAKS
ZDROWIE POLECAMY
NA ŁAWECZCE
MANIA GOTOWANIA
KRZYŻÓWKA
KRONIKA ABSURDU
NA KOŃCU JĘZYKA
TO I OWO
ARTERIA
ARTYŚCI
GALERIA
EWA OBROCHTA
BASIA LAUTMAN
BEATA KOZŁOWSKA
WOJCIECH SOBCZYŃSKI
RYSZARD SZYDŁO
PAWEŁ KORDACZKA
MARIA KALETA
MAREK BORYSEWICZ
KRZYSZTOF MALSKI
KONRAD GRABOWSKI
JUSTYNA KABAŁA
IWONA ZAJĄC
ELZBIETA PIEKACZ
ELZBIETA CHOJAK
ELA CIECIERSKA
CAROLINA KHOURI
ANIA PIENIĄŻEK
AGNIESZKA KOWAL
A.HANDZEL-KORDACZKA
ANDRZEJ KRAUZE
ANDRZEJ LICHOTA
DAMIAN CHROBAK
GRZEGORZ LEPIARZ
SŁAWEK BLATTON
ANDRZEJ MARIA BORKOWSKI
PAWEŁ WĄSEK
MARCIN DUDEK
JOANNA SZWEJ-HAWKIN
DANUTA SOŁOWIEJ
TOMASZ STANDO
AGNIESZKA STANDO
OLGA SIEŃKO
FOTOREPORTAŻ
AGATA HAMILTON
JOANNA CIECHANOWSKA




Na Morzu Karaibskim
2012.04.23 / Jacek Ozaist
TAGI: Jacek Ozaist podróże
Share |
Barbados z wysokości nieba wygląda płasko i niewyraźnie. Nie widać gór ani żadnych specjalnych form ukształtowania terenu, ale jedno widać dobrze – żółte wstęgi piaszczystych plaż, z których wyspa słynie. Na płycie lotniska Grantley Adams International niespodzianka. Prosto z samolotu busy zabierają nas do portu. Odprawiamy się dopiero przed wejściem na prom, którego sylwetka dumnie prezentuje się na tle błękitnego nieba.

Barbados robi wrażenie schludnej, nowoczesnej i świetnie zarządzanej wyspy. Domy, które mijamy są kolorowe i zadbane. Ludzie wyglądają na autentycznie szczęśliwych.

Nie popełniamy tego samego błędu, co dwa tysiące innych turystów i nie zostajemy na pokładzie promu. Po szybkiej toalecie biegniemy poszukać najbliższej plaży. Taksówka do Bridgetown kosztuje kilka dolarów, lecz my, po ośmiogodzinnym locie potrzebujemy rozprostować kości. Idziemy brzegiem oceanu, wchłaniając promienie tropikalnego słońca.

W niedzielne popołudnie stolica Barbados wygląda jak senne, prowincjonalne miasteczko. Psy, a nawet ludzie drzemią pod murami budynków w rzadko napotykanym cieniu krzewów. W barach też pustawo. Wyspa zdaje się trwać zahipnotyzowana w lepkim ukropie.

Mijamy budynek parlamentu i przez most Chamberlain wchodzimy do portu. Od niewielkiego nabrzeża odrywa się statek z miłośnikami salsy i odpływa w kierunku zachodzącego słońca. Na pokładzie w dziwnym transie porusza się tłum tancerzy w kusych strojach. Na miejskiej plaży sporo ludzi. W dali maszty jachtów wolno chyboczą na falach. W pewnej chwili do wody wchodzi grupa ludzi z końmi na wodzy. Pluskają się, myjąc swoich podopiecznych okrężnymi ruchami rąk. Jeden z koni nagle wpada w popłoch i staje dęba, prawie przewracając swojego opiekuna.

Zostajemy na plaży aż do zmroku. W końcu w Londynie zimno i mokro. Trzeba wykorzystać każdą maleńką chwilę, by nacieszyć się klimatem Karaibów.

One happy island
Dzień i noc płyniemy w kierunku romantycznej Aruby, która stanowi terytorium zamorskie królestwa Niderlandów, rządzone przez gubernatora. Oranjestad, czyli pomarańczowe miasto, to właściwie jedna, długa ulica, przy której mieści się wszystko, co najważniejsze – sklepy jubilerskie, centrum handlowe, restauracje, puby, bazar, kino, budynki rządowe i ministerstwa oraz najlepsze hotele w tej części wyspy. Wszystko to jest pastelowe, bajkowe, wystylizowane na Kubę lat 60. Centrum handlowe przypomina raczej wesołe miasteczko, całe jest różowo-niebieskie, zaś liczne białe wykusze i werandki przywodzą na myśl seraje arabskich szejków.

Przed budynkiem Ministerstwa Turystyki widnieje wielki, znany na cały świat napis: I Love ARUBA, który zdaje się być równie nośny, jak dewiza wyspy brzmiąca: One Happy Island. Nie ma chyba takich, którzy by nie przystanęli przy tym szyldzie, by zrobić sobie pamiątkową fotkę.

Jedziemy na krótką wycieczkę po okolicy. Powierzchnia Aruby to tylko 180 kilometrów kwadratowych, na których mieszka niewiele ponad 100 tys. ludzi. Większą cześć wyspy zajmują porośnięte rozmaitymi odmianami kaktusa pagórki. Główną uprawą i zarazem towarem eksportowym Aruby jest wszędobylski aloes. Na jednym ze skrzyżowań widzimy stare, zniszczone domy z poprzedniej epoki i niewielki zaułek, jakby żywcem przeniesiony z komputerowej wizualizacji prężnego dewelopera. Okazuje się, że jesteśmy świadkami ogromnego postępu, jaki dokonał się tu w ostatnich latach. Piękne, otoczone murem, wyposażone w parking i trawnik domki jednorodzinne robią bardzo miłe wrażenie, straszą jedynie ich kolory – są zielone, ceglaste, beżowe, błękitne, różowe... Koszt takiego domu to 80 tys. dolarów, czyli w przeliczeniu jakieś 50 tys. funtów. Patrzymy na siebie, chrząkając znacząco. A może by tak pewnego dnia zamieszkać na Happy Island?

Zwiedzamy Casibari Rock Formation, czyli zespół skał rozrzuconych po niewielkich wzgórzach. Gdy ruszamy wyobraźnią, delikatnie podsycaną przez przewodnika, dostrzegamy w wielkich głazach rozmaite kształty, których nie sposób zobaczyć na pierwszy rzut oka: wieloryba leżącego na boku z półotwartą paszczą, głowę goryla czy groźnie wyglądający łeb dinozaura.

W drodze powrotnej zatrzymujemy się na chwilę przy latarni morskiej na północy wyspy, by z góry podziwiać panoramę słynnej Palm Beach i plaż przy największych hotelach – Riu Palace, Hyat czy Marriott. Widok zapiera dech w piersiach. Jadąc w dół, mijamy kilka plaż, z których jedna przebija drugą swą urodą. Podobno jest ich tyle, że każdy znajdzie jakąś dla siebie. Przekonujemy się o tym wieczorem, gdy wędrujemy plażą Surfside w stronę lotniska Reina Beatrix. Rozsiadamy się na skrawku piasku w cieniu drzew divi divi i obserwujemy zachód słońca. Wokół żywej duszy. Plaża jest cała nasza. Z dala nadlatuje wielki samolot pasażerski. Wolno sunie nad taflą morza, by przelecieć nad ogrodzeniem lotniska i zniknąć nam z oczu. Woda jest ciepła. Mamy czas do północy. Naprawdę kochamy Arubę.

Willemstad
Wczesnym rankiem nasz prom przybywa do stolicy Curaçao – Willemstad, ale żeby w ogóle mógł wpłynąć do portu, uruchomiony w 1888 roku most pontonowy musi otworzyć się na pełną szerokość. Cumujemy przy olbrzymim wiadukcie, przy którym nasz prom już nie wydaje się tak wysoki, jak przedtem. Jadące górą samochody wyglądają niczym zabawki.

Nazwa Curaçao nie ma nic wspólnego z drobiem, gdyż drugie „c” ma u dołu maleńki ogonek, co sprawia, że poprawnie wymawia się ją „Kurasao”. W porównaniu z widzianym poprzedniego Oranjestadem, Willemstad to prawie metropolia. Mieszka w nim więcej ludzi niż na całej Arubie. Niegdyś Willemstad pełnił funkcję centrum rafineryjnego holendersko-brytyjskiego koncernu Royal Dutch Shell, obecnie zajmuje się głównie turystyką i handlem.

Podzielone kanałem miasto składa się z dwóch dzielnic – Pundy i Otrabandy. Ta pierwsza już zawsze będzie się turystom kojarzyć z kolorowymi fasadami zabytkowych kamienic, dzięki którym Willemstad nazywa się również Małym Amsterdamem. Robią niesamowite wrażenie, bo poza pastelowymi barwami, ich kształty i ornamenty nie mają nic wspólnego z architekturą miast i miasteczek Morza Karaibskiego. Przywodzą na myśl raczej bulwary Bergen, Kopenhagi czy Gdańska. Podobno pomalowano je tak pstrokato, by nie przypominały potomkom kolonizatorów pochmurnej i szarej Holandii. Kamienice Pundy zostały wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO w 1997 roku.

Otrabanda to głównie stary Rif Port powstały jeszcze w 1828 roku dla celów obronnych miasta. Mieszczą się w nim luksusowe hotele, kasyna i restauracje, z których murów można podziwiać leżącą po drugiej stronie Pundę.

Po krótkiej wędrówce starówką, pełną sklepów z tandetnymi pamiątkami, jedziemy zobaczyć rekiny i delfiny. Sieć busików, bardzo często prowadzonych przez kobiety, jest tu podobnie rozwinięta jak w Polsce. Błyskawicznie dostajemy się w pobliże Aquarium, gdzie za 19 dolarów można spędzić cały dzień. Bierzemy udział w karmieniu pelikanów, żółwi i małych rekinów, obserwujemy igraszki delfinów i pływających w ich towarzystwie szczęściarzy, potem w zaciszu sali telewizyjnej oglądamy film o przyjściu na świat delfina w niewoli. Gdy okazuje się, że pora wracać na prom, wcale nie mamy na to ochoty.

Rodaka cień
Następnego ranka budzimy się w Wenezueli, a dokładnie na należącej do niej Margaricie. Na nabrzeżu czekają już Jeepy Wranglery, którymi ruszamy na podbój wertepów wyspy. Całą drogę można stać na tylnych siedzeniach, z jednym wyjątkiem – musimy usiąść jedynie wtedy, gdy mijamy radiowóz lub posterunek policji. Mandaty za to wykroczenie są podobno egzekwowane bezwzględnie.

Widoki na Margaricie nie są zbyt imponujące, ale pęd powietrza i pagórkowate bezdroża nieustannie dostarczają nam adrenaliny. Zatrzymujemy się na zupełnie dzikiej plaży, na której nie widać śladu pozostawionego przez człowieka. Kierowcy częstują nas lokalnym rumem i każą podziwiać dwa wierzchołki gór mające symbolizować kobiece piersi. Po którymś drinku pewnie by zaczęły je przypominać, lecz musimy jechać dalej.

W drodze powrotnej zauważamy bilboardy lokalnego polityka z rzucającym się w oczy nazwiskiem Radonski. Okazuje się, że Henrique Capriles Radonski ma korzenie rosyjskie, polskie i holenderskie, zaś jego dziadek był zaangażowany w działalność polskiego ruchu oporu podczas II wojny światowej. Potomek emigrantów rzucił wyzwanie samemu Hugo Chavezowi, z którym stoczy bezpośredni pojedynek w wyborach prezydenckich już w październiku 2012. Obiecujemy trzymać kciuki i wracamy na prom.

Dwa Pitony na Świętej Łucji
Po ostatnim pobycie na Małych Antylach nabrałem przekonania, że najbiedniejsze w tej części Karaibów wyspy to Dominica i Grenada. Teraz, idąc ulicami stolicy St. Lucii szybko zmieniam zdanie. Tylu umęczonych, biednych ludzi w łachmanach pośrodku brudnego, spalonego słońcem miasta jeszcze nie widziałem. Spacer po Castries pozostawia po sobie same niedobre wrażenia, a kupione za przysłowiowe grosze pamiątkowe muszle już zawsze będą o tym wszystkim przypominać. Na szczęście przed nami jeszcze wyprawa katamaranem. Płyniemy w stronę głównej atrakcji turystycznej wyspy, czyli dwóch szpiczastych szczytów wznoszących się stromo nad powierzchnią morza.

Od strony wody St. Lucia robi dużo przyjemniejsze wrażenie. Strome zbocza co jakiś czas ustępują niewielkim zatoczkom zakończonym plażami. Raz są zupełnie dzikie, zarośnięte lasem deszczowym, innym razem należą do luksusowego, otoczonego palmami hotelu. Opalamy się na plandekach z przodu katamaranu popijając wyborny rumowy poncz lokalnej produkcji. Dwa porośnięte pnączami trójkąty na tle nieba to Piton Mniejszy (750 m) i Piton Większy (797 m). Rosną nam w oczach w miarę zbliżania się ku zatoce Soufriere Bay i starej stolicy wyspy.

Nie wchodzimy na prom już tak ochoczo. Jutro znów będziemy na Barbados, ale bez tej lekkości, z którą rozpoczyna się każdy urlop. Pewnie zajrzymy na plażę pożegnać się z ciepłym morzem. Potem lotnisko i całonocny lot do Londynu.

Żegnajcie Karaiby. Po raz drugi. Na pewno nie ostatni.

Dodaj komentarz:
Autor:
Wpisz hasło z obrazka: (małymi literami)


REKLAMA
PODCASTY
...zobacz inne podcasty
ARTERIA
...zobacz archiwum Arterii
REKLAMA
ENGLISH PAGE
...zobacz inne artykuły
ANKIETA
Czy wyjeżdźasz na wakacje do Polski?
liczba głosów: 24171
Tak

20098
83%
Nie

4073
17%
...zobacz archiwum ankiet
WYSZUKIWANE TAGI

Polsport |usługi kamieniarskie wodzisław | śruby nierdzewne | kosmetyka gdańsk | Złącza kołnierzowe | wykrawarka rewolwerowa
kuchnie kraków | układanie podłogi warszawa | szkolenia bhp sandomierz | badania sanitarne Jastrzębie Zdrój | metamorfozy śląsk