KIM JESTEŚMY REDAKCJA MARKETING DYSTRYBUCJA OGŁOSZENIA LISTY DO REDAKCJI KONTAKT 22 czerwiec 2018
E-WYDANIE
PUBLICYSTYKA
REPORTAŻ
LUDZIE I MIEJSCA
TAKIE CZASY
CZAS PRZESZŁY
CZAS TO PIENIĄDZ
DRUGI BRZEG
CZAS NA WYSPIE
AKTUALNOŚCI
ARTFUL FACE
PAN ZENOBIUSZ
FAWLEY COURT
REWERS
DOBRE, BO POLSKIE
SYLWETKI
LONDYN W SUBIEKTYWIE
OPOWIADANIA LONDYŃSKIE
ROZMOWA
LISTY DO REDAKCJI
KULTURA
RECENZJA
SYLWETKI
ROZMOWA
CO SIĘ DZIEJE
FELIETONY
KRYSTYNA CYWIŃSKA
ANDRZEJ LICHOTA
WACŁAW LEWANDOWSKI
GRZEGORZ MAŁKIEWICZ
V.VALDI
SPORT
AKTUALNOŚCI
RELACJA
ROZMOWA
FELIETON
GALERIA
PODRÓŻE
PO LONDYNIE
PO WYSPIE
POLSKIE DROGI
PO ŚWIECIE
W CZASIE I PRZESTRZENI
CZAS NA RELAKS
ZDROWIE POLECAMY
NA ŁAWECZCE
MANIA GOTOWANIA
KRZYŻÓWKA
KRONIKA ABSURDU
NA KOŃCU JĘZYKA
TO I OWO
ARTERIA
ARTYŚCI
GALERIA
EWA OBROCHTA
BASIA LAUTMAN
BEATA KOZŁOWSKA
WOJCIECH SOBCZYŃSKI
RYSZARD SZYDŁO
PAWEŁ KORDACZKA
MARIA KALETA
MAREK BORYSEWICZ
KRZYSZTOF MALSKI
KONRAD GRABOWSKI
JUSTYNA KABAŁA
IWONA ZAJĄC
ELZBIETA PIEKACZ
ELZBIETA CHOJAK
ELA CIECIERSKA
CAROLINA KHOURI
ANIA PIENIĄŻEK
AGNIESZKA KOWAL
A.HANDZEL-KORDACZKA
ANDRZEJ KRAUZE
ANDRZEJ LICHOTA
DAMIAN CHROBAK
GRZEGORZ LEPIARZ
SŁAWEK BLATTON
ANDRZEJ MARIA BORKOWSKI
PAWEŁ WĄSEK
MARCIN DUDEK
JOANNA SZWEJ-HAWKIN
DANUTA SOŁOWIEJ
TOMASZ STANDO
AGNIESZKA STANDO
OLGA SIEŃKO
FOTOREPORTAŻ
AGATA HAMILTON
JOANNA CIECHANOWSKA




MONIKA
2012.07.20 / Jacek Ozaist
TAGI:
Share |
Wyszedł do ogrodu z tyłu domu. Spojrzał na dwa puste krzesła i stolik, na którym stała firmowa popielniczka Guinnessa, i pokręcił bezradnie głową. Zapalił. Wciągając dym, próbował zdusić w zarodku bardzo niemęskie emocje. Postawił na stole butelkę wina oraz dwa kieliszki i nieśpiesznie wyciągnął korek. Nalał do obu i ciężko usiadł.
Wszechobecna ciemność pochłaniała dym, chmury leniwie płynęły po nocnym niebie, a on zastanawiał się, jak do cholery, zdoła dzisiaj zasnąć.

Popadł w odrętwienie. Papieros dogasał mu w palcach, prawie przypalając skórę. Chcąc nie chcąc, cofnął się myślami wstecz. Zaczęły powracać wspomnienia.

Jak się okazało, przyjechali do Zjednoczonego Królestwa tego samego dnia, a nawet tą samą flotyllą autokarów. On wsiadł w Krakowie, Monika dużo później, w Zielonej Górze.

Dziwna rzecz, z kimkolwiek by nie rozmawiał o tej długiej, męczącej podróży, każdy miał podobne obserwacje i odczucia. Każdy opowiadał o bolących kolanach, których w żaden sposób nie dało się rozprostować, radości podczas nielicznych postojów, iluzji rozciągniętego do granic możliwości czasu oraz paraliżującej nudy. Szczęście miał ten, kto mógł spać, a takich było niewielu.

Tak samo było z podróżą tunelem pod kanałem La Manche i powitaniem światła dziennego w angielskim Folkestone. Pełna bojaźni, ale i ciekawych wrażeń jazda pociągiem pod dnem morza to przeżycie niemal mistyczne. Miliony ton wody nad głową, mordercza masa naciskająca z kosmiczną wręcz mocą na maleńki w istocie tunel, a oni, jak w U-bocie – cisi, skupieni, zafascynowani wyczuwalnym zmysłami, przeogromnym ciśnieniem. I potem radosne Folkestone, pełne baraszkujących po trawnikach królików. Takie ciepłe, sympatyczne, jak gdyby nigdy nikt nie odprawił tu żadnego emigranta z kwitkiem, nie zostawił go z plecakiem w poczekalni, nie kazał wracać skąd przybył.

A dalej śmieszne, niemal surrealistyczne wrażenie jazdy autostradą pod prąd. Pasem, który na kontynencie służy do jazdy wolnej, w Anglii pomykają najszybsi i cały czas ma się wrażenie, że zaraz dojdzie do czołowego zderzenia.

Wreszcie Victoria. Ogromny dworzec, a właściwie sieć dworców, gdzie przenikają się linie wszelkiej maści transportu pasażerskiego. Tam, choć człowiek nie zawsze wie dokąd pójść, choć nikt na niego nie czeka, towarzyszy mu radość i nadzieja.

Monika chciała mieszkać sama. Wprowadziła się do maleńkiej klitki, gdzie jakimś cudem zdołano zmieścić szafę i łóżko. Powtarzała, że ma tam spać po pracy, a nie urządzać sobie życia, on jednak był przekonany, że nieraz dopada ją nastrój klaustrofobii. Pewnie dlatego tak często wychodziła do ogrodu.

Poznali się w kuchni. Powiedziała, jak ma na imię, posłała mu krótki, nic nie znaczący uśmiech i znikła w drzwiach.

Byli na siebie skazani. Wybiegali do pracy o tej samej porze, zakupy robili w tym samym sklepie za rogiem, oboje mieli kłopoty ze snem, więc wychodzili do ogrodu: pooddychać, pomyśleć, zapalić. Któregoś wieczoru, nie chcąc jej przeszkadzać w rozmyślaniu, zerwał się z krzesła i ruszył do drzwi. Poprosiła, by został.

Nie, nic z tych rzeczy. Nie podrywał jej ani ona nie była zainteresowana nim. Po prostu dwie zbłąkane, samotne dusze znalazły cichą przystań, gdzie mogły zacumować i odetchnąć od zgiełku emigracyjnego życia.

Rozmawiali o tak wielu rzeczach, że nie sposób wymienić wszystkich. Najbardziej zapadły mu w pamięć jej wywody na temat różnicy między tym, czego nas uczyli na lekcjach angielskiego, a tym, co zastajemy na angielskiej ulicy – żywym językiem w codziennym użyciu.

Monika uczyła się języka Szekspira i Marlowe’a od dziecka, lecz gdy przyjechała na Wyspy, odniosła wrażenie, że wokół chodzą sami kosmici, których nie rozumie i którzy nie rozumieją jej. Oczywiście, przyznał jej rację. Pogaduszka z Walijczykiem czy Szkotem z ulicy polegała, z grubsza rzecz biorąc, na wsłuchiwaniu się w bełkotliwy słowotok i wyławianiu pojedynczych fraz, by potem spróbować domyślić się reszty. Czasem jedynie na kiwaniu głową z głupim uśmiechem.

Różniło ich właściwie wszystko. Zapewne dlatego tak ciekawie spędzało mu się z nią czas. Była chodzącym kontrapunktem jego poglądów, przekonań, uczuć. Często siedzieli na ogrodowych stołkach i do późnej nocy staczali zacięte boje – filozoficzne, egzystencjalne, moralne.

Jeśli on był za, ona z reguły była przeciw. Jeśli coś było mniej więcej, to ona była za mniej, on za więcej. Pogodny pesymizm, sceptycyzm i pragmatyczne podejście do życia przeciwstawiała jego naiwnemu optymizmowi oraz wierze w świat i ludzi. Nieraz było gorąco, lecz nigdy nie przekroczyli granicy dobrego smaku, różniąc się naprawdę pięknie.

Ostatnio gorzej wiodło jej się w pracy. Chodziła markotna i przygnębiona. Wychyliła z nim wprawdzie butelkę wina, ale nawet to nie zdołało jej rozweselić. Powtarzała, że nigdy nic nie spadło jej z nieba, nigdy nie dostała żadnego uśmiechu losu, niczego nie wygrała. Wszystko zawdzięczała sobie. Spadki, wygrane, prezenty, miłe przypadki – to wszystko przytrafiało się innym.

Jak na ironię, potem stało się to. Policjant powiedział w telewizji, że to jeden przypadek na milion. A jednak spotkało to właśnie ją. Wyszła wieczorem po chleb. Dwa zwaśnione gangi rozpoczęły strzelaninę zza aut. Przypadkowa kula trafiła ją w głowę. Akurat rozmawiała z mamą przez komórkę. Umarła w pół słowa…

Ogród nagle zdał mu się pusty i nieatrakcyjny. Tak, jak krzesło Moniki. I wino w jej kieliszku, do którego przed chwilą wpadła mucha.

Przełknął ukradkową łzę i poszedł do łóżka, choć wiedział, że i tak prędko nie zaśnie.

Dodaj komentarz:
Autor:
Wpisz hasło z obrazka: (małymi literami)


REKLAMA
PODCASTY
...zobacz inne podcasty
ARTERIA
...zobacz archiwum Arterii
REKLAMA
ENGLISH PAGE
...zobacz inne artykuły
ANKIETA
Czy wyjeżdźasz na wakacje do Polski?
liczba głosów: 28437
Tak

23747
84%
Nie

4690
16%
...zobacz archiwum ankiet
WYSZUKIWANE TAGI

Polsport |pomniki wodzisław | wkręty nierdzewne | dom opieki Rybnik | transport węgiel Rydułtowy | produkcja kontraktowa suplementów diety
kuchnie na wymiar kraków | śruby nierdzewne | prawo pracy sandomierz | medycyna podróży Radlin | prawnik wodzisław śląski