KIM JESTEŚMY REDAKCJA MARKETING DYSTRYBUCJA OGŁOSZENIA LISTY DO REDAKCJI KONTAKT 19 listopad 2018
E-WYDANIE
PUBLICYSTYKA
REPORTAŻ
LUDZIE I MIEJSCA
TAKIE CZASY
CZAS PRZESZŁY
CZAS TO PIENIĄDZ
DRUGI BRZEG
CZAS NA WYSPIE
AKTUALNOŚCI
ARTFUL FACE
PAN ZENOBIUSZ
FAWLEY COURT
REWERS
DOBRE, BO POLSKIE
SYLWETKI
LONDYN W SUBIEKTYWIE
OPOWIADANIA LONDYŃSKIE
ROZMOWA
LISTY DO REDAKCJI
KULTURA
RECENZJA
SYLWETKI
ROZMOWA
CO SIĘ DZIEJE
FELIETONY
KRYSTYNA CYWIŃSKA
ANDRZEJ LICHOTA
WACŁAW LEWANDOWSKI
GRZEGORZ MAŁKIEWICZ
V.VALDI
SPORT
AKTUALNOŚCI
RELACJA
ROZMOWA
FELIETON
GALERIA
PODRÓŻE
PO LONDYNIE
PO WYSPIE
POLSKIE DROGI
PO ŚWIECIE
W CZASIE I PRZESTRZENI
CZAS NA RELAKS
ZDROWIE POLECAMY
NA ŁAWECZCE
MANIA GOTOWANIA
KRZYŻÓWKA
KRONIKA ABSURDU
NA KOŃCU JĘZYKA
TO I OWO
ARTERIA
ARTYŚCI
GALERIA
EWA OBROCHTA
BASIA LAUTMAN
BEATA KOZŁOWSKA
WOJCIECH SOBCZYŃSKI
RYSZARD SZYDŁO
PAWEŁ KORDACZKA
MARIA KALETA
MAREK BORYSEWICZ
KRZYSZTOF MALSKI
KONRAD GRABOWSKI
JUSTYNA KABAŁA
IWONA ZAJĄC
ELZBIETA PIEKACZ
ELZBIETA CHOJAK
ELA CIECIERSKA
CAROLINA KHOURI
ANIA PIENIĄŻEK
AGNIESZKA KOWAL
A.HANDZEL-KORDACZKA
ANDRZEJ KRAUZE
ANDRZEJ LICHOTA
DAMIAN CHROBAK
GRZEGORZ LEPIARZ
SŁAWEK BLATTON
ANDRZEJ MARIA BORKOWSKI
PAWEŁ WĄSEK
MARCIN DUDEK
JOANNA SZWEJ-HAWKIN
DANUTA SOŁOWIEJ
TOMASZ STANDO
AGNIESZKA STANDO
OLGA SIEŃKO
FOTOREPORTAŻ
AGATA HAMILTON
JOANNA CIECHANOWSKA




Kim będziesz, boy?
2013.02.01 / Julia Hoffmann
TAGI:
Share |
Czy polskie dzieci rodzące się teraz w Wielkiej Brytanii będą mówić po polsku? Kto i jak powinien uczyć języka Mickiewicza, historii ojczyzny, miłości do niej, patriotyzmu? I jakiego patriotyzmu, rocznicowo-marszowego, czy tego codziennego przywiązania, chyba jednak trudniejszego? – zastanawiał się redaktor Robert Małolepszy w styczniowym numerze Nowego Czasu” w artykule Jak sie uczy Polak mały? (NC). Pytanie o tyle istotne, że tylko w roku 2011 urodziło sie na Wyspach 23 tys. polskich dzieci – Polki prześcignęły więc przodujące dotychczas w tej dziedzinie imigrantki z Pakistanu oraz Indii. O polskiej oświacie na Wyspach rozmawiamy z Bogumiłą Malinowską, polonistką i mistrzynią Dharmy, prowadzącą międzynarodową Szkołę Zen w Londynie.

– Niewesoły obraz polskiej oświaty zarysowany w tym artykule jest bardzo prawdziwy. Zgadzam się, że szkoły sobotnie są niewystarczające, zwłaszcza że sobota to nie jest najlepszy dzień do nauki. Należałoby zorganizować szkołę całotygodniową, tak jak udało się to np. Ukraińcom w Polsce. Pan redaktor Małolepszy twierdzi, że w brytyjskiej rzeczywistości to niemożliwe, ja jednak myślę, że należałoby spróbować, z obowiązkowym wsparciem takiego przedsięwzięcia przez polskie Ministerstwo Oświaty. Polscy nauczyciele pracujący w Anglii nie są w stanie zrobić tego sami, zwłaszcza że w praktyce, mimo oficjalnych regulacji, nie są tutaj uznawani za pełnoprawnych nauczycieli. W brytyjskim systemie oświatowym nie ma pracy dla nauczyciela-polonisty, mimo że polskich dzieci jest bardzo wiele. Bardzo dobrze wykształceni pedagodzy muszą więc szukać tutaj innej pracy, od legendarnej sprzątaczki począwszy, dlatego nie są w stanie sami przeprowadzić radykalnych zmian w szkolnictwie polskim w Wielkiej Brytanii. To jest zadanie dla naszego Ministersta Edukacji Narodowej – tutaj potrzebne są rozmowy i ustalenia na wysokim szczeblu, pomiędzy ministerstwami polskimi i brytyjskimi. Zwłaszcza że rząd polski powinien czuć się odpowiedzialny za to, że tak wielu Polaków musiało wyjechać z kraju, w którym nie było dla nich żadnych perspektyw zawodowych i ekonomicznych, a także – to też częsty powód – było im „duszno” z powodu braku prawdziwej demokracji. Prawie dwa miliony osób, które wyjechały, bardzo poprawiły polskie statystyki w zakresie bezrobocia i polityki mieszkaniowej.

Mieszkają tutaj, pracują, mają dzieci. Kim one będą?

– Tak, Polacy ciężko tutaj pracują i nie pragną najczęściej uczyć swych dzieci polskości. Wręcz przeciwnie, chcą aby jak najszybciej stały się pełnoprawnymi brytyjskimi obywatelami i budowały tutaj swą przyszłość. Zwłaszcza że często opuszczali Polskę nie tylko z powodów ekonomicznych, ale także uciekając przed nietolerancją i dyskryminacją, np. religijną czy obyczajową, i tutaj znaleźli kraj akceptujący najróżniejsze przekonania i modele życia. Rodzicom niekoniecznie zależy na tym, aby ich dzieci wychowywały się w tradycyjnym polskim katolicyzmie, często kultywowanym w tutejszych szkołach sobotnich. Jest to zrozumiałe, ale powstaje wtedy inny problem – takie dzieci, wychowywane wyłącznie w szkole angielskiej, mają później kłopot z poczuciem własnej tożsamości, z odnalezieniem swoich korzeni. Dzieci urodzone tutaj najczęściej w ogóle nie mówią już po polsku albo mówią bardzo kaleką polszczyzną, poznaną dzięki kontaktom z dziadkami podczas wizyt w kraju i przez telefon. Miałam kiedyś uczennicę, emerytowaną nauczycielkę języka angielskiego, której rodzice nigdy nie mówili przy niej po polsku aby ułatwić jej życie w Anglii. Sama zaczęła się po latach uczyć ich języka, bo czuła jakąś lukę, że czegoś jej brakuje. Rozumiała ich wybór, ale równocześnie miała do nich o to żal. I z tej właśnie grupy ludzi rekrutuje się wielu uczniów szkół języka polskiego dla dorosłych, działających w Londynie.

Rozmawia się w tym języku, w którm się żyje, to naturalne zjawisko związane z emigracją i wtapianiem się w kulturę innego kraju.

– Tak, dlatego pytanie o alternatywną szkołę polską, z programem nauczania stworzonym we współpracy z polskim Ministerstwem Edukacji, jest bardzo ważne. Ja ciągle marzę o stworzeniu pełnowymiarowej polskiej szkoły, która zmieściłaby się w brytyjskim systemie oświatowym i łączyła program polski z brytyjskim. Jeśli to byłoby niemożliwe, pozostaje jeszcze model wypracowany przez muzułmanów, którzy wprowadzili do brytyjskich szkół lekcje swego języka i kultury jako zajęcia fakultatywne.

Czyli byłyby to zajęcia dodatkowe? Jak to zrobić, skoro lekcje w obowiązkowej szkole brytyjskiej trwają od 9 do 15, a potem dzieci mają inne zajęcia?

– Rzeczywiście, tutaj uczniowie mają wiele zajęć pozaszkolnych, lekcje muzyki, baletu, sport itp., a w sobotę chcą mieć wolny dzień, tak jak ich brytyjscy koledzy, aby spędzać czas z rodzicami i odpocząć. Dlatego upierałabym się, że ramy czasowe to kwestia do przedyskutowania na szczeblu ministerialnym. Dzieci polskich, a także polskich nauczycieli gotowych do pracy, jest tutaj tak dużo, że nie można udawać, że nie ma problemu. Nie wystarczy jedynie cieszyć się, że spora część polskich kłopotów wyjechała do Anglii i robić raz po raz spotkanie rocznicowe w ambasadzie albo rzucić parę groszy na polonijną prasę.

Możliwości pracy przybyłych do Wielkiej Brytanii wysoko wykwalifikowanych polskich nauczycieli to także sprawa do rozwiązania...

– Tak, to dramat. Polski nauczyciel może być zatrudniony w brytyjskiej oświacie przeważnie jako tzw. learning support assistant, czyli osoba pomagająca polskiemu, nowo przybyłemu uczniowi, nie znającemu jeszcze języka angielskiego, w przystosowaniu się do tutejszej szkoły. Jeśli w klasie nie ma innych małych Polaków, którzy spontanicznie edukują nowego kolegę, szkoła zatrudnia takiego właśnie asystenta. Nie jest on uznawany za nauczyciela, to raczej swego rodzaju „pomoc klasowa”. Aby Brytyjczyk został asystentem, wystarczy jeśli skończy dwu-, trzymiesięczny, bardzo powierzchowny kurs przystosowujący, toteż jego wiedza ogólna odpowiada, w najlepszym przypadku, poziomowi polskiego maturzysty. Są to najczęściej osoby praktycznie nieprzygotowane do nauczania, pośpiesznie przysposobione do poruszania się w środowisku szkolnym. Zatrudniony na takim stanowisku polski nauczyciel, z wykształceniem magisterskim i doświadczeniem pedagogicznym, ma nieporównywalnie większe kwalifikacje i wiedzę niż jego angielski odpowiednik, a także – często większe niż pełnoprawny brytyjski nauczyciel.

Często słyszy się opinie, że polskie szkoły sobotnie to skanseny, zaściankowe i zacofane, uczące o Polsce, której już dawno nie ma, z niechęcią wspominane przez absolwentów. Jakie są twoje doświadczenia?

– Pracowałam w jednej z nich parę lat temu, ale... tylko kilka dni na początku nowego roku szkolnego. Bardzo trudno dostać tę pracę i nie potrafię powiedzieć, jakie względy decydują o zatrudnieniu, gdyż nie miało znaczenia moje wykształcenie ani doświadczenie pedagogiczne. Dyrektor powiedział, że jest kolejka do tej pracy i że mam być cierpliwa, ale już nigdy się do mnie nie odezwał. W klasie, którą mi przydzielono, były dzieci pomiędzy ósmym a dziesiątym rokiem życia. Podręczniki miały dopiero dotrzeć, więc nawet nie widziałam żadnego z nich i nie znałam ich zawartości. Większość dzieci była niezadowolona, że musiały przyjść do szkoły w sobotę, a rodzice nie chcieli, aby nauka języka polskiego była obowiązkowo połączona z nauką religii. Wcale mnie to nie zdziwiło. To już inne pokolenie Polaków, uważające religię za sprawę prywatną, bardzo osobistą. Gdybym tworzyła tutaj szkołę autorską, o której marzę, byłaby ona bezwyznaniowa – nie nauczano by w niej jednej wybranej religii, natomiast byłyby lekcje na temat różnych wyznań i etyki, tak jak to jest świetnie zorganizowane w szkołach brytyjskich.

A więc szkoła autorska?

– Rozwiązaniem byłaby prywatna polska szkoła, której program łączyłby brytyjski pragmatyzm z polską szeroką wiedzą ogólną. Albo przynajmniej polskie zajęcia fakultatywne w brytyjskiej szkole. Myślę, że można by wypracować także jakieś inne rozwiązania, bo szkoła sobotnia to z pewnością nie jest najlepsza opcja. Warto by też skorzystać z doświadczeń szkół ukraińskich działających w Polsce. Ponadto, jeśli rząd polski oficjalnie ubolewa, że tak wielu młodych wykształconych ludzi wyjechało z kraju i zachęca ich do powrotu, może byłoby wskazane większe wsparcie finansowe polskiej oświaty w Wielkiej Brytanii, aby dzieci emigrantów nie zrywały kontaktu z kulturą i językiem ojczystym i były w stanie wrócić do kraju. Można by też powalczyć aby w brytyjskim programie nauczania (tzw. curriculum), w którym mieści sie przecież – obok angielskiego – także język francuski, niemiecki i hiszpański, znalazł sie również nasz język, skoro jest tutaj tak wielu Polaków. Dlaczego rząd polski nic nie robi w tym kierunku? Mam nadzieję, że to tylko kwestia czasu. Trzeba jak najwięcj mówić i pisać na temat polskiej oświaty w Wielkiej Brytanii, apelować i naciskać na polskie władze, aby skuteczniej działały. To sprawa tożsamości kolejnych pokoleń, świadomości własnych korzeni, bardzo ważna dla psychiki każdego człowieka, a zwłaszcza emigranta.

Człowiek wyrwany z własnej kultury czuje się anonimowy, zagubiony i gorszy. Procent samobójstw wśród polskich emigrantów na Wyspach jest bardzo wysoki.

– Młodzi ludzie przyjeżdżający do Wielkiej Brytanii nie zdają sobie z tego sprawy, nie myślą też o tym, jak będą się w przyszłości czuły ich dzieci, dlatego często nie przywiązują wagi do kultywowania polskości. Dopiero po jakimś czasie uświadamiają sobie, że zostali wyrwani z korzeniami ze swojego świata, stracili swój status społeczny i są tu tylko jednostkami w morzu emigrantów, wykonujących byle jakie prace, nie odpowiadające ich wykształceniu. Widać wiele inteligenckich twarzy wśród zamiataczy ulic... Po kilku latach prowadzi to do depresji. Aby nie widzieć co dzieje się z rodzicami, dzieci próbują całkowicie wtopić się w środowisko brytyjskie i przejmują tutejszy model życia, w którym liczy się tylko kariera i pieniądze. Polskość kojarzy im się z biedą i pogardą. Koszty emigracji są więc bardzo wysokie.

Rozmawiała
Julia Hoffmann


KOMENTARZ byłej dyrektorpolskiej szkoły sobotniej w Londynie, która chce zachować anonimowość:

Tutejsze polskie szkoły sobotnie rzeczywiście są archaiczne i zatrzymane w czasie, ale by wprowadzać zmiany, należałoby ustalić, co jest potrzebne dzieciom i czego oczekują ich rodzice.

W czasie, gdy powstawały szkoły sobotnie, realia były zupełnie inne – dzieci chodziły do szkoły sobotniej, aby podtrzymywać znajomość języka polskiego (poznawanego w domu) na podstawowym poziomie, gdyż pierwszym językiem był dla nich angielski. Odd wejścia Polski do Unii Europejskiej mamy ogromny napływ dzieci, które świetnie mówią po polsku i chodziły już do szkół w Polsce. Ich rodzice często nie wiedzą, czy zostaną tu na stałe czy wrócą do Polski. Myślę, że większość z nich zostanie, ale oni jeszcze tego nie wiedzą i łudzą się, że braki edukacyjne dzieci będą mogły nadrobić w szkołach sobotnich i w razie powrotu do Polski będą mogły kontynuować naukę. Jest to niestety bardzo mało realne. Podczas zajęć sobotnich nie można wtłoczyć dzieciom do głów całego programu, jaki nauczany jest w szkołach Polsce przez pięć dni w tygodniu. Wielu przedmiotów w szkole sobotniej nie ma, np. matematyki, fizyki, biologii. Dzieci uczą się jedynie języka polskiego i literatury oraz – nie we wszystkich – geografii i historii. To jest próba dogonienia czegoś, czego się nie da dogonić

Emigrujący rodzice nie do końca rozumieją, co robią swoim dzieciom. Wyrywają je z korzeniami z polskich podwórek, od dziadków i ze szkół, i nagle rzucają je na jakieś obce głębiny… Kiedyś pomagałam zaaklimatyzować się takim dzieciom w angielskiej szkole – uczyć się języka angielskiego, przygotowywać się do lekcji, nabierać pewności siebie w tutejszej rzeczywistości. Ich rodzice często nie mówili w ogóle po angielsku i nie byli w stanie pomóc im przy odrabianiu zadań domowych, a równocześnie oczekiwali od dzieci rzeczy absolutnie niemożliwych, jakby to były tylko przedmioty, a nie młodzi zszokowani ludzie, bez pytania wrzuceni w obcą rzeczywistość.

Wiem też, że wiele dzieci z rodzin, które decydują się na powrót do Polski, przeżywa w szkole małe tragedie – gorzej mówią po polsku, nie potrafią pisać, nie czytają, a wiedza wyniesiona ze szkoły brytyjskiej jest zupełnie inna, toteż nie nadążają za polskim programem w swojej grupie wiekowej.

Inny problem to dzieci urodzone już w Wielkiej Brytanii, często ze związków mieszanych narodowościowo, w których próby mówienia w domu po polsku z reguły skazane są na niepowodzenie. Tutaj program nauczania musiałby być zupełnie inny, tj. język polski powinien być uczony jako język obcy, tymczasem nauczyciele, którzy przyjeżdżają z Polski, nie mają o tym zielonego pojęcia. I tu zaczynają się łączyć wszystkie wątki i nakładać trudności.

Dodatkowa bariera to brak fachowo opracowanych podręczników. Nie wiem, jak jest teraz, ale jeszcze dwa lata temu szkoły sobotnie korzystały z podręczników wydawanych w kraju, dla polskiej, całotygodniowej szkoły, a więc nieodpowiednich do nauczania języka polskiego jako obcego, raz w tygodniu. Takie uczenie to jedynie łatanie dziur.

Aby szkoły polskie dobrze funkcjonowały, ktoś musi się nimi porządnie zająć. Dawniej dbała o to Polska Macierz Szkolna, którą w ostatnich latach mocno krytykowano, z czym się zgadzam w pewnym stopniu,. Gdyby jednak zmieniła sposób działania, powinna nadal istnieć, gdyż jest to jedyna polonijna organizacja, która rozumie tutejsze problemy edukacyjne. Przydałoby się w Macierzy trochę świeżej krwi, pójście z duchem czasu i zauważenie zupełnie nowych potrzeb polskich dzieci, których poziom wiedzy jest tak zróżnicowany, że nauczycielom trudno sprostać temu wyzwaniu. Zreformowana Polska Macierz Szkolna powinna, a nawet musiałaby współpracować z Ministerstwem Edukacji Narodowej w Polsce, a także z organizacją brytyjską ContinYou, która zajmuje się właśnie takimi supplementary schools różnych narodowości, jakimi są nasze szkoły sobotnie. To bardzo dobra organizacja, która uczy nauczycieli podstawowych rzeczy – jak prowadzić szkołę od strony organizacyjnej i metodycznej. A przede wszystkim pomaga szkołom i nauczycielom znaleźć się w rzeczywistości Wielkiej Brytanii, orientować się w regulacjach prawnych itd.

Polskie Ministerstwo Edukacji Narodowej nie interesuje się naszymi szkołami w takim stopniu, w jakim powinno. Polska nie myśli przyszłościowo, a emigranci to przecież grupa fantastycznych ludzi, a wkrótce, dzięki ich dzieciom, będzie to cała armia ludzi biegle mówiących co najmniej dwoma językami i wykształconych w Wielkiej Brytanii, mogących stać się w przyszłości cennym nabytkiem tak dla polskiej, jak i brytyjskiej gospodarki. O tym się nie myśli.

Jeśli chodzi o aspekt religijny – polskim szkołom sobotnim ciężko byłoby funkcjonować bez wsparcia Kościoła, toteż szkoły współpracują z polskimi parafiami. Pracują w nich księża albo katecheci prowadzący lekcje religii i przygotowujący dzieci do pierwszej komunii. Rodzice, nawet jeśli sami nie są praktykującymi katolikami, zwyczajowo chcą, aby dzieci poszły do komunii, dlatego klasy najmłodsze są najliczniejsze. Często słyszałam od rodziców, że przyprowadzają dzieci tylko z tego powodu, a po komunii dzieci mogą chodzić do szkoły albo nie, jak same zdecydują. Nie spotkałam zbyt wielu rodziców, którzy nie życzą sobie lekcji religii, a niektórym jest to zupełnie obojętne, tak więc bywa w tym względzie bardzo różnie.

Wysłuchała JH

Tak się uczy Polak mały

Robert Małolepszy

Czy polskie dzieci rodzące się teraz w Wielkiej Brytanii będą mówić po polsku? Kto i jak powinien uczyć języka Mickiewicza, historii ojczyzny, miłości do niej, patriotyzmu? I jakiego patriotyzmu – roczniczowo-marszowego, czy tego codziennego przywiazania, chyba jednak trudniejszego?

Polki na Wyspach Brytyjskich rodzą na potęgę. Bez obiecanek polityki prorodzinnej i pełnej głębokiego zatroskania zachęty z ambony. Całkiem sporo rodaków ściągnęło tu swoje pociechy, gdy tylko stworzyli warunki bytowo-materialne na przyjęcie rodziny. Polskich dzieci jest już tysiące, a będzie pewnie więcej. Co jakiś czas pojawiają się głosy zaniepokojonych o polską edukację dla małych Krzysiów, Tomków i Oliwek. Problem dostrzegają także Polacy urodzeni w Wielkiej Brytanii – dzieci emigrantów wojennych i powojennych. Na własnym przykładzie dowodzą, jak trudno czasem z tą polskością bywało. Szczególnie z językiem ojców i dziadków.

W pierwszych miesiącach przyszłego roku ma się odbyć konferencja poświęcona edukacji w ojczystym języku nowych pokoleń Polaków na Wyspach. Konferencja – dobra rzecz. Zwłaszcza gdy przynosi konkretny efekt. Polski Londyn widział już całe mnóstwo bardzo pięknych konferencji, z których nie wynikało zupełnie nic. Może poza dobrym samopoczuciem organizatorów oraz pożywnym poczęstunkiem. Wypada mieć nadzieję, że ta konferencja nie ograniczy się do „nakreślenia ogólnego zarysu problemu”, a konkluzją nie będzie wskazanie na „potrzebę... zorganizowania kolejnej konferencji”.

Nie oglądali Bolka i Lolka

Sprawa polskiej oświaty na Wyspach Brytyjskich jest mocno skomplikowana i delikatna. Jak wiadomo, wszelkiego rodzaju „ciała pedagogiczne” są bardzo wrażliwe, ogólnie, a na swoim punkcie szczególnie. Tymczasem, być może trzeba powiedzieć kilka prawd nie zawsze najsympatyczniejszych. Przy okazji, zmierzyć się z różnymi stereotypami, a także zweryfikować obiegowe opinie. Na przykład, że rodzące się obecnie dzieci będą miały podobne problemy z językiem ojczystym, jak Polacy pół wieku temu, a nawet przed dwudziestu laty. Wcale tak być nie musi. Wówczas dzieci i młodzież, poza rodzinnym domem i szkołą sobotnią, nie miały szans na kontakt z polszczyzną. Nie była dostępna polska telewizja, a nawet gdyby była, to przecież kto pozwoliłby dziecku oglądać dobranockę z milicyjnym psem Reksiem, albo z dwoma małymi agentami bezpieki o pseudonimach Bolek i Lolek. Co do Bolka nie ma chyba wątpliwości.

Ograniczony był dostęp do słowa pisanego, zwłaszcza prasy i czasopism. Młodzieży nie porywały zapewne treści wypełniające „Dziennik Polski i Dziennik Żołnierza”. Tradycji, z której to pismo wyrosło, jest poniekąd wierne do dziś. Kraj przodków latorośl odwiedzała sporadycznie, z powodu kosztów i problemów technicznych rzadko telefonowano do rodzinki za „żelazną kurtyną”, no i nie było internetu. Dziś w co drugim polskim domu jest polska telewizja, wydawnictw zatrzęsienie i to za darmo, telefonować do Polski, do babci albo cioci, można na każdej przerwie w szkole – od pół pensa za minutę. Portale społecznościowe, komunikatory i poczta elektroniczna, a także miliony polskich stron www – dają możliwość kontaktu z językiem też niemalże w każdej chwili. Prawdopodobieństwo, że mali Polacy nie nauczą się (albo zapomną) ojczystą mowę wydaje się, w tym kontekście, jednak mniejsze.

Polska szkoła już była

To nie znaczy wcale, że nie jest potrzebna edukacja młodego pokolenia. Pytanie, jak ona powinna wyglądać? Trzeba powiedzieć jasno – stacjonarnych polskich szkół, czy to podstawowych czy średnich, w Wielkiej Brytanii nie będzie. Owszem, są mniejszości posiadające swoje szkoły (funkcjonujące oczywiście w brytyjskim systemie oświatowym), lecz w przypadku Polaków, jedynymi były szkoła dla chłopców w Fawley Court i dla dziewczynek w Pittsford. Swoje szkoły, nie tylko w Wielkiej Brytanii, mają mniejszości dobrze zorganizowane. Właśnie zorganizowane, dopiero potem zamożne. Nie chodzi przy tym o liczbę organizacji, bo tu niewątpliwie jesteśmy liderami.

Z powodu historycznych zaszłości to może ryzykowny przykład, ale co potrafi dobrze zorganizowana społeczność widać doskonale w Polsce na przykładzie Ukraińców. Owszem, mają swoje stacjonarne szkoły z wykładowym językiem ojczystym i to od wielu, wielu lat. Pomimo tego, że nie byli ani mniejszością narodową specjalnie hołubioną przez władze, ani nie dysponowali nadzwyczajnymi fortunami. Po prostu, naprawdę chcieli, aby ich dzieci uczyły się w rodzimym języku.

Kilka lat temu pewien biznesmen/wydawca deklarował otwarcie polskiego liceum w Londynie. Odbył się bal, z którego dochód miał zasilić fundusz nowej placówki. Ani dochodu, ani liceum nikt nie zobaczył. Wiadome jest, że jedna, ani nawet kilka szkół i tak nie rozwiązałoby problemu. Miałyby niewątpliwie znaczenie prestiżowe, ale znając realia, to szybko pojawiłyby się apele: „Ratujmy polską szkołę!”. Gdyby nie było problemów finansowych, to by znaczyło, że... to nie polska instytucja.

Patriotyzm, ale jaki?

Swego czasu jeden z polskich wiceministrów edukacji wywołał niemalże skandal stwierdzeniem, iż tutejsze polskie szkoły sobotnie stylem działania przypominają mu czasy Orzeszkowej. Ileż było protestów, ileż oburzenia. Częściowo słusznego – te szkoły są bardzo różne. Niektóre znakomite, ale zdarzają i takie jak... za Orzeszkowej. Niebywała drażliwość „ciał pedagogicznych” sprawia jednak, że nie sposób podjąć na ten temat żadnej dyskusji. Podobnie, jak w kwestii formuły działania szkół sobotnich, albo alternatywnych form nauczania. Od razu pada riposta: – Przecież dziatwa tak się zawsze garnęła do śpiewania Wojenko, wojenko i Morze, nasze morze.

Dziatwa, a przynajmniej jej część, w porywach szczerości przyznaje, że niecierpiała chodzić do polskiej szkoły w wolny dzień, gdy brytyjscy koledzy beztrosko się bawili. Nie wszyscy mieli ochotę uczyć się pilnie przez całe sobotnie ranki szlagieru Przybyli ułani pod okienko. Niemała część absolwentów mówi dziś po polsku kiepsko, albo wcale. Z umiłowaniem ojczyzny przodków też bywa różnie.

Szkoły te stawiają sobie za cel nie tylko uczenie języka, ale także przybliżanie ojczystej historii, kultury, religii, a zebrawszy wszystko razem – rozbudzanie i podtrzymywanie patriotyzmu. Nie wiadomo tylko, czy wszyscy jednakowo interpretują to pojęcie. W ogóle polski patriotyzm jest z kategorii rocznicowo-marszowych z domieszką sentymentalizmu. Symbole narodowe, wielkie słowa o Ojczyźnie w odmianie przez wszystkie przypadki, na śniadanie, obiad i kolację. Podczas okolicznościowej akademii w pierwszym szeregu, na marszu w pierwszej kolumnie – jakżeby inaczej. I jeszcze Chopin, wierzba płacząca oraz wadowickie kremówki. Gorzej z tym patriotyzmem na co dzień, choćby w relacjach z rodakami. Patriotyzmem przejawiającym się, między innymi, w pomocy jeden drugiemu, wspólnym działaniu. I najważniejsze – wzajemnym szacunku. Więc nie tylko dla Orła w koronie, ale dla murarza Mietka bez korony też. Jednak to nie wszystkim kojarzy się z patriotyzmem – niestety.

Nikt nie twierdzi, że czas szkół sobotnich minął. Inna rzecz, że część z nich chyba nie zauważyła, że to już XXI wiek, i to i owo zmieniło się od końca II wojny światowej. Ponadto, nawet gdyby te szkoły były najnowocześniejsze i najbardziej zaawansowane programowo, dydaktycznie i wychowawczo, to spora część polskich dzieci (z różnych powodów) i tak do nich chodzić nie będzie. Warto pomyśleć o alternatywnych formach nauczania.

Hej, MEN,weź się do roboty!

Społeczności, które troszczą się o naukę w ogóle, a już zwłaszcza w przypadku młodego pokolenia, zdecydowanie dobrze na tym wychodzą. Jeśli oświata, również ta ukierunkowana na przedmioty ojczyste, ma przynosić dobry skutek, musi być realizowana jak najbardziej profesjonalnie. Począwszy od programów, poprzez metodykę po prowadzenie zajęć. Oczywiście, powołanie pedagogiczne jest nie do przecenienia, ale dopiero połączone z prawdziwym zawodowstwem może przynieść sukces. Kłopot w tym, że o merytoryczne wsparcie dla polonijnej oświaty niełatwo, przy ryzykownym założeniu, iż ta oświata takowego wsparcia sobie życzy.

Przyjmując optymistyczny wariant, że przynajmniej część szkół i działaczy oświatowych chciałaby uzyskać fachową pomoc, to jednak nie bardzo wiadomo skąd. Jak polskie władze (bez względu na rządzącą opcję) traktują Polaków na obczyźnie – każdy widzi. Ministerstwo Edukacji Narodowej dotychczas nie zrobiło nic dla dzieci polskich imigrantów. Prawdopodobnie nikt na ministerstwo specjalnie też nie naciskał – jeszcze się zaczną wtrącać, coś narzucać albo wyrzucać nam z programów piosenkę O mój rozmarynie. Urzędnikom z Warszawy w to graj. Żeby nie było, że nic nie robią – rzucą czasem trochę grosików: „A jakże, widzimy cenną społeczną inicjatywę, to w ramach skromnego budżetu, oczywiście wesprzemy, jak najbardziej. I poza tym róbta se co chceta”. Zorganizują nawet niesłychanie poważną konferencję, na której nauczyciele polonijni po raz nie wiedzieć który wymienią się bezcennymi doświadczeniami, ponarzekają na trudności w niesieniu kaganka oświaty i zadeklarują potrzebę takich konferencji w przyszłości.

Może jednak warto byłoby przycisnąć MEN o stworzenie spójnej koncepcji edukacyjnej dla polskich dzieci na obczyźnie. Pewnie z uwzględnieniem specyfiki poszczególnych krajów. Tam siedzą ludzie, którzy potrafią to zrobić, jak ich ktoś trochę pogoni do pracy. Tu naprawdę jest potrzebny profesjonalizm. To trochę tak, jak z promowaniem polskiej kultury na zasadzie „pospolitego ruszenia” (z udziałem tzw. czynnika społecznego) a zawodową promocją przeprowadzoną jakiś czas temu przez Instytut Adama Mickiewicza w ramach Polska! Year. Z jednej strony – głośno zapowiadane i cicho odwoływane festiwale, a z drugiej komplety widzów w prestiżowych salach koncertowych, galeriach i teatrach. Fakt, nie wszystkim było to w smak.

Podobnie, nie wszystkim byłyby w smak jakiekolwiek zmiany w podejściu do edukacji z zakresu przedmiotów ojczystych. Są tacy, którzy uważają, że najlepiej wiedzą, jak ma taka edukacja wyglądać, a inni się nie znają i nie powinni zabierać głosu. Tymczasem sprawa ma się tak, że albo zostaną podjęte jakieś konkretne działania (z merytorycznym wsparciem profesjonalnych instytucji, w tym MEN), albo... co roku będą konferencje na temat problematyki oświaty polonijnej. Udzielający się w tej dziedzinie społecznicy będą natomiast opowiadać, jak to od lat dzielnie walczą o lepszą edukację dla polskich dzieci i młodzieży. I tak sobie walczą i walczą, i walczą...

Robert Małolepszy

Dodaj komentarz:
Autor:
Wpisz hasło z obrazka: (małymi literami)


REKLAMA
PODCASTY
...zobacz inne podcasty
ARTERIA
...zobacz archiwum Arterii
REKLAMA
ENGLISH PAGE
...zobacz inne artykuły
ANKIETA
Czy wyjeżdźasz na wakacje do Polski?
liczba głosów: 29713
Tak

24679
83%
Nie

5034
17%
...zobacz archiwum ankiet
WYSZUKIWANE TAGI

Polsport |usługi kamieniarskie wodzisław | pręty nierdzewne | dom opieki Żory | ekogroszek Radlin | suplementy diety produkcja kontraktowa
porady prawne wodzisław śląski | nitonakrętki nierdzewne | okna Wodzisław | badania do pozwolenia na broń Jastrzębie Zdrój | zastrzyki doszklistkowe gdańsk