KIM JESTEŚMY REDAKCJA MARKETING DYSTRYBUCJA OGŁOSZENIA LISTY DO REDAKCJI KONTAKT 28 kwiecień 2017
E-WYDANIE
PUBLICYSTYKA
REPORTAŻ
LUDZIE I MIEJSCA
TAKIE CZASY
CZAS PRZESZŁY
CZAS TO PIENIĄDZ
DRUGI BRZEG
CZAS NA WYSPIE
AKTUALNOŚCI
FAWLEY COURT
PAN ZENOBIUSZ
DOBRE, BO POLSKIE
SYLWETKI
LONDYN W SUBIEKTYWIE
OPOWIADANIA LONDYŃSKIE
ROZMOWA
LISTY DO REDAKCJI
KULTURA
RECENZJA
SYLWETKI
ROZMOWA
CO SIĘ DZIEJE
FELIETONY
KRYSTYNA CYWIŃSKA
ANDRZEJ LICHOTA
WACŁAW LEWANDOWSKI
GRZEGORZ MAŁKIEWICZ
V.VALDI
SPORT
AKTUALNOŚCI
RELACJA
ROZMOWA
FELIETON
GALERIA
PODRÓŻE
PO LONDYNIE
PO WYSPIE
POLSKIE DROGI
PO ŚWIECIE
W CZASIE I PRZESTRZENI
CZAS NA RELAKS
ZDROWIE POLECAMY
NA ŁAWECZCE
MANIA GOTOWANIA
KRZYŻÓWKA
KRONIKA ABSURDU
NA KOŃCU JĘZYKA
TO I OWO
ARTERIA
ARTYŚCI
GALERIA
EWA OBROCHTA
BASIA LAUTMAN
BEATA KOZŁOWSKA
WOJCIECH SOBCZYŃSKI
RYSZARD SZYDŁO
PAWEŁ KORDACZKA
MARIA KALETA
MAREK BORYSEWICZ
KRZYSZTOF MALSKI
KONRAD GRABOWSKI
JUSTYNA KABAŁA
IWONA ZAJĄC
ELZBIETA PIEKACZ
ELZBIETA CHOJAK
ELA CIECIERSKA
CAROLINA KHOURI
ANIA PIENIĄŻEK
AGNIESZKA KOWAL
A.HANDZEL-KORDACZKA
ANDRZEJ KRAUZE
ANDRZEJ LICHOTA
DAMIAN CHROBAK
GRZEGORZ LEPIARZ
SŁAWEK BLATTON
ANDRZEJ MARIA BORKOWSKI
PAWEŁ WĄSEK
MARCIN DUDEK
JOANNA SZWEJ-HAWKIN
DANUTA SOŁOWIEJ
TOMASZ STANDO
AGNIESZKA STANDO
OLGA SIEŃKO
FOTOREPORTAŻ
AGATA HAMILTON
JOANNA CIECHANOWSKA




Wyspy skarbów, kawa, księgi i anioły na jeziorze Tana
2013.09.12 / Marcin Kołpanowicz
TAGI:
Share |
O jeziorze Tana trudno powiedzieć coś pewnego. Nikt nie wie, ile jest na nim wysp – te mniejsze pojawiają się i znikają w zależności od poziomu wody. Samo jezioro ma około 84 km długości i około 66 km szerokości, jednak wymiary te również nie są stałe, w porze suchej jezioro kurczy się nawet o kilka kilometrów. Stara legenda mówi, że na jednej z wysp jeziora Tana zatrzymała się Matka Boska w czasie ucieczki do Egiptu, ale to też nie jest pewne, bo Święta Rodzina musiałaby wtedy nadrobić (w jedną stronę) ponad 2500 kilometrów.

O jeziorze Tana trudno powiedzieć coś pewnego. Nikt nie wie, ile jest na nim wysp – te mniejsze pojawiają się i znikają w zależności od poziomu wody. Samo jezioro ma około 84 km długości i około 66 km szerokości, jednak wymiary te również nie są stałe, w porze suchej jezioro kurczy się nawet o kilka kilometrów. Stara legenda mówi, że na jednej z wysp jeziora Tana zatrzymała się Matka Boska w czasie ucieczki do Egiptu, ale to też nie jest pewne, bo Święta Rodzina musiałaby wtedy nadrobić (w jedną stronę) ponad 2500 kilometrów.

Kolor wody jest w czasie suszy oliwkowozielony, w porze deszczowej zmienia się na błotnistoczerwony, a Nil, który z Tany wypływa, zwany jest Błękitnym. Na jedenastu spośród nie-wiadomo-ilu wysp jeziora mieszczą się klasztory Ortodoksyjnego Autokefalicznego Kościoła Etiopskiego. Z miejsc eremickiego odosobnienia zmieniają się one powoli w atrakcje turystyczne, tym bardziej że przechowywane w przykościelnych „muzeach” skarby w niezwykły sposób dokumentują długą historię chrześcijaństwa w tym kraju.

Już w Dziejach Apostolskich, a także w świętych księgach koptyjskich przeczytać można o dworzaninie etiopskiej królowej Kandaki, który został nawrócony i ochrzczony przez apostoła Filipa. Nic więc dziwnego, że już w IV wieku cała Etiopia, jako jeden z pierwszych krajów na świecie przyjęła chrzest.

Nazwa oddalonego o 320 km na północ od Addis Abeby, położonego nad Taną miasta Bahir Dar oznacza „brzeg morza”. I rzeczywiście, rozległy akwen wygląda bardziej na morze niż na jezioro. Ze słonecznego, wesołego i hałaśliwego Bahir Daru, o alejach ocienionych przez rozłożyste palmy, wypływamy motorową łodzią na wody morza-jeziora Tana. Właściciel łodzi i sternik w jednej osobie ma na imię Malaku, co po amharsku znaczy „anioł”; jego koszulka ozdobiona jest nadrukiem krzyża z Lalibela. Wraz z moim synem Michałem i naszym etiopskim przyjacielem Uorku oddajemy się więc w anielską opiekę, zadowoleni, że nie musimy żeglować na lekkiej, chybotliwej łodzi z papirusu, jakie pływają tutaj od setek lat – przypomina o tym słomiana miniaturka, dyndająca na nitce pod daszkiem naszej motorówki.

Naszym celem jest oddalony o 18 km półwysep, a właściwie znajdujący się na nim kościół Ura Kidane Mihiret. Mijamy dryfujące stado kilkuset pelikanów i dwie gęsto porośnięte tropikalnym lasem wysepki – nad wierzchołkami drzew połyskują charakterystyczne dachy etiopskich kościołów. Wieńczy je rodzaj blaszanego parasola, z którego wyrasta wpisany w koło krzyż, promieniście obwieszony siedmioma strusimi jajami. Po półtorej godzinie prucia rozkołysanych fal docieramy do półwyspu Zege. Na brzegu tłumek pątników (pobożnych Etiopczyków pielgrzymujących do tego świętego miejsca), poparzeni przez słońce ferendżju (turyści) oraz handlarze pamiątek, od których ci ostatni nie mogą się opędzić. Do klasztoru prowadzi kamienista ścieżka przez gęsty podzwrotnikowy las – głośno w nim od rechotu żab i śpiewu ptaków. W nozdrza uderza zapach kawy rosnącej wszędzie wokół na niewysokich krzewach. Podobno Etiopczycy nauczyli się robić użytek z kawy od kóz. Gdy zauważyli, że kozy po schrupaniu ziaren z kawowego krzaczka wpadały w euforię, postanowili sami spróbować. I tak to, dzięki kozom, powstały kawiarnie. Na półwyspie Zege dzieci zbierają ziarna dziko rosnącej kawy, kobiety palą je najpierw na płaskich okrągłych blachach, kucając przy niewielkim ognisku, a następnie ucierają w moździerzach i gotują napój w glinianych imbryczkach.

W kawiarni pod palmą wzmacniamy się więc filiżanką czarnej jak obsydian, piekielnie mocnej kawy „prosto z krzaka” lub – jak kto woli – „prosto od baby”, i ruszamy dalej. Pielgrzymi, którym próbujemy robić zdjęcia, odwracają się lub zasłaniają twarze rąbkiem szaty, wyraźnie unikając oka kamery, za to natarczywi sprzedawcy pamiątek bez przerwy biorą nas w okrążenie, czego z kolei my wolelibyśmy uniknąć. Jednak gdy daję się zaciągnąć do jednego z ustawionych wzdłuż ścieżki straganików, nie wiem, czy bardziej podziwiać wystawione tu krzyże, naszyjniki i ręcznie malowane obrazki, czy urodę ich ciemnoskórej sprzedawczyni, o oczach brązowych jak ziarna świeżo palonej kawy. Nieopodal zgarbiony na niskim taboreciku artysta maluje na kawałkach koziej skóry kopie ikon z pobliskiego kościoła, a na jego palecie rozłożone są grudki ziemi, nasiona i kwiaty, z których uzyskuje swe pigmenty. Wkrótce staniemy przed pierwowzorami – za drzewami widać już przykrytą dachem w kształcie spłaszczonego stożka rotundę.

Jak większość etiopskich kościołów, ten również zbudowany jest na planie koła i ma strukturę cebuli – składa się z kilku koncentrycznych kręgów. Najpierw płot – modlą się przed nim ci, którym z powodu zadanej pokuty nie wolno przekroczyć nawet ogrodzenia. Ci, którym wolno, muszą przed wejściem zzuć buty, by nie wnieść do miejsca świętego pyłu i brudu świata. Zewnętrzną ścianę budynku tworzą drewniane słupy-kolumny, poprzedzielane wyplatanymi z bambusa ażurowymi ścianami, przez które słońce rzuca rozedrgane plamy światła na bambusową „słomiankę” rozłożoną na podłodze pierwszego kręgu. Leżą tam nieporządnie, lecz efektownie rozrzucone draperie, przypominające śpiących pielgrzymów. Spod jednej z nich istotnie wyglądają zakurzone bose stopy.

Pod ścianą spoczywają bębny, używane w etiopskiej liturgii; wysłużone membrany z byczej skóry, naciągnięte z obu stron na czerwone, oplecione rzemieniami kadłuby. W Kościele koptyjskim wszystko coś oznacza, więc mniejsza membrana symbolizuje Stary, większa – Nowy Testament. Obok tych tamtamów wiary leży wiązka pielgrzymich lasek modlitewnych – to makuamie, długie kije zakończone drewnianą lub mosiężną podpórką, z obu stron wygiętą jak baranie rogi. Większą część (rozpoczynającej się przed wschodem słońca, a trwającej prawie do południa) niedzielnej mszy świętej wierni stoją, więc podpórki te wkładają sobie pod pachę, i tak chwieją się całymi godzinami pogrążeni w modlitwie.

Następny krąg świątyni otynkowany jest zmieszaną z trawą ziemią, która po wyschnięciu daje gładką i twardą brunatną skorupę, zaskakująco estetyczną i przyjemną w dotyku, a do tego izolującą od upału. W tej ścianie wybite są wysokie bramy – cztery potężne odrzwia, każde wykonane z litego drewna, starego i spękanego, prowadzą do następnego kręgu, a właściwie kwadratowej budowli.

I tutaj zaczyna się prawdziwy cud. Ściany czworobocznego budynku, niby tapetą, oklejone są płótnem, które od podłogi do sufitu pokrywają malowidła – to jedna z najbardziej niezwykłych biblii pauperum, jakie można oglądać w świątyniach chrześcijańskich. Na wielopiętrowych freskach rozgrywa się sakralny komiks, w którym mieszają się motywy Starego i Nowego Testamentu oraz świętych ksiąg etiopskich. Te przedstawienia nie są skrępowane bizantyjskimi kanonami – ikonę etiopską cechuje fantazja i swoboda w doborze tematów (wiele z nich pochodzi z żywotów lokalnych świętych) oraz afrykańska śmiałość w użyciu jaskrawych, kontrastujących ze sobą barw. Przeważają kolory etiopskiej flagi: zielenią, żółcieniem i czerwienią odmalowane są biblijne historie, epizody bitewne, krwawe męczeństwa i cudowne uzdrowienia. Na freskach jest tłoczno jak na rynku etiopskiej wioski w dzień targowy. Obchodzę w kółko kwadratową, pokrytą malowidłami budowlę; w końcu zaczynam się gubić, co już widziałem, a czego jeszcze nie – za każdym kolejnym narożnikiem otwierają się niezwykłe sceny, wciąż zaskakują nowe motywy. Każde wolne miejsce jest wykorzystane, nawet belki stropu i fryzy ozdobiono głowami serafinów. Tu anielska dzida przebija łeb potężnego Lewiatana, tam święty Jared, nie zważając na bitewny zgiełk, jaki wokół niego panuje, trąca struny harfy – to twórca etiopskiego śpiewu liturgicznego. Królowa Saba jedzie konno do króla Salomona. Na jednej nodze trwa Tekle Hajmanot – święty, który tyle lat modlił się na stojąco, że odpadła mu druga kończyna. Świętemu Gebre Menfes Kiddusowi odzianemu we włosiennicę, otoczonemu przez lwy i lamparty, ptaki spijają łzy z oczu. Dzisiaj – już nie malowane, a żywe ptaki wydziobują kawałki malowideł i zakładają gniazda w wydrążonej tym sposobem ścianie. Granatowosine diabły ukazane są zazwyczaj z profilu – to w malarstwie etiopskim sposób na przedstawianie szwarc-charakterów. Spętane łańcuchami rzesze demonów tłoczą się przed księciem ciemności, umieszczonym – dla większego poniżenia – przy samej podłodze.

Nad nim siedzi popularny bohater etiopskich legend, Belaj Ludożerca, który wsławił się tym, że pożarł w swym życiu 72 ludzi, w tym własnego syna. Przedstawiony został z maczetą, którą odkrawa kawałek z poćwiartowanego ciała swej ofiary. Stara wieść niesie, że do Belaja przyszedł kiedyś umierający z pragnienia trędowaty. Ludożerca tak się wzruszył losem kaleki, że nie tylko go nie zjadł, ale podał mu kubek wody. Po śmierci kanibala szatan był pewien, że może porwać jego duszę do piekła, najpierw jednak Michał Archanioł miał zważyć dobre i złe czyny Belaja. Na jednej szali położył 72 zjedzonych nieszczęsników, a na drugiej kubek z wodą, podany niegdyś trędowatemu. Akurat przechodziła obok Dziewica Maryja i jej cień padł na kubek. To przeważyło szalę i w konsekwencji ocaliło miłosiernego ludożercę przed mękami piekielnymi.

Wizerunek Madonny z trzymającym księgę Dzieciątkiem przez szacunek okryto półprzeźroczystym welonem, zielonym jak wody jeziora Tana. Wokół hieratycznej Maryi – sceny pełne zgiełku i egzotycznej fantazji. Wniebowstąpieniu Jezusa towarzyszy naigrywający się z niego diabeł. Nieopodal – uzbrojeni w karabiny żołnierze Ahmeda, zwanego Gragn (Mańkut), muzułmańskiego emira Harraru. Ahmed (ma się rozumieć, przedstawiony z profilu) w XVI wieku zaatakował chrześcijańskich władców Etiopii. Muzułmanie ucinają głowy Etiopczykom – krew tryska ze zdekapitowanych szyj jak z gejzerów. Co gorsza, żołnierze emira byli świeżo wyposażeni w broń palną. Uzbrojeni jedynie we włócznie i dzidy Amharowie nie mieli szans, więc zwrócili się o pomoc do przybyłych właśnie do Abisynii Portugalczyków, co uratowało ich przed niechybną klęską.

Na środku każdej z czterech ścian czworoboku, podobnie jak w ścianach okalającej go rotundy, znajdują się masywne podwoje. Jednak przez te odrzwia zwykłym śmiertelnikom wchodzić nie wolno, są one dostępne jedynie dla kapłanów. Nie darmo każdego skrzydła drzwi, niby Bram Raju, strzeże niebiański strażnik – Archanioł z obnażonym mieczem, bo w samym centrum kościoła, w jego tajemnym jądrze, znajduje się Święte Świętych miejsce, do którego nie wolno wchodzić nikomu. Tu przebywa Arka Przymierza, a właściwie jej wierna replika, gdyż oryginał, jak wierzą Etiopczycy, znajduje się w mieście Aksum, 1000 kilometrów na północ od Bahir Daru. We wszystkich kościołach kraju przechowuje się otoczone najwyższą czcią kopie Arki, w których przechowuje się Najświętszy Sakrament. Wedle Księgi Królów (Kebra Negest), syn Saby i Salomona, król Menelik wykradł Arkę Przymierza ze świątyni w Jerozolimie i przewiózł do Etiopii, gdzie jest do dziś pilnie strzeżona.

Wychodzimy z kościoła Ura Kidane Mihired. Przed świątynią zauważam powieszone na drewnianej konstrukcji dwa podłużne, obłe jak ryby, głazy – to kamienne dzwony. Trącone małym kamykiem, wydają tajemniczy, długo wibrujący w powietrzu dźwięk.
Po chwili słyszymy już tylko trywialny warkot silnika yamahy i nasz Malaku steruje w stronę wysp, które wcześniej mijaliśmy. Na większej z nich stoi wzniesiony w pradawnych czasach kościół Kibran Gabriel. Jak głosi tabliczka, kobietom wstęp na tę wyspę jest wzbroniony, co jawnie urąga zasadzie równości płci. Jednak na pocieszenie feministkom mogę dodać, że Etiopczycy nie dyskryminują kobiet i bez oporów zatrudniają je na budowach. Nie szukając daleko, obok kościoła Ura Kidane Mihiret, gdzie powstaje muzeum, w którym pomieścić się mają skarby z klasztornych zbiorów, widzieliśmy niewiasty pchające taczki z zaprawą i rozłupujące kamienie ciężkimi młotami.

Znów pod górę, ścieżką przez gęsty las, tym razem wolny od straganów. Pnie i gałęzie drzew porośnięte niezwykłymi siwymi „wąsami”, które falują w lekkiej bryzie. Zastajemy przy kościele dwu księży pochylonych nad małymi modlitewnikami w okładkach z ciemnobrązowej skóry. Okazuje się, że kościół jest zamknięty z powodu konserwacji. Uorku głośno wyraża swoje rozczarowanie, gdyż przy wstępie na wyspę zapomniano nas o tym poinformować, choć nie zapomniano o pobraniu opłaty. Starutki wychudzony kapłan postanawia zrekompensować nam tę stratę i prowadzi nas do „muzeum” – piętrowego kamiennego budyneczku, przypominającego stodołę – i otwiera ciężką kłódkę. Wewnątrz ciemność, z którą bez powodzenia zmaga się słaba migająca jarzeniówka. I skarby, jakich nie spodziewałem się ujrzeć na małej, zarośniętej tropikalnym lasem wysepce. W prostych gablotach, za pękniętą szybą spoczywają liczące 500 lat złote królewskie i książęce korony. Mają one formę czepców – półkul, ozdobionych kulkami wiszącymi na cienkich łańcuszkach i zwieńczonych okrągłymi wieżyczkami z ażurowym krzyżem na szczycie. Obok jeszcze starsze sprzęty kościelne – mosiężne kadzielnice i srebrne naczynia, służące do obmywania rąk w czasie liturgii, zwane dzbanami Piłata. I książki, całe szafy wypełnione książkami: miniaturowe modlitewniki, grube księgi oraz ogromne, ważące ponad 20 kg tomy Ewangelii i Żywotów Świętych. Jeden z kapłanów dźwiga ciężki wolumin, a drugi przewraca strony z najcieńszej, pochodzącej z brzucha, koziej skóry. Na nich nierównymi rzędami biegną teksty zapisane etiopskimi literami w starożytnym języku gyyz – święte imiona wyróżnione są na czerwono. Kodeks pochodzący z XIII wieku jest bogato iluminowany – pigmenty nie wyblakły, więc na kolejnych, lekko sfalowanych kartach podziwiamy Zwiastowanie, Rzeź niewiniątek, Przemienienie na górze Tabor. Wjazd do Jerozolimy przestawiony został na „rozkładówce” – z lewej strony Jezus na białym koniu, z prawej – ludzie rzucający na ziemię palmy i kwiaty. Kilka stron dalej zaparcie się św. Piotra i sławny kur, który zapiał trzy razy. Wszystko w cudownym, naiwnym stylu, przypominającym po części ikony, po części romańskie miniatury.

Chudziutki kapłan wyciąga współczesną broszurę i wysmukłym krzyżem wskazuje na okładce innego siwego kapłana, przed którym czołga się poskręcany zielony wąż. Starzec z okładki to św. Johannis, założyciel klasztoru Kibran Gabriel. Po latach poświęconych nawracaniu pogan ów święty mąż oddał się modlitwom i umartwieniom na tej właśnie wyspie, tutaj także zmarł w wieku 107 lat, a stało się to około roku 1100. Podobno metalowy krzyż, którego nasz kapłan używa jako wskaźnika, jest prawdziwym krzyżem św. Johannisa. Takie to cuda ujrzeć można na wyspie na jeziorze Tana, w Etiopii, która sama jest wyspą chrześcijaństwa w morzu islamu.

Do „muzeum” wchodzi młody ksiądz, w żółtej szacie i białej czapeczce; klęka przed starym eremitą i z głębokim uszanowaniem całuje go w rękę, a następnie prosi nas, byśmy zabrali go ze sobą łodzią na brzeg. Nie jest członkiem monastycznej wspólnoty z tej wyspy, a jedynie przybył tu z krótką wizytą i wraca właśnie do rodzinnego Debre Libanos. Zapraszamy go do łodzi.

Podczas gdy Malaku pruje w stronę Bahir Daru, prowadzimy z księdzem godną soboru chalcedońskiego teologiczną dysputę. Szczerząc białe wystające zęby, ksiądz pyta nas, czy jesteśmy członkami Kościoła etiopskiego. Odpowiadamy, że jesteśmy katolikami. Kapłan zasępia się i mówi, że katolicy to nie chrześcijanie, a zbawienie jest tylko w ortodoksyjnym Kościele etiopskim. Etiopczyk Uorku odpowiada mu na to, że choć w ich ojczyźnie jest tak wielu ubogich i głodujących, to nie pomaga im Kościół ortodoksyjny, a właśnie przyjezdni – głównie katolicy i protestanci. Duchowny jednak nie daje się zbić z tropu: – Kościół nie został założony po to, żeby pomagać biednym. Jeśli istnieją biedni, to taka jest widocznie wola Boża. (Riposty tej nie powstydziłby się molierowski Tartuffe: „Niech się dzieje wola Nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba”). Jednak po chwili namysłu rozpogadza się i dodaje, pokazując w uśmiechu sterczące siekacze: – Ale skoro wy, katolicy, tak bardzo lubicie pomagać biednym, to czemu nie dacie mi pieniędzy na bilet do Debre Libanos?

MARCIN KOŁPANOWICZ, artysta malarz. Publikuje eseje podróżnicze w miesięczniku „Poznaj Świat” i teksty o sztuce w kwartalniku „Artysta i Sztuka”.

Dodaj komentarz:
Autor:
Wpisz hasło z obrazka: (małymi literami)


REKLAMA
PODCASTY
...zobacz inne podcasty
ARTERIA
...zobacz archiwum Arterii
REKLAMA
ENGLISH PAGE
...zobacz inne artykuły
ANKIETA
Czy wyjeżdźasz na wakacje do Polski?
liczba głosów: 22090
Tak

18459
84%
Nie

3631
16%
...zobacz archiwum ankiet
WYSZUKIWANE TAGI

Polsport |usługi kamieniarskie wodzisław | śruby nierdzewne | botox gdańsk | bolce do zgrzewania | suplementy diety produkcja witaminy
kuchnie na wymiar kraków | układanie podłogi warszawa | okna Żory | śruby nierdzewne | stylistka katowice