KIM JESTEŚMY REDAKCJA MARKETING DYSTRYBUCJA OGŁOSZENIA LISTY DO REDAKCJI KONTAKT 15 grudzień 2017
E-WYDANIE
PUBLICYSTYKA
REPORTAŻ
LUDZIE I MIEJSCA
TAKIE CZASY
CZAS PRZESZŁY
CZAS TO PIENIĄDZ
DRUGI BRZEG
CZAS NA WYSPIE
AKTUALNOŚCI
ARTFUL FACE
PAN ZENOBIUSZ
FAWLEY COURT
REWERS
DOBRE, BO POLSKIE
SYLWETKI
LONDYN W SUBIEKTYWIE
OPOWIADANIA LONDYŃSKIE
ROZMOWA
LISTY DO REDAKCJI
KULTURA
RECENZJA
SYLWETKI
ROZMOWA
CO SIĘ DZIEJE
FELIETONY
KRYSTYNA CYWIŃSKA
ANDRZEJ LICHOTA
WACŁAW LEWANDOWSKI
GRZEGORZ MAŁKIEWICZ
V.VALDI
SPORT
AKTUALNOŚCI
RELACJA
ROZMOWA
FELIETON
GALERIA
PODRÓŻE
PO LONDYNIE
PO WYSPIE
POLSKIE DROGI
PO ŚWIECIE
W CZASIE I PRZESTRZENI
CZAS NA RELAKS
ZDROWIE POLECAMY
NA ŁAWECZCE
MANIA GOTOWANIA
KRZYŻÓWKA
KRONIKA ABSURDU
NA KOŃCU JĘZYKA
TO I OWO
ARTERIA
ARTYŚCI
GALERIA
EWA OBROCHTA
BASIA LAUTMAN
BEATA KOZŁOWSKA
WOJCIECH SOBCZYŃSKI
RYSZARD SZYDŁO
PAWEŁ KORDACZKA
MARIA KALETA
MAREK BORYSEWICZ
KRZYSZTOF MALSKI
KONRAD GRABOWSKI
JUSTYNA KABAŁA
IWONA ZAJĄC
ELZBIETA PIEKACZ
ELZBIETA CHOJAK
ELA CIECIERSKA
CAROLINA KHOURI
ANIA PIENIĄŻEK
AGNIESZKA KOWAL
A.HANDZEL-KORDACZKA
ANDRZEJ KRAUZE
ANDRZEJ LICHOTA
DAMIAN CHROBAK
GRZEGORZ LEPIARZ
SŁAWEK BLATTON
ANDRZEJ MARIA BORKOWSKI
PAWEŁ WĄSEK
MARCIN DUDEK
JOANNA SZWEJ-HAWKIN
DANUTA SOŁOWIEJ
TOMASZ STANDO
AGNIESZKA STANDO
OLGA SIEŃKO
FOTOREPORTAŻ
AGATA HAMILTON
JOANNA CIECHANOWSKA




O, raju, Malediwy!
2013.01.05 / Jacek Ozaist
TAGI:
Share |
Po jedenastu godzinach lotu boli dosłownie wszystko, ale wystarczy, żeby za oknem pojawił się pierścień piasku otoczony seledynową aureolą z gąszczem gibkich palm w środku i rządkiem drewnianych bungalowów na palach, by człowiek poczuł się, jakby przed chwilą przyszedł na świat. Długo wydaje się, że samolot wyląduje na wodzie. Schodzimy coraz niżej i niżej. Tafla oceanu prawie zagląda przez okno. I wtedy ziemia litościwie podsuwa nam pas lotniska w Male.

W drzwiach samolotu wita nas ściana powietrza tak gorącego, że natychmiast zatyka oddech w piersi. Pot i trudności z oddychaniem będą nam tu towarzyszyć w dzień i w nocy.

Godzinę później płyniemy szybką łodzią w kierunku naszej wyspy. Ruch panuje jak na autostradzie, tylko odbywa się we wszystkich kierunkach i chyba nikt go nie kontroluje. Wpływamy między dwie zbudowane z kamienia ściany, które służą za coś w rodzaju łącznika między szlakiem komunikacyjnym, a lokalną mielizną. „Naszą wyspę” przytłaczają ciężkie, ponure chmury, które złośliwie osiadają na końcówkach palm, jeszcze przed chwilą skąpanych w promieniach słońca. Na jakiś czas wszystko staje się wyblakłe i smutne, by w ułamku nabrać z powrotem niebiańskiego blasku. Jest koniec listopada. Intensywny deszcz już nie powinien padać. Na Malediwach zaczyna się sezon.

Wyspa ma może kilometr długości i ze 300 metrów szerokości w najszerszym miejscu. Z jednej strony otacza ją laguna odgrodzona od Oceanu Indyjskiego rafą koralową, z drugiej kawał otwartego morza, po którym trwa intensywna żegluga. Nasze okno wychodzi na rafę, o którą zaciekle rozbijają się spienione fale. Do wody mamy dwa kroki. Tu zresztą wszędzie jest blisko.

Wystarcza kilkuminutowy spacer, by obejść wyspę wokoło, wzdłuż i wszerz. To już wszystko? – pytam w myślach przerażony perspektywą polegiwania pod palmą przez nabliższe siedem dni. Upał jest tak dotkliwy, że nie jestem w stanie oddać się czysto polskiej uciesze wakacyjnej, czyli popijaniu piwa. Przy drugim czuję w żołądku piwnego grzańca, który rośnie i rozpycha się nieznośnie. Może wieczorem...

Nuda w raju

Fale leniwie uderzają o brzeg: raz, drugi, trzydziesty... Są niczym wskazówki zegara, w które wpatruje się skazany na dożywocie więzień. Co dnia nuda robi się bardzo plastyczna. Rozciąga się od horyzontu do horyzontu i nic nie wskazuje na to, by cokolwiek zdołało ją zakłócić. Przypominam sobie Pasję życia, znanego podróżnika Jacka Pałkiewicza i sytuację, gdy rozmawia z mieszkańcem Polinezji Francuskiej. Punktem wyjścia było życie w raju, ale wszystko kończy się tłumaczeniem, że codzienne słońce, upał i jednostajność stają się w końcu bliższe piekłu. Teraz czuję to na własnej skórze. Lubię poleżeć na plaży czy przy basenie, lecz na drugi, trzeci dzień zwykle pożyczam samochód lub daję się powieźć na jakąś przygodę. Tu takiej możliwości nie mam. Idę poszukać jakichś oferowanych przez hotel wycieczek fakultatywnych. Dziś była podróż łodzią podwodną wzdłuż rafy koralowej, jutro ma być wyprawa na rafę dla amatorów snorkelingu, pojutrze obserwacja rekinów w naturanym środowisku, później wizyta w stolicy Malediwów, czyli Male. Nie jest źle. Uczucie duszności nieco ustępuje. Zapisuję się na wszystko po kolei. Spore wątpliwości budzi kosztująca sto dolarów piętnastominutowa wyprawa samolotem ponad atolami, żeby napstrykać szpanerskich fotek. Po namyśle rezygnuję z tego luksusu.

Nazajutrz płyniemy uprawiać snorkeling. Po drodze mijamy dryfujące z prądem żółwie oraz stado radosnych delfinów. Chłopcy obługujący łódź specjalnie tłuką rękami o burty, by zachęcić te piękne stworzenia do skoków ponad powierzchnię wody. Delfiny chętnie spełniają tę prośbę, opływając łajbę z obu stron. Gdy po chwili znikają, robi się pusto i cicho. Podpływamy do krawędzi rafy koralowej od strony oceanu i spragnieni ochłody w nieładzie wysypujemy się do wody. Do dna jest może pięć, może sześć metrów. Pięknie widać koralowce i inne cuda podwodnego świata. Takich pstrokatych kolorów, jak na rafie koralowej, trudno szukać w przyrodzie. Rybki mienią się bardzo kontrastowymi odcieniami żółtego, niebieskiego, czerwonego i czarnego. Nie wolno niczego dotykać, ale i tak nikt nie ma takiego zamiaru. Wolimy to wszystko podziwiać, unosząc się bez ruchu na kołyszacych falach.

Wieczorem najlepiej jest usiąść na brzegu i wpatrywać się w znikające na skraju nieba słońce. Każdy zachód na Malediwach jest epicki. Brzegi chmur pąsowieją, jakby były zagniewane z powodu zbyt szybko kończącego się dnia. Rzedniejący blask leniwie spływa po masztach zacumowanych jachtów i rozlewa się po powierzchni morza. Cały spektakl trwa niecałą godzinę, a potem na świat spada wszechogarniająca szarość.

Z nudów zajmuję się obserwowaniem ludzi. Grupki obrzydliwie charkających i spluwających Chińczyków (zaczynam podejrzewać, że to jakiś rodzaj kodu kulturowego czy też osobliwe demonstrowanie przed światem własnej wyższości) wykłócają się z obsługą o każdą rzecz, żądają rabatów i specjalnego traktowania, bo wszystko zamawiają w grupie. Szóstka Polaków, którzy dykretnie nie chcą wytrzeźwieć po długiej podróży, zasiadła przy barze obok przystani i spełnia w milczeniu kolejny toast. Para wiecznie pijnych Czechów nieruchomo wpatruje się w do połowy opróżnione szklanki z piwem. Niemieccy emeryci, tak jak w każdym zakątku świata, hałaśliwie dyskutują o wczorajszym meczu Bundesligi. Każdy walczy z nudą jak może.

Nazajutrz okazuje się, że jestem jedynym chętnym do pływania z rekinami przy Shark Point. Zakładam, że ludzie przestraszyli się kąpieli z tymi stworzeniami albo też nuda obezwładniła ich całkowicie i już do końca będą leżeć z książką i popijać wino bądź piwo.

Cuda przyrody

Kiedy tak leżę na piasku i kończę czytać drugą już w trakcie tych wakacji książkę, rozważam czy nie wybrać się na rafę. Panuje łagodny odpływ. W najgłębszym miejscu woda sięga najwyżej do kolan. W 2009 roku w Kenii było podobnie. Wydawało się, że to blisko, tuż tuż, a woda taka spokojna... Pół godziny później mieliśmy jej już po szyję i wszystkie obejrzane filmy o rekinach w głowie. Co by było, gdyby tak jakiś żarłacz zdołał przedostać się przez barierę rafy koralowej? Brr...

Po paru dniach malediwskiego leniuchowania odkrywam w tym swoisty urok. Nasłuchuję odgłosów, jakie wydaje ukryte w koronach palm ptactwo i zazdrośnie zerkam na kolejny mały samolot, który wiezie szcześciarzy w odległe raje. Malediwy to przecież blisko 1200 wysp i wysepek na 26 atolach, ciągnących się na przestrzeni 860 kilometrów. Chciałoby się być na każdej, bo przecież wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma.

W pewnym momencie słyszę nad głową ciche skrzeczenie. Wytężam wzrok i dostrzegam pyszczek ni to psa, ni lisa, który wpatruje się we mnie ciemnymi oczami. Wygląda tak, jakby do jego rudej głowy i ramion ktoś złośliwie doczepił czarne poły kostiumu Drakuli z teatrzyku lalkowego. Jedna poła uporczywie wachluje pachę nietoperza, służąc za coś w rodzaju manualnego wentylatora. Śmieszne zwierzątko nic sobie nie robi z mojej obecności. Ja siedzę, on wisi głową w dół i tak sobie patrzymy na siebie.

Poza tym mamy tu istne wodne safari. Nie trzeba się nigdzie ruszać, by podziwiać cuda podwodnego świata. Nawet maleńki koralowiec, który podczas odpływu sromotnie wysycha wraz z całą łachą piachu, w trakcie zanurzenia w wodzie służy za hotelik dla dziesiątek maleńkich kolorowych rybek. Widać je doskonale gołym okiem, ale dopiero po założeniu okularów można podziwiać ich barwy w pełnej krasie. Dlatego ludzie bujają się na powierzchni wody wokół wyspy przez całe dnie. Z początku spore poruszenie wywołuje stadko małych rekinów podpływających bardzo blisko brzegu za ławicami niewielkich platynowych rybek. Łatwo sobie wyobrażamy, że gdzieś w pobliżu może pływać ich matka, gotowa zrobić krzywdę każdemu, kto się do nich zbliży, jednak chłopcy z centrum sportów wodnych tłumaczą ze śmiechem, że to ich codzienna rutyna i żadna monstrualna, ludożerna matka się nie zjawi. Nie wszyscy są przekonani, lecz co więcej można zrobić? Niektórzy uciekają z wody, kiedy tylko rekiny podpływają bliżej. W ogóle, kiedy stawia się krok, wszystko co żywe, pierzcha spod nóg. Surrealistyczne niemal jest uczucie, gdy sięga się po muszelkę, a ta ucieka ile sił, bo akurat jest grzbietem maleńkiego kraba. Ktoś nazywa tę plażę cmentarzem oceanu. Te drobinki to przecież nic innego, jak pozostałości po krabach, koralowcach i innych istotach zamieszkujących tę lagunę. Trudno się nie zgodzić.

Pewnego dnia podczas śniadania obserwujemy spore poruszenie przy gospodarczym molo, którym dostarcza się na wyspę rozmaite towary. Zbiegowisko ludzi nie daje nam spokoju, więc porzucamy kawę oraz rogaliki i biegniemy sprawdzić, o co tyle zachodu. W wodzie coś się kłębi. Płetwy? Chyba nie, bo zbyt łatwo przechylają się na prawo i lewo. Szybko okazuje się, że to nie rekiny, tylko stado płaszczek. Suną wzdłuż molo, majestatycznie poruszając cętkowanymi płetwami, które wyglądają, jak podwodne skrzydła. Na jedną magiczną chwilę wszyscy zastygamy w bezruchu, by podziwiać ten bajeczny spektakl.

Stolica Malediwów

Male to tak naprawdę nieduża, ciasno zabudowana mieścina. Z daleka widać gęsto upchane kilkupiętrowe budynki. Nieco na lewo, na osobnej wysepce mieści się lotnisko. Samoloty kołujące przed startem wyglądają, jak gdyby poruszały się po powierzchni oceanu. W porcie mnóstwo rybackich łodzi. Trwa codzienne pranie ubrań i kąpiel. Mężczyźni namydlają się, nie zwracając uwagi na zaskoczone spojrzenia gapiów. Potem polewają się wodą z dużych kadzi. Całe pokłady poprzecinane są sznurami ze schnącą bielizną.

Głos muezzina dyskretnie przypomina nam, że Malediwy to jednak muzułmański kraj. Nigdzie nie kupisz tu alkoholu, no chyba, że w hotelach, które służą zgniłemu światu Zachodu. Podobno wymogiem konstytucyjnym jest, by każdy obywatel był sunnitą. Jakakolwiek działalność kaznodziejska jest zakazana pod groźbą natychmiastowego wydalenia.

Dochodzimy do morza po drugiej stronie i zawracamy. Ruch jest bardzo intensywny. Szczególnie dokuczliwe są motorki. Trochę mnie to rozśmiesza, bo wszędzie z łatwością można dojść na piechotę, ale oni wolą się tłoczyć w tych wszystkich pojazdach dużych i małych. Sklepy są pozamykane, gdyż pobożni sklepikarze pobiegli do meczetów. Tętni życiem tylko targ warzywny i rybny oraz port, w którym mijają się kolejne transportowe statki czy motorówki. Są turyści, ale i lokalni mieszkańcy. Łatwo ich odróżnić, bo nie mają walizek, tylko różne zawiniątka i tobołki. Jeden z kelnerów z naszego hotelu opowiada nam, że mieszka na jednym z odległych atoli południowych Malediwów. Kiedy dostaje urlop, płynie do domu przez trzy dni. Oczywiście samolotem mógłby dolecieć w godzinę, ale ma małego synka i dla niego odkłada wszystkie zarobione pieniądze. Teraz wyobrażam sobie, jak wsiada z marnym tobołkiem na łajbę, by trzy dni sunąć pomiędzy rajskimi atolami do domu.

My będziemy wracać do Londynu bite 12 godzin. Już bolą mnie wszystkie kości. Ostatnia myśl, jaka przebiega mi przez głowę przed startem to, żebym się na drugi raz dwa razy zastanowił, zanim polecę do następnego raju. Po to, by się nudzić, nie trzeba latać tak daleko.

Jacek Ozaist

Dodaj komentarz:
Autor:
Wpisz hasło z obrazka: (małymi literami)


REKLAMA
PODCASTY
...zobacz inne podcasty
ARTERIA
...zobacz archiwum Arterii
REKLAMA
ENGLISH PAGE
...zobacz inne artykuły
ANKIETA
Czy wyjeżdźasz na wakacje do Polski?
liczba głosów: 25496
Tak

21264
83%
Nie

4232
17%
...zobacz archiwum ankiet
WYSZUKIWANE TAGI

Polsport |narty OC | nity nierdzewne | dom opieki Radlin | Rozwód Rybnik | suplementy diety produkcja probiotyki
zespół muzyczny gliwice | cyklinowanie Żyrardów | usługi geodezyjne Rybnik | angielski Jastrzębie | stylistka katowice