KIM JESTEŚMY REDAKCJA MARKETING DYSTRYBUCJA OGŁOSZENIA LISTY DO REDAKCJI KONTAKT 22 czerwiec 2018
E-WYDANIE
PUBLICYSTYKA
REPORTAŻ
LUDZIE I MIEJSCA
TAKIE CZASY
CZAS PRZESZŁY
CZAS TO PIENIĄDZ
DRUGI BRZEG
CZAS NA WYSPIE
AKTUALNOŚCI
ARTFUL FACE
PAN ZENOBIUSZ
FAWLEY COURT
REWERS
DOBRE, BO POLSKIE
SYLWETKI
LONDYN W SUBIEKTYWIE
OPOWIADANIA LONDYŃSKIE
ROZMOWA
LISTY DO REDAKCJI
KULTURA
RECENZJA
SYLWETKI
ROZMOWA
CO SIĘ DZIEJE
FELIETONY
KRYSTYNA CYWIŃSKA
ANDRZEJ LICHOTA
WACŁAW LEWANDOWSKI
GRZEGORZ MAŁKIEWICZ
V.VALDI
SPORT
AKTUALNOŚCI
RELACJA
ROZMOWA
FELIETON
GALERIA
PODRÓŻE
PO LONDYNIE
PO WYSPIE
POLSKIE DROGI
PO ŚWIECIE
W CZASIE I PRZESTRZENI
CZAS NA RELAKS
ZDROWIE POLECAMY
NA ŁAWECZCE
MANIA GOTOWANIA
KRZYŻÓWKA
KRONIKA ABSURDU
NA KOŃCU JĘZYKA
TO I OWO
ARTERIA
ARTYŚCI
GALERIA
EWA OBROCHTA
BASIA LAUTMAN
BEATA KOZŁOWSKA
WOJCIECH SOBCZYŃSKI
RYSZARD SZYDŁO
PAWEŁ KORDACZKA
MARIA KALETA
MAREK BORYSEWICZ
KRZYSZTOF MALSKI
KONRAD GRABOWSKI
JUSTYNA KABAŁA
IWONA ZAJĄC
ELZBIETA PIEKACZ
ELZBIETA CHOJAK
ELA CIECIERSKA
CAROLINA KHOURI
ANIA PIENIĄŻEK
AGNIESZKA KOWAL
A.HANDZEL-KORDACZKA
ANDRZEJ KRAUZE
ANDRZEJ LICHOTA
DAMIAN CHROBAK
GRZEGORZ LEPIARZ
SŁAWEK BLATTON
ANDRZEJ MARIA BORKOWSKI
PAWEŁ WĄSEK
MARCIN DUDEK
JOANNA SZWEJ-HAWKIN
DANUTA SOŁOWIEJ
TOMASZ STANDO
AGNIESZKA STANDO
OLGA SIEŃKO
FOTOREPORTAŻ
AGATA HAMILTON
JOANNA CIECHANOWSKA




Sterta (2)
2012.04.26 / Jacek Ozaist
TAGI: Jacek Ozaist
Share |
Od tego czasu trzymaliśmy się Waldiego. Kilka tygodni męczyliśmy się jeszcze na myjni, a on myślał. Codziennie zasiadaliśmy na naszej ławeczce i przy piwie konsultowaliśmy jego pomysły. Spółka rikszarzy, bramkarze w nocnych klubach, sprzątacze biurowców, pracownicy farmy, wyprowadzacze psów... On proponował, my szukaliśmy słabych stron i najczęściej pomysł upadał. Ale Waldi nie rezygnował.
– A co wy umiecie? – zapytał w końcu wyraźnie poirytowany.
– Trochę malowałem – przyznałem nieśmiało.
– Płytki – mruknął braciak.
– Jakie płytki?! – wrzasnąłem. – Pomocnikiem byłeś!
– Ty też. Malarza.

Waldi wskoczył między nas niczym zawodowy sędzia bokserski.

– Jest cienka granica między pomocnikiem a wykonawcą. Tyle że pomocnik odwala najgorszą robotę. – wtrącił pojednawczo. – Ja trochę kładłem tapety. Czyli z grubsza podpadamy pod dekoratorkę. Słyszy się na lewo i prawo, że Polacy odnawiają Londyn. My też możemy.

Poczułem jak wypełnia mnie światło. Brygada remontowa to było to. Uściskaliśmy się radośnie i poszliśmy dokupić piwa.

Praca na myjni nie dawała żadnych perspektyw, ale pozwalała nowym przetrwać pierwsze miesiące w Londynie. No bo co można było zrobić za trzydzieści funtów dziennie? Za sześć dni to sto osiemdziesiąt, a przecież samo mieszkanie kosztuje pięćdziesiąt pięć, żarcie powiedzmy dwadzieścia pięć, no i alkohol trzydzieści-pięćdziesiąt – w zależności od humoru, okazji, ochoty. Zostawały człowiekowi żałosne resztki, a przecież nie po to wyjeżdżał z kraju.

Od tamtego pełnego euforii wieczoru minęło sporo czasu. Kupiliśmy narzędzia, zbudowaliśmy sieć kontaktów, nabraliśmy szacunku do samych siebie i własnych możliwości. A potem wszystko straciliśmy. Klientom najbardziej nie podobał się nasz wygląd i zapach, jakby to miało jakiś wpływ na jakość roboty.

Spojrzałem na Waldiego. Miotał się po pokoju, niczym nagi niedołęga w pokrzywach.

– Nie mogę jasno myśleć! – wykrzyknął teatralnie i pobiegł do kuchni. Tam wspiął się na wysokie krzesło i sięgnął ręką pomiędzy butelki stojące na szafce obok okapu nad piecykiem.
– Co ty robisz?
– Kombinuję, której jeszcze nie wypełniłem wodą...
– Co???
– Oni i tak tego nie piją. To dekoracja. O, wiem! Gin jest cały.
Zeskoczył z promiennym uśmiechem oraz pękatą butlą w ręce.
– Smakuje jak Brutal z kiosku, ale powinien gdzieś być tonik...

Wypiliśmy po dużej szklance. Waldi zaciągnął się dymem ze skręta i nagle spojrzał na mnie wzrokiem szaleńca, któremu wydało się, że wreszcie zrozumiał wszechświat.

– Jakie to banalne! Jakie proste!

Spokojnie czekałem na wyjaśnienia.

– Zesquatujemy flat na dole! Mieszkam tu pół roku i nigdy nie widziałem właściciela. Nie słyszałem ani jednego dźwięku. Tam nikt nawet nie zaświecił światła. Rozumiesz, co mówię?
– Co to jest squatowanie? – spytałem cienkim głosem.
– Zajmujemy chatę i jest nasza.
– To legalne?
– Nie do końca. Przestępstwem jest tylko włamanie.
– No więc jak wejść do czyjejś chaty bez włamu?
– Einstein też potrzebował czasu. Minutka!

Też popadłem w zadumę. Ten dziwny budynek miał dwoje drzwi. Te po prawej wiodły do mieszkania na górze, w którym akurat byliśmy, a więc te po lewej musiały prowadzić do mieszkania, które zajmowało całą powierzchnię parteru. Były nieźle odrapane. I ta zadymiona zasłonka. Może faktycznie od dawna nikt tam nie mieszkał...

– Ok. Musimy zrobić dziurę w podłodze – zdecydował Waldi. – Te klepki i tak nie trzymają się kupy. Później załatamy sufit, a klepki ułożymy na miejsce.

Z dziecinną łatwością oderwał jedną z nich i naszym oczom ukazał się goły beton.

– Potrzebujemy narzędzi. Jeden z lokatorów jest budowlańcem. Ma w cholerę dupereli w garażu. Chodź!

Znaleźliśmy młotki, dłuta, a nawet wiertarkę udarową i komplet profesjonalnych wierteł.

Ogarnął mnie dziwny szał połączony z zawziętością, jakiej nie zaznałem od czasu, gdy pewien gość postanowił odbić mi dziewczynę. Wybiłem mu wtedy zęba i wlokłem za pasek po całym parkiecie dopóki ochroniarze nie wyrzucili nas z dyskoteki na pysk. A Gośka i tak odeszła.

Wierciliśmy jak szaleni. Kuliśmy jak wariaci. Gin szybko się skończył, ale Waldi znalazł na półce jeszcze jakieś winko.

Byłem niesamowicie szczęśliwy. Zwątpiłem tylko raz, gdy wielki kawał betonu i cegieł runął w dół, czyniąc potworny rumor. Zamarliśmy w bezruchu, ale najwyraźniej na dole nie miał kto zareagować.

– Schodzimy – zarządził Waldi.
– Zaraz. A powrót?
– Racja. Skręćmy coś z prześcieradeł.

Nie musieliśmy. W garażu był zwój solidnej liny, na której zacząłem spuszczać Waldiego ku naszej, jak mi się wydawało, świetlanej przyszłości. Trzymał się nieźle do czasu, gdy jego głowa nie dotarła do krawędzi dziury. Wtedy dłonie zaczęły mu drżeć, a on oblewać potem. Spojrzał na mnie błagalnie, jak ostatni majtek na Titanicu, po czym puścił linę.

Huk był strasznie donośny. Przez kilka minut nasłuchiwałem czy nie słychać wycia policyjnej syreny, ale okazało się, że nawet braciak się nie obudził. Odetchnąłem.

– Waldi, żyjesz?
– Jeszcze nie wiem...
– Jak tam jest?
– Niezła chatka, choć nieco zakurzona.

Kichnął i roześmiał się wesoło.

– Mamy dom! Czujesz te oszczędności? Żadnego czynszu, depozytu... Coś tu dziwnie śmierdzi...
– Idę do ciebie!
– Dobra.

Byłem w lepszej formie niż on. Zsunięcie się na dół zajęło mi kilka sekund. Wylądowałem na zakurzonym stole otoczonym przez cztery zdobione krzesła. W całym domu unosił się niepokojący zapach, jak gdyby mięsa zapomnianego w wyłączonej miesiąc temu lodówce.

– Waldi?
– Jestem w kuchni. Mamy co pić!!!

Rozejrzałem się po mrocznym wnętrzu pokoju, w którym wylądowałem. Kominek, sofa, przetarty dywan, niewielki stoliczek pełen fotografii w zdobionych ramkach, kryształowa karafka z jakimś płynem...

– Hu!

cdn.

Dodaj komentarz:
Autor:
Wpisz hasło z obrazka: (małymi literami)


REKLAMA
PODCASTY
...zobacz inne podcasty
ARTERIA
...zobacz archiwum Arterii
REKLAMA
ENGLISH PAGE
...zobacz inne artykuły
ANKIETA
Czy wyjeżdźasz na wakacje do Polski?
liczba głosów: 28437
Tak

23747
84%
Nie

4690
16%
...zobacz archiwum ankiet
WYSZUKIWANE TAGI

Polsport |usługi kamieniarskie wodzisław | śruby nierdzewne | opieka osób chorych i niepełnosprawnych Rybnik | Alimenty Rybnik | prasa krawędziowa
Zespół muzyczny Strzelce Opolskie | blachowkręty nierdzewne | pediatra Radlin | książeczki zdrowia Rybnik | stylistka katowice