KIM JESTEŚMY REDAKCJA MARKETING DYSTRYBUCJA OGŁOSZENIA LISTY DO REDAKCJI KONTAKT 21 listopad 2017
E-WYDANIE
PUBLICYSTYKA
REPORTAŻ
LUDZIE I MIEJSCA
TAKIE CZASY
CZAS PRZESZŁY
CZAS TO PIENIĄDZ
DRUGI BRZEG
CZAS NA WYSPIE
AKTUALNOŚCI
ARTFUL FACE
PAN ZENOBIUSZ
FAWLEY COURT
REWERS
DOBRE, BO POLSKIE
SYLWETKI
LONDYN W SUBIEKTYWIE
OPOWIADANIA LONDYŃSKIE
ROZMOWA
LISTY DO REDAKCJI
KULTURA
RECENZJA
SYLWETKI
ROZMOWA
CO SIĘ DZIEJE
FELIETONY
KRYSTYNA CYWIŃSKA
ANDRZEJ LICHOTA
WACŁAW LEWANDOWSKI
GRZEGORZ MAŁKIEWICZ
V.VALDI
SPORT
AKTUALNOŚCI
RELACJA
ROZMOWA
FELIETON
GALERIA
PODRÓŻE
PO LONDYNIE
PO WYSPIE
POLSKIE DROGI
PO ŚWIECIE
W CZASIE I PRZESTRZENI
CZAS NA RELAKS
ZDROWIE POLECAMY
NA ŁAWECZCE
MANIA GOTOWANIA
KRZYŻÓWKA
KRONIKA ABSURDU
NA KOŃCU JĘZYKA
TO I OWO
ARTERIA
ARTYŚCI
GALERIA
EWA OBROCHTA
BASIA LAUTMAN
BEATA KOZŁOWSKA
WOJCIECH SOBCZYŃSKI
RYSZARD SZYDŁO
PAWEŁ KORDACZKA
MARIA KALETA
MAREK BORYSEWICZ
KRZYSZTOF MALSKI
KONRAD GRABOWSKI
JUSTYNA KABAŁA
IWONA ZAJĄC
ELZBIETA PIEKACZ
ELZBIETA CHOJAK
ELA CIECIERSKA
CAROLINA KHOURI
ANIA PIENIĄŻEK
AGNIESZKA KOWAL
A.HANDZEL-KORDACZKA
ANDRZEJ KRAUZE
ANDRZEJ LICHOTA
DAMIAN CHROBAK
GRZEGORZ LEPIARZ
SŁAWEK BLATTON
ANDRZEJ MARIA BORKOWSKI
PAWEŁ WĄSEK
MARCIN DUDEK
JOANNA SZWEJ-HAWKIN
DANUTA SOŁOWIEJ
TOMASZ STANDO
AGNIESZKA STANDO
OLGA SIEŃKO
FOTOREPORTAŻ
AGATA HAMILTON
JOANNA CIECHANOWSKA




Pierwsza polska próba sputnika
2013.12.28 / Rafał Kapeliński
TAGI:
Share |
To były pierwsze święta stanu wojennego, które mieliśmy spędzić u babci. Podczas wieczornej narady moi rodzice doszli do wniosku, że nie może być świąt bez kiełbasy. – Najlepiej, mówiła mama, byłoby kupić połowę świniaka. I z niego zrobić kiełbasy. Tata jej szybko przytaknął i już następnego dnia wyruszył na wieś do pana Świderka w poszukiwaniu świniaka. Przed wyjazdem pożegnał się z nami jakby jechał na wojnę. Pocałował mnie w czoło, potem pocałował też i mamę.

– Żegnaj! – rzucił stojąc w drzwiach niczym wypływający w długi rejs marynarz. A pan Świderek mieszkał zaledwie trzydzieści kilometrów od naszego miasta w malej wiosce Brusy.
Tę noc spędziliśmy koczując na zmianę z mamą przy oknie. Wreszcie o drugiej w nocy przed blok zajechał wiśniowy fiat 125p taty. Zbiegliśmy z mamą na dół, gdzie tata rozstawił nas według wcześniej ustalonego planu: ja z jednej strony bloku, a mama z drugiej, przy ostatniej klatce, ze strony nieczynnej już pętli autobusowej. Stojąc na naszych miejscach ojciec rzucił w moją stronę umówione hasło:
– Powietrze czyste?
Rozejrzałem się z przejęciem, ale nigdzie nie widać było śladu patrolujących z tej strony ZOMO-wców.
– Czyste, krzyknął trzymając przy ustach dłonie, tłumiąc w ten sposób mój głos.
– Powietrze czyste?, krzyknął tata do mamy.
– Czyste, odpowiedziała mama.
Nie czekając ojciec otworzył bagażnik naszego fiata i wyciągnął z niego owinięty w koc podłużny kształt, z którego wystawała wielka, świńska noga. Ojciec zarzucił sobie wielką tuszę na plecy i natychmiast zgiął się pod jej ciężarem. Ale wiedziony nieludzką siłą z największym wysiłkiem udało mu się donieść tuszę do klatki, gdzie ja i mama już czekaliśmy z odsieczą.
O czwartej nad ranem odbyła się ta sama operacja, tylko tym razem tata załadował do bagażnika naszego fiata wielkie, umieszczone w białych misach kawałki w międzyczasie poćwiartowanego świniaka.
– Powietrze czyste!, darłem się widząc biegającego z czubatymi michami ojca.
– Powietrze czyste!, darła się z drugiej strony bloku moja mama, co jakiś czas pomagając ojcu krzycząc:
– Hop! Hop!
A ojciec skakał pomiędzy klatką a naszym fiatem niczym zając.
Pół godziny później byliśmy już w drodze. Plan był prosty: z obawy przed patrolami musieliśmy unikać publicznych dróg. Kilka dni wcześniej ojciec zaopatrzył się u znajomego myśliwego w wojskową mapę okolicznych lasów.
Teraz trzymał ją rozłożoną na kolanach jednocześnie prowadząc samochód. Już na skraju miasta zjechaliśmy z głównej drogi i wjechaliśmy w gęsty bor, z którego wydawało się nigdzie nie było żadnego wyjścia. Po dwóch godzinach wiedzieliśmy, że pomimo mapy, udało nam się zgubić.
– Wracaj na główną drogę, zażądała zdesperowanym głosem mama.
– Chyba zwariowałaś, krzyczał tata. Chcesz, żeby zarekwirowali nam samochód a mnie i Świderka wsadzili do więzienia?
Przez moment miałem wrażenie, że mama nie miałaby nic przeciwko temu.
– Koniec świniaka, koniec kiełbasy, powtarzała kręcąc głową. – Wracaj na drogę...
– Przecież mamy mapę, czego się boisz?
– Globus byłby lepszy, niż ta mapa, złorzeczyła mama.
Po kolejnej godzinę kluczenia wśród pokrytych grubymi czapami śniegu drzew, ojciec zaczął się niepokoić. Na wąskiej, pokrytej grubą warstwą śniegu drodze, nie było żadnych śladów kół. Za nami ciągnęło się pole. Ojciec wbił oczy w mapę.
– Tutaj są gdzieś tory kolejowe…
– Gdzie?, zapytała mama.
– No tu, tata wskazał na mapę. Jak je znajdziemy, to jesteśmy w domu.
– A my gdzie jesteśmy?
– Tutaj, pokazał na mapie tata.
– Tylko uważaj na te tory, powiedziała mama.
– Do torów jeszcze jakiś kilometr, odpowiedział uspokajająco tata.
– Jesteś pewien?
– Tak.
– No, żeby nas tutaj jakiś pociąg nie buchnął… Jezus Maria…
Widziałem palec ojca przesuwający się wzdłuż rysującej się na czerwono na mapie długiej linii torów. Nagle usłyszeliśmy szum, potem gwizd i po kilku sekundach zaledwie kilka metrów za naszym samochodem przejechał na całej szybkości ciężko dyszący towarowy pociąg. Potężny pęd powietrza targnął naszym teraz dobrze dociążonym samochodem.
– Wracaj na drogę, powiedziała mama.
Tata posłusznie włączył silnik i po kilkunastu minutach wyjechaliśmy na główną szosę prowadzącą do miasteczka, w którym mieszkali dziadkowie.
Przez kilkanaście kilometrów nie nękały nas żadne patrole. Droga była pusta. Kilka kilometrów za Stolnem wjechaliśmy w głęboki zakręt. Za zakrętem zobaczyliśmy w światłach reflektorów przecinające drogę zasieki i kilku ogrzewających się przy ognisku uzbrojonych po zęby żołnierzy. Przy drodze stał zaparkowany transporter opancerzony.
– I co teraz?, szepnął ojciec.
Widziałem, że się trząsł.
– Zostaw to mnie, powiedziała mama i chrząknęła głośno.
Z delikatnym chrzęstem hamulców ojciec zatrzymał nos naszego fiata kilka metrów przed zasiekami.
Przez otwarte boczne okno do samochodu wcisnął głowę przemarznięty, groźnie wyglądający milicjant. Rzucił na nas groźne spojrzenia.
– Dokumenty!, krzyknął.
Ojciec posłusznie wręczył mu prawo jazdy.
– Dokąd?, zapytał milicjant.
Ojciec już chciał coś powiedzieć, gdy usłyszałem twardy, pewny siebie głos mamy.
– Na święta.
– O tej porze?
– A dlaczego nie?, powiedziała mama.
– Co jest w bagażniku?, zapytał lakonicznie milicjant.
Ojciec zawahał się. Widziałem, że szuka słów, że ze strachu nie wie, co powiedzieć…
– Połowa świniaka, rzuciła pewnym głosem mama.
Milicjant natychmiast spoważniał, a po chwili na jego twarzy pojawił się uśmiech. Mama też się uśmiechnęła. Po kilku sekundach udało się także uśmiechnąć przerażonemu ojcu. A milicjant kiwał tylko głową rozbawiony.
– Jechać dalej, rzucił machając rękoma w sposób, w jaki się odpędza wyjątkowo natrętną kurę.
Godzinę później przerabialiśmy przywiezione mięso w specjalnie na tę okazję wyciemnionej kuchni w domu mojej babci. Ojciec mielił kiełbasę, mama wpychała mięso w przygotowane flaki, a babcia wieszała już gotowe kiełbasy na rozstawionych w korytarzu
żerdziach.
Tymczasem dziadek ustawił w ogrodzie starą beczkę po ropie z dużym napisem „Shell”, która teraz służyła jako wędzarnia. Kilka dni wcześniej ojciec i dziadek wycięli z beczki całe dno i w ten sposób przystosowali ją do wędzenia kiełbasy: cała beczka stanowiła komin, przez który można było tłoczyć jałowcowy dym.
Przez kuchenne okno obserwowałem dziadka, ustawiającego beczkę nieopodal starej gruszy, na którą wspinałem się w poszukiwaniu chłodu w upalne, lipcowe dni. Pod beczką dziadek urządził małe palenisko, a na jej szczycie ułożył grubą warstwę mchu. Obok beczki zgromadził dla niepoznaki całą górę jesiennych liści. Nikt nie grabił zimą liści, nikt też ich nie palił, ale dziadek wydawał się tym wcale nie przejmować. Liście miały uzasadnić wydobywający się z głębi beczki gęsty dym.
Przed wyniesieniem kiełbas z domu okryliśmy je czule kocem niczym małe dzieci. Wyroby pachniały rumiankiem, ale były żałośnie blade, co wszystkich nieco irytowało, chociaż byliśmy z nich strasznie dumni. Po prostu wszyscy nie mogli się doczekać, aż kiełbasy pokryją się rumieńcem w naszej pospiesznie zaimprowizowanej wędzarni.
Dziadek już czekał przy beczce, obok niego jeszcze większa sterta liści. Dziadek grabił teraz wokół niej niczym opętany. Spojrzałem w stronę ulicy i natychmiast zrozumiałem powód jego konspiracyjnych zabiegów: ulicą za płotem przechodził sześcioosobowy patrol. Milicjanci spoglądali znudzeni zza płotu w kierunku gorączkowo grabiącego dziadka. Po chwili zniknęli za załomem ulicy.
Upewniwszy się, że milicjanci sobie poszli, ostrożnie wywierciliśmy w bocznej ścianie beczki małe otwory, w które następnie wsunęliśmy druciane poprzeczki. Na nich zaczęliśmy wieszać pospiesznie wyniesione z domu kiełbasy. W ten sposób, upychając je tak ciasno, jak to było tylko możliwe, udało nam się w jednej beczce powiesić ponad czterdzieści kilogramów pięknie pachnących kiełbas. Wisiały one we wnętrzu beczki niczym ozdoby choinkowe wykonane według zaleceń Adama Słodowego.
Zaczął padać mokry śnieg, więc schroniliśmy się w domu. Dziadek jako jedyny został w ogrodzie. Opierając się w oczekiwaniu o parapet, obserwowaliśmy trwającego na posterunku dziadka. Wołaliśmy do niego, ale on za nic nie chciał zostawić kiełbas na pastwę deszczu.
– Nie pomagał nam wiele w kuchni, więc teraz chce się wykazać, rzuciła nie bez zadowolenia babcia.
Wzmagający się deszcz sprawił jednak, że pomimo naszego duchowego wsparcia dziadek miał trudności z rozpaleniem ognia pod beczką. Jałowiec nieco zamókł, a nasilająca się wilgoć skutecznie niweczyła wszystkie jego próby rozpalenia ognia za pomocą coraz większych ilości wcześniej przygotowanego szarego papieru.
Obserwowałem dziadka pełen podziwu zmieszanego ze współczuciem, ponieważ wyraźnie widziałem, że smagające strumienie deszczu przeszywały go do szpiku kości. Z drugiej strony, wzmagający się deszcz sprawiał, że czuliśmy się nieco bezpieczniej.
– W taką pogodę nie wyszedłby na ulice żaden milicyjny patrol, szepnął tata.
W końcu dziadek pokazał nam, że ma pomysł. Po chwili zniknął w czeluściach garażu, gdzie przechowywał swój stary motocykl marki java. Już chwilę później wrócił, trzymając triumfalnie w dłoni duży, blaszany kubek. Stanął w rozkroku i jednym ruchem wlał całą zawartość naczynia do tlącego się pod beczką ognia.
I zdarzyło się coś dziwnego: w tej samej chwili spod beczki wystrzelił ogromny słup ognia, a sama beczka wzbiła się niczym rakieta ponad dziesięć metrów pionowo do góry. Całe niebo wypełniły wirujące kiełbasy. Dymiąc wesoło szybowały nad ogrodem dziadków, nad płotem pobliskiej fabryki części zapasowych do traktorów Ursus, nad lipami rosnącymi po drugiej stronie ulicy. Zadzierając głowę obserwowałem je jak zaczarowany. Dymiąc kręciły się w powietrzu, wiły w girlandach, aby po chwili karkołomnie obracając się w najzmyślniejszych arabeskach, jakby od niechcenia zaczęły opadać na ziemię.
Po kilkunastu, a może nawet kilkudziesięciu sekundach z głuchym hukiem lądowały wśród drzew w ogrodzie, na ulicy, na dachu domu moich dziadków. Kilka z nich wylądowało na szczycie czereśni, kilka na jabłonce, a kilka pęt, dy-
miąc wyjątkowo obficie, wisiało na samym szczycie dominującej ogród dziadków wielkiej gruszy.
Zza zakrętu usłyszałem dobrze nam znany, minorowy stukot milicyjnych butów. Złapałem się w grozie za głowę. Chwilę później widziałem mojego tatę, mamę, babcię biegających radośnie po ogrodzie i zbierających w panice ciągle dymiące kiełbasiane pęta. Tata już obejmował rękoma śliski pień gruszy i długimi susami piął się na jej szczyt niczym rozjuszony czymś miś Koala, a mama wywijała grabiami, próbując zbić wielkie pęto z rosnącej przy płocie brzoskwini.
W miejscu, gdzie jeszcze kilka minut wcześniej była wędzarnia, znajdowała się wielka, ziejąca czarnym dymem dziura, a obok niej stał teraz mój dziadek. Trzymając w dłoni blaszany kubek patrzył wprost przed siebie i przecierał ze zdumienia oczy, jakby się zastanawiał, co się mogło stać z beczką. I z jego kiełbasami. I z całym wirującym teraz wokół niego światem.

Komentarze:
Rafal Kapelinski (11.01.2014) Powialo prawda z mojego dziecinstwa..super uchwycone niuanse....to byly Bogate przezycia I artykul odzwierciedlil czarny humor codziennego zycia.super

wika (09.01.2014) Fajnie napisane.Dowcipnie,o czymś,przy zachowaniu troski o realia i prawdę historyczną. Niech się szczyle dowiadują jak powstaje kiełbasa i jak się trzeba będzie nagłówkować kiedy okaże się,że haki w supermartetach uwolnione są od jej pożądanej obecności

Dodaj komentarz:
Autor:
Wpisz hasło z obrazka: (małymi literami)


REKLAMA
PODCASTY
...zobacz inne podcasty
ARTERIA
...zobacz archiwum Arterii
REKLAMA
ENGLISH PAGE
...zobacz inne artykuły
ANKIETA
Czy wyjeżdźasz na wakacje do Polski?
liczba głosów: 24963
Tak

20800
83%
Nie

4163
17%
...zobacz archiwum ankiet
WYSZUKIWANE TAGI

Polsport |Obrońca w sprawach karnych Wodzisław Śląski | karabińczyki nierdzewne | opieka osób starszych Wodzisław Śląski | Storz couplings | prasa krawędziowa
zespół muzyczny rybnik | wkręty nierdzewne | dietary supplements manufacturers | badania sanitarne Żory | odstraszacz na ptaki