KIM JESTEŚMY REDAKCJA MARKETING DYSTRYBUCJA OGŁOSZENIA LISTY DO REDAKCJI KONTAKT 15 grudzień 2017
E-WYDANIE
PUBLICYSTYKA
REPORTAŻ
LUDZIE I MIEJSCA
TAKIE CZASY
CZAS PRZESZŁY
CZAS TO PIENIĄDZ
DRUGI BRZEG
CZAS NA WYSPIE
AKTUALNOŚCI
ARTFUL FACE
PAN ZENOBIUSZ
FAWLEY COURT
REWERS
DOBRE, BO POLSKIE
SYLWETKI
LONDYN W SUBIEKTYWIE
OPOWIADANIA LONDYŃSKIE
ROZMOWA
LISTY DO REDAKCJI
KULTURA
RECENZJA
SYLWETKI
ROZMOWA
CO SIĘ DZIEJE
FELIETONY
KRYSTYNA CYWIŃSKA
ANDRZEJ LICHOTA
WACŁAW LEWANDOWSKI
GRZEGORZ MAŁKIEWICZ
V.VALDI
SPORT
AKTUALNOŚCI
RELACJA
ROZMOWA
FELIETON
GALERIA
PODRÓŻE
PO LONDYNIE
PO WYSPIE
POLSKIE DROGI
PO ŚWIECIE
W CZASIE I PRZESTRZENI
CZAS NA RELAKS
ZDROWIE POLECAMY
NA ŁAWECZCE
MANIA GOTOWANIA
KRZYŻÓWKA
KRONIKA ABSURDU
NA KOŃCU JĘZYKA
TO I OWO
ARTERIA
ARTYŚCI
GALERIA
EWA OBROCHTA
BASIA LAUTMAN
BEATA KOZŁOWSKA
WOJCIECH SOBCZYŃSKI
RYSZARD SZYDŁO
PAWEŁ KORDACZKA
MARIA KALETA
MAREK BORYSEWICZ
KRZYSZTOF MALSKI
KONRAD GRABOWSKI
JUSTYNA KABAŁA
IWONA ZAJĄC
ELZBIETA PIEKACZ
ELZBIETA CHOJAK
ELA CIECIERSKA
CAROLINA KHOURI
ANIA PIENIĄŻEK
AGNIESZKA KOWAL
A.HANDZEL-KORDACZKA
ANDRZEJ KRAUZE
ANDRZEJ LICHOTA
DAMIAN CHROBAK
GRZEGORZ LEPIARZ
SŁAWEK BLATTON
ANDRZEJ MARIA BORKOWSKI
PAWEŁ WĄSEK
MARCIN DUDEK
JOANNA SZWEJ-HAWKIN
DANUTA SOŁOWIEJ
TOMASZ STANDO
AGNIESZKA STANDO
OLGA SIEŃKO
FOTOREPORTAŻ
AGATA HAMILTON
JOANNA CIECHANOWSKA




W wietrznym mieście u ujścia Tagu
2013.07.24 / Jacek Ozaist
TAGI:
Share |
Wiem, że nazwa „wietrzne miasto” zarezerwowana jest dla Chicago, ale nie umiem Lizbony nazywać inaczej. Już przy podchodzeniu do lądowania wiatr rzuca samolotem niby latawcem. Wkrótce okaże się, że jego powiewy będą nam towarzyszyć przez cały pobyt w stolicy Portugalii.

Tymczasem robimy koło, przelatujemy nad słynnym Mostem 25 Kwietnia, rzymskim akweduktem i sporym kawałkiem miasta, by niespokojnie usiąść na pasie lotniska. W kiosku kupujemy Lisbon Card, specjalną kartę uprawniającą do przejazdów komunikacją publiczną nie tylko w obrębie miasta, ale również do oddalonych od centrum dzielnic i miejscowości turystycznych, jak Sintra, Belem czy Cascais. Karta zapewnia również wolny wstęp do wielu obiektów i muzeów oraz zniżkę do innych. Ich lista jest tak długa, że i tak nie mamy szans wszystkich odwiedzić. Kosztuje nas to 78 euro na trzy dni i jest to najwyższy koszt, jaki – poza lotem i hotelem – ponosimy. O tym, czy się to opłaca, musi zadecydować tempo zwiedzania kolejnych zabytków.

Czerwoną linią metra docieramy do Sao Sebatiao, gdzie mieści się nasz hotel. To spokojna, pełna zieleni okolica. Ruch na wąskich uliczkach nie jest duży, a wieczorem ustaje w ogóle. Świetnie się tam można wyspać, lecz nie po to przecież przyjechaliśmy. Rzucamy walizy w pokoju hotelowym i natychmiast wyruszamy na spotkanie przygody. Lizbona, podobnie jak Rzym, leży na siedmiu wzgórzach i dobrze zwiedza się ją na piechotę. Jest wczesne popołudnie, słońce właśnie wyjrzało na chwilę zza pędzących po niebie chmur, więc czemu nie?

Dochodzimy do największego w mieście ronda Marques de Plombal i skręcamy w Avenida da Liberdade, prowadzącą do turystycznej starówki Baixa. Metal i szkło nowoczesnych biurowców przeplata się z porzuconymi budynkami, których ściany i zatrzaśnięte na cztery spusty okiennice pomalowano w gustowne grafitti. Rzuca się w oczy niesłychana wprost liczba barów i restauracji, a w ogóle nie ma sklepów. Jest pora lunchu. We wszystkich knajpkach tłok i ścisk, jak gdyby zaraz miał skończyć się świat i nikt nie chciał być wtedy głodny. Wygląda na to, że Lizbona żywi się „na mieście”. Sklepy nie są nikomu potrzebne.

W Baixa próbujemy dostać się do windy prowadzącej na taras widokowy, ale kolejka jest tylko trochę mniejsza od tej pod wieżą Eiffla. Łapiemy więc tramwaj, który wspina się pod bardzo stromą górę. Wielkie jest nasze zdziwienie, gdy po chwili tramwaj zatrzymuje się pod jakimiś schodami. Okazuje się, że właśnie obyliśmy przejażdżkę najstarszą i najkrótszą linią w Lizbonie – Lavra Furnicular, otwartą pod koniec XIX wieku.

Wąskimi uliczkami próbujemy dotrzeć na szczyt najbliższego wzgórza i w ten sposób odkrywamy kościół Najświętszej Marii Panny, zwany Katedrą Sé. Z zewnątrz świątynia wygląda trochę jak Notre Dame w Paryżu, jednak w środku coś nam od razu nie pasuje. Nie umiemy określić stylu sklepień, okiennic, witraży i plafonów inaczej niż eklektyzm. Dopiero tablica informacyjna wyjaśnia, że kościół powstał w 1150 roku jako budowla romańska upamiętniająca wyzwolenie miasta spod wpływów mauretańskich. Katedra Sé stoi w miejscu, gdzie znajdował się wiele dekad temu główny meczet miasta zwanego Lishbuna. Mieszanina stylów wynika stąd, iż w XVIII wieku król Jan V nakazał wykończyć romański kościół w stylu rokoko.

Pod Sé wskakujemy do jadącego pod górę tramwaju, licząc, że zawiezie nas w okolice ulokowanego na szczycie wzgórza zamku Świętego Jerzego. Tramwaj sunie najstarszą dzielnicą Lizbony zwaną Alfama, prawie ocierając bokami o ściany domów przy niesamowicie wąskich uliczkach. Jedzie jednak w dół, zamiast w górę, więc po kilku przystankach przesiadamy się do innego. Resztę drogi pod górę przebywamy pieszo.

Jest jedna rzecz, która w stolicy Portugalii bardzo irytuje. Słaba informacja w wielu miejscach, gdzie kręcą się turyści. Najlepszym tego przykładem jest wejście do zamku São Jorge. Są przy nich bramki, a za bramkami stoją ochroniarze. Ni kliknąć czymś, ni biletu kupić, ni monetę wrzucić. Rozglądamy się wokoło. Jest jakaś budka z okienkiem, ale zamknięta. Obok niej stoi maszyna wyglądająca niczym automat do biletów, jednak sprawia wrażenie nieczynnej. Ochroniarze mówią tylko po portugalsku, a my dotychczas nauczyliśmy się dwóch zwrotów: bom dia (dzień dobry) oraz obrigado (dziękuję). Przybywa zdezorientowanych ludzi. Razem z nimi zazdrośnie patrzymy w stronę tych szczęśliwców, którzy w jakiś szatański sposób zdołali nabyć bilety i właśnie przechodzą przez te przeklęte bramki. Wycofujemy się w kierunku uliczek ze sklepikami pamiątkarskimi, by jeszcze raz zapytać o możliwość zdobycia biletów do zamku. Ktoś kieruje na w uliczkę, którą docieramy do ogrodzenia zamku od innej strony. Z furią wpadam do kolejnego sklepiku, gdzie wreszcie otrzymuję poprawną informację, że kasy są kilka domów dalej, w innej uliczce. Wracamy pod bramki, gdzie wielu ludzi nadal głowi się, jak wejść, i triumfalnie wkraczamy do środka.

Zamek św. Jerzego to kolejna budowla mauretańska, jakich w Lizbonie i okolicach sporo. Świetnie zachowały się mury obronne, ale wiele do zwiedzenia tam nie ma. Ekspozycja w malutkim przyzamkowych muzeum obejmuje głównie naczynia, mozaiki i drobne pozostałości po dawnych mieszkańcach. Prawdziwą atrakcją są za to spacerujące po ogrodach pawie oraz widok na uchodzący do Atlantyku Tag i panoramą rozlokowanego na wzgórzach miasta.

Znów wskakujemy do tramwaju, bo czas zaczyna nas gonić. Pozostała raptem godzina do finałowego meczu Ligi Europy między Benficą Lizbona i Chelsea Londyn. Tłum ludzi na Praça do Comércio, głównym placu w mieście, gęstnieje z każdą chwilą. Na wielkich telebimach widać przygotowania do meczu, który rozegrany zostanie w Amsterdamie. Mnóstwo starszych ludzi, pewnie emerytów, chodzi tam i z powrotem po placu i uliczkach Baixy z szalikami klubowymi Benfiki. Pokrzykują coś, zaczepiając przechodniów, ale kto miał nabyć gadżety klubowe, już dawno to zrobił. Oglądamy pierwszą połowę na telebimach. Słońce jednak zachodzi i robi się zimno. Benfica ma ogromną przewagę, której nie wykorzystuje. To musi się zemścić.

Drugą połowę spędzamy w restauracji wśród coraz bardziej zaniepokojonych Portugalczyków. Zupa chlebowa z jajkiem sadzonym i grillowana dorada z gotowanymi warzywami. Do tego lokalne wino i mecz na szczycie. Czego chcieć więcej w zimny wieczór w Lizbonie?

Nazajutrz słońce nie wychodzi w ogóle.To strasznie frustrujące, bo zwykle z Londynu ucieka się w poszukiwaniu jego promieni. Jedziemy na drugi koniec miasta, by zwiedzić Oceanarium i podziwiać nowoczesną architekturę wschodniego wybrzeża Lizbony.

Kilkupoziomowy, monumentalny dworzec Oriente przytłacza ogromem stali, szkła i betonu. Z łatwością można się na nim zgubić. Pierwsze kroki kierujemy w stronę Parku Narodów, niegdyś opuszczonego portu, obecnie bardzo popularnego, zwłaszcza w weekendy terenu handlowo-rekreacyjnego. Jest środek tygodnia, więc okolica zionie pustką. Budynki słynnego lizbońskiego EXPO 98 wyglądają jak dekoracje do horroru science fiction, wokół kasyna nie kręcą się nawet taksówki, a znany z organizacji widowisk Pawilon Atlantycki odwiedzają raptem trzy osoby, by u znudzonej pani w budce kupić bilety na nadchodzący koncert Rihanny.

Idziemy skropionym deszczem nabrzeżem w stronę Oceanarium. Za plecami mamy zrobioną w kształcie żagla Wieżę Vasco da Gamy i najdłuższy most w Europie, też zadedykowany najsłynniejszemu Portugalczykowi. Fajnie byłoby wsiąść do kolejki linowej, która kursuje wzdłuż nabrzeża, jednak widoczność nie nastraja optymistycznie. Lepiej schować się w Oceanarium, też – po megalomańsku – największym w Europie.

W środku natrafiamy na gigantyczny zbiornik wodny pełen wielu gatunków ryb, rekinów, płaszczek, gigantycznych samogłowów itp. Można godzinami gapić się przez szklane ściany na pływające dziwa, siedząc na ławeczce w jednej z wielu przygotowanych dla zwiedzających nisz widokowych. W ciemnych korytarzach czekają ekspozycje rozmaitych morskich roślin i zwierząt, jest rafa koralowa, las deszczowy, namorzyny, kamieniste wybrzeże, gdzie żyją pingwiny i albatrosy, basen ze śmiesznymi miśkowatymi zwierzakami z Alaski, zwanymi Amalia. Godzinami podziwiamy mimetycznie ukrytą na piaszczystym dnie płaską rybę, świecąca w ciemności meduzę, kościste, różnobarwne koniki morskie, gigantycznego groupera, żółwie, kraby, żaby. Cuda cudeńka. Wszystko, co żyje w wodzie i wokół niej.

Po południu niebo nad Lizboną nieco się przejaśnia. Promienie słońca od razu podnoszą temperaturę o 10 stopni. Leżymy na piasku nad Tagiem i obserwujemy przepływające pod Mostem 25 Kwietnia statki. Jest tak wysoki, że bez problemu mieści się pod nim prom pasażerski. Robi się ciepło. Piasek zaczyna grzać, jak pogrzewany materac. Przyjemną drzemkę przerywa mi coś, co zaczynam nazywać „lizbońską deprechą”. Słońce znika, robi się buro, kropi deszcz, a człowieka nagle przechodzą ciarki.

Na dworcu Cais do Sodré wsiadamy do pociągu jadącego nad Atlantyk. Zamierzamy wysiąść w Belém, gdzie znajduje się mnóstwo turystycznych atrakcji, ale nie wiemy, że to pociąg przyspieszony i tam akurat (sic!) nie staje.

Po dwudziestu minutach orientujemy się, że dojeżdżamy do Cascais, gdzie mieliśmy się wybrać dopiero jutro. Wyskakujemy jak oparzeni i przesiadamy się do pociągu zmierzającego z powrotem do Lizbony. Łapię jakiegoś kolejarza na łokieć, pytając: – Belém, Belém? Kiwa głową. Po stracie dalszych, bardzo cennych kilkunastu minut, jesteśmy na miejscu. Do słynnej, znanej z pocztówek wieży Torre de Belém już nie zdążymy, do mniej znanego Pomnika Odkrywców także. Prawie biegniemy, by zdążyć przed zamknięciem klasztoru Hieronimitów. Zbudowany w stylu manuelińskim (melanż gotyku i renesansu) kompleks budynków zniewala urodą. Krużganki i wieżyczki świadczą o silnych wpływach mauretanskich, zaś przylegający do klasztoru kościół to prawdziwa gotycka katedra z cudownym sklepieniem i niebosiężnymi filarami. Wśrod licznych nagrobków, rzuca się w oczy grób Vasco da Gamy – klasztor został wybudowany na cześć jego udanej wyprawy do Indii. Niemniej uparty i dzielny był patron tego miejsca, czyli św. Hieronim, autor przekładu Biblii z greki i hebrajskiego na łacinę, który spędził wiele lat w grocie nieopodal miejsca narodzin Chrystusa w Betlejem.

Wracamy, trochę pociągiem, trochę podmiejskim tramwajem, bo chcemy dotrzeć pod Most 25 kwietnia, z racji podobieństwa do swego większego brata z San Francisco, nazywany lizbońskim Golden Gate. Stojąc u stóp potężnego przęsła doceniamy jego rzeczywiste rozmiary. Za to figura Chrystusa stojącego na drugim brzegu Tagu nagle wydaje się maleńka. Lizbona pozazdrościła Rio de Janeiro i postanowiła mieć swojego patrona górującego nad okolicą. Figura wraz z postumentem liczy 110 metrów, a leżące u jej stóp sanktuarium chętnie odwiedzają katoliccy turyści z całego świata.

W okolicach dworca Cais do Sodré czujemy zapach grillowanej ryby. Jest tak dojmujący, że natychmiast odnajdujemy jego źródło. Przed małą knajpką na rogu ulicy, pan w białym kitlu znęca się nad głodnymi przechodniami, grillując słynne lizbońskie sardyny. Mają mniej więcej rozmiar śledzia i z grilla smakują wybornie.

Rozsiadamy się, prosząc o sea bass i butelkę wina. Słońce zachodzi po drugiej stronie Tagu, ryby skwierczą na ogniu, jest pięknie. Sea bass to po portugalsku to robalo, więc śmiejemy się, że będziemy jeść robala.

Lizbona jest tania. Przekonuję się o tym każdego dnia, znajdując w nowych knajpkach wino czy rybę o parę euro taniej niż dnia poprzedniego. Ale trzeba uważać, bo podobnie jak w niektórych krajach śródziemnomorskich, gospodarze ochoczo przynoszą dodatki i przystawki, których nie zamówiliśmy. Niby prosty gest, ale tak naprawdę trik, który ma na celu podbicie kwoty na rachunku. Nigdy nie zapomnę greckiej „gościnności” w Atenach, gdzie za parę plasterków grillowanych warzyw zapłaciłem 8 euro, a za parę plastrów arbuza aż 16!!! Dlatego w Lizbonie uważnie studiuję cennik i gdy coś wydaje mi się za drogie, od razu odmiawiam albo w ogóle nie tykam, uśmiechając się złośliwie. Marynowana ośmiornica, oliwki, masło, chleb – taki układ przystawek może być droższy niż główne danie.

Dzień trzeci opromienia nam słońce. To dobry znak. Zamierzamy pojechać nad ocean. Trochę się przy tym posprzeczaliśmy, gdzie właściwie jechać, bo przecież jest jeszcze do zobaczenia i arcyatrakcyjna Sintra, i uduchowiona Fatima, a przy tym wciąż nie wiemy, co się znajduje po drugiej stronie rzeki. Kompromisem ma być piękne wybrzeże Casacais i przejażdżka rowerem do tamtejszych słynnych klifów. Wsiadamy do tego samego pociągu, którym jechaliśmy poprzedniego dnia i po półgodzinnej podróży docieramy na miejsce.

Przewodniki nie kłamią. Zaraz obok stacji jest budka, w której wypożycza się rowery zupełnie za darmo. Trzeba tylko wypełnić formularz i okazać dowód tożsamości. Już po chwili mkniemy na rowerach w stronę wybrzeża Cascais. Jest wietrznie, ale wciąż świeci słońce. Cascais to urocze, małe miasteczko, pełne sklepików z pamiątkami i restauracji. Wzdłuż wybrzeża ciągną się bulwary, zakończone piaszczystą plażą. Aż żal się robi, że to jeszcze nie lato i woda w morzu ma temperaturę idealną dla morsów. Mijamy pełną dyndających jachtów marinę i znikamy za murami obronnymi dawnej twierdzy przerobionej na luksusowy hotel. Potem mkniemy do latarni morskiej, gdzie mieści się muzeum. Niestety, maleńka salka z kilkoma eksponatami, głównie szklanymi elementami aparatury świetlnej, to wszystko na co można tam liczyć. Gnamy brukowaną drogą otoczoną zgrabnym murkiem z kamienia w stronę Boca do Inferno, miejsca, gdzie fale oceanu wściekle tłuką o brzeg. Klify nie robią na mnie aż takiego wrażenia, bo są dużo mniejsze od tych w Beachy Head czy Lands End w Kornwalii, za to intesywność fal wdzierających się w skalne rumowisko jest zdumiewająca. Nazwa „drzwi do piekła” też nieco trąci przesadą, ale marketingowo trafia w dziesiątkę, bo z każdą chwilą przybywa coraz więcej zorganizowanych grup turystów. Gnamy w dół na złamanie karku, przecinamy Cascais i pędzimy bulwarami przed siebie. Chcielibyśmy dotrzeć do znanego toru wyścigowego w Estoril, zwanego autodromem, lecz nigdzie nie ma oznaczenia jak tam trafić. Trochę błądzimy bulwarami, podziwiając czystość plaż i fantastyczną linię wybrzeża. Architektura nadbrzeżnych domów pełna jest motywów mauretańskich. Wiele z nich to małe, arabskie pałacyki.

Wielka czarna chmura zbliżająca się od oceanu informuje nas, że czas wracać. Ledwo zdążamy oddać rowery i wpaść do pierwszej z brzegu restauracyjki, gdy świat przesłania istna kurtyna wody. Próbujemy przeczekać ulewę przy tradycyjnym bacalhau, czyli polędwicy z dorsza podawanej z ziemniakami z wody i gotowanymi warzywami. Przy okazji kelner przynosi mnóstwo przystawek. Zerkam do menu. Każda będzie mnie kosztować 0,50 euro. Nie mam sumienia mu odmówić.

Gdy już siedzimy w pociągu do Lizbony, deszcz leje nadal. Wysiadamy na dworcu Santa Apolonia, po wschodniej stronie Alfamy i wspinamy się wąskimi uliczkami w stronę Panteonu Narodowego. Znowu trafiamy na nagrobek Vasco da Gamy. Okazuje się, że słynny podróżnik dokonał żywota w Indiach, po czym jego ciało zostało przewiezione do Portugalii, ale nie leży ani u Hieronimitów w Belém, ani w Panteonie. Po latach tułaczki – tak za życia, jak i po śmierci – został pochowany w rodzinnej wiosce i tam spoczywa w pokoju.

Na taras widokowy Panteonu prowadzi tak wiele stopni, że to prawdziwy maraton. Zadyszani wchodzimy na samą górę, by jeszcze raz obejrzeć panoramę Lizbony.

Może dwie trzecie atrakcji udało się zobaczyć, zatem trzeba będzie wrócić. Mimo wiatru, mimo deszczu, mimo „lizbońskiej deprechy”, czułem się tu wspaniale. To piękne i niezwykłe miasto, z cudowną kuchnią i uroczymi zakamarkami, z którymi koniecznie trzeba zmierzyć się piechotą. Orbigado, Lizbono.

Dodaj komentarz:
Autor:
Wpisz hasło z obrazka: (małymi literami)


REKLAMA
PODCASTY
...zobacz inne podcasty
ARTERIA
...zobacz archiwum Arterii
REKLAMA
ENGLISH PAGE
...zobacz inne artykuły
ANKIETA
Czy wyjeżdźasz na wakacje do Polski?
liczba głosów: 25496
Tak

21264
83%
Nie

4232
17%
...zobacz archiwum ankiet
WYSZUKIWANE TAGI

Polsport |adwokat znieważenie policjanta warszawa | wkręty nierdzewne | opieka Radlin | Szkody Rybnik | terapeuta Cieszyn
zespół muzyczny żory | zawiasy nierdzewne | supplements contract manufacturers | szczepienia dla pracowników Rybnik | usg oka gdańsk