KIM JESTEŚMY REDAKCJA MARKETING DYSTRYBUCJA OGŁOSZENIA LISTY DO REDAKCJI KONTAKT 28 czerwiec 2017
E-WYDANIE
PUBLICYSTYKA
REPORTAŻ
LUDZIE I MIEJSCA
TAKIE CZASY
CZAS PRZESZŁY
CZAS TO PIENIĄDZ
DRUGI BRZEG
CZAS NA WYSPIE
AKTUALNOŚCI
FAWLEY COURT
PAN ZENOBIUSZ
DOBRE, BO POLSKIE
SYLWETKI
LONDYN W SUBIEKTYWIE
OPOWIADANIA LONDYŃSKIE
ROZMOWA
LISTY DO REDAKCJI
KULTURA
RECENZJA
SYLWETKI
ROZMOWA
CO SIĘ DZIEJE
FELIETONY
KRYSTYNA CYWIŃSKA
ANDRZEJ LICHOTA
WACŁAW LEWANDOWSKI
GRZEGORZ MAŁKIEWICZ
V.VALDI
SPORT
AKTUALNOŚCI
RELACJA
ROZMOWA
FELIETON
GALERIA
PODRÓŻE
PO LONDYNIE
PO WYSPIE
POLSKIE DROGI
PO ŚWIECIE
W CZASIE I PRZESTRZENI
CZAS NA RELAKS
ZDROWIE POLECAMY
NA ŁAWECZCE
MANIA GOTOWANIA
KRZYŻÓWKA
KRONIKA ABSURDU
NA KOŃCU JĘZYKA
TO I OWO
ARTERIA
ARTYŚCI
GALERIA
EWA OBROCHTA
BASIA LAUTMAN
BEATA KOZŁOWSKA
WOJCIECH SOBCZYŃSKI
RYSZARD SZYDŁO
PAWEŁ KORDACZKA
MARIA KALETA
MAREK BORYSEWICZ
KRZYSZTOF MALSKI
KONRAD GRABOWSKI
JUSTYNA KABAŁA
IWONA ZAJĄC
ELZBIETA PIEKACZ
ELZBIETA CHOJAK
ELA CIECIERSKA
CAROLINA KHOURI
ANIA PIENIĄŻEK
AGNIESZKA KOWAL
A.HANDZEL-KORDACZKA
ANDRZEJ KRAUZE
ANDRZEJ LICHOTA
DAMIAN CHROBAK
GRZEGORZ LEPIARZ
SŁAWEK BLATTON
ANDRZEJ MARIA BORKOWSKI
PAWEŁ WĄSEK
MARCIN DUDEK
JOANNA SZWEJ-HAWKIN
DANUTA SOŁOWIEJ
TOMASZ STANDO
AGNIESZKA STANDO
OLGA SIEŃKO
FOTOREPORTAŻ
AGATA HAMILTON
JOANNA CIECHANOWSKA




Po prostu wrócić
2014.07.07 /
TAGI:
Share |
– Rola ziemiaństwa we współczesnej Polsce? Praktycznie żadna. Ale w Polsce rośnie nowa, wspaniała generacja wykształconych młodych ludzi, którzy patrzą w przyszłość. Mam wielką nadzieję, że oni kiedyś ten kraj odbudują – mówi Roman Żóltowski, przedstawiciel wojennej fali emigracji polskiej w Wielkiej Brytanii, który w 1994 roku wrócił do rodzinnego Wargowa pod Poznaniem. Do Wielkiej Brytanii przyjeżdża jednak swoim wiekowym kabrioletem marki MG co roku w czasie trwania turnieju tenisa na Wembledonie. I nie tylko dlatego że lubi tenis – od 1979 roku jest oficjalnym grawernikiem turniejowych pucharów. Zasiada uzbrojony w swoje dłuta pod lożą królewską i czeka na wręczenie pucharu i zaprezentowanie go publiczności po czym szybko go przejmuje, by średnio w 18 minut wygrawerować na nim imię i nazwisko zwycięzcy. Z powodu aresnału dłut nie może podróżować samolotem, więc przejeżdża swym kabrioletem całą Europę, by co roku zdążyć na turniej. Dziennikarzowi „The Times” (27.06) powiedział: „76-letni mężczyzna jadący z Polski 52-letnim autem na Wimbledon to dość surrealistyczne, czyż nie?”. Roman Żółtowski zaczął grawerować nazwiska na pucharach, kiedy mieszkał jeszcze na Wyspach i współpracował z firmą jubilerską Halfhide. Z Romanem Żółtowskim rozmawia Julia Hoffmann.

Urodził się Pan w Wargowie, a mając dwa lata znalazł się Pan w syberyjskiej tajdze. Potem przez Bliski Wschód, Palestynę i Jerozolimę Pańska rodzina dostała się – z armią gen. Andersa – do Anglii.

– Tak. Myśmy nie byli rodziną wojskową, ale udało się nam razem z tym wojskiem wyemigrować. Było nas troje, tj. mama, siostra i ja. Ojciec został zamordowany na Syberii przez NKWD. Starszy ode mnie o dziewięć lat brat uciekł z Rosji już wcześniej, z grupą kolegów, aby uniknąć wcielenia do sowieckiej szkoły „prania mózgu”. Uciekał tym szlakiem, którym myśmy potem także wędrowali, już przed nami był w Teheranie, a rok przed nami w Wielkiej Brytanii, gdzie wstąpił do Szkoły Morskiej i Technicznej w Środkowej Anglii. Tam spotkaliśmy się z nim w 1947 roku. Miałem wtedy dziesięć lat.

Samotna kobieta z dziećmi trafia do obcego kraju. Jak sobie radzi?

– Było bardzo trudno. Na początku mieszkaliśmy przez kilka miesięcy w tzw. obozie tranzytowym w Staffordshire. To było zbiorowisko najróżniejszych ludzi, Polaków ze wszystkich stron świata, taka „beczka śmiechu”. Byliśmy cywilami, ale opiekowało się nami wojsko. Później dowiedział się o nas mój stryj, jedyny z braci mojego ojca, który ocalał i był w Londynie. Załatwił nam mieszkanie, a właściwie pokój, w dzielnicy Earl’s Court. Zamieszkaliśmy tam w 1948 roku, ale ja już wtedy uczyłem się w szkole w Walii. Siostrę mama też wysłała do internatu, do szkoły dla dziewcząt prowadzonej przez siostry nazaretanki w Pitsford. A mama pracowała fizycznie – sprzątała, gotowała, prowadziła kuchnię w jakimś klubie polskim, i nadal mieszkała w tym jednym pokoju.

W szkole musieli nas przede wszystkim nauczyć angielskiego. W St Mary’s Catholic School w Newtown, świeżo założonej przez pewnego entuzjastycznego Anglika, było nas około dziesięciu polskich chłopców. Oczywiście nauczyciele mieli problemy z wymawianiem naszych nazwisk, na mnie mówili Zolto. Po czterech latach nauki musiałem zdać egzamin do tzw. public school w Yorkshire, bardzo dobrej szkoły katolickiej, prowadzonej przez benedyktynów. To do dzisiaj jedna z najlepszych szkół w Anglii. Udało mi się tam dostać, a potem były studia w Londynie. Jestem inżynierem
mechanikiem.

A więc przeszedł Pan całą angielską ścieżkę edukacyjną i zaczął Pan pracować.

– Tak, zaraz po studiach zacząłem pracować, wcześnie się też ożeniłem. Przez wiele lat pracowałem jako inżynier w małych firmach konsultingowych, obsługujących firmy ubezpieczeniowe, między innymi Commercial Union. Byłem rzeczoznawcą i biegłym sądowym w zakresie mechaniki, szacowania szkód powypad-
kowych w ruchu drogowym, w fabrykach itp.

Po kilku latach wyprowadziliśmy się z żoną z Londynu, było nam trochę ciasno, męczyły nas korki itd. Wyjechaliśmy do Northampton, ale w 1967 roku wróciliśmy na obrzeża Londynu i zacząłem pracować w firmie Kodak jako technical author. Ale od zawsze po godzinach zajmowałem się grawerstwem, chyba już od 1960 roku. Lubię pracować rękoma, mam niespełnione skłonności artystyczne. Był to też sposób na dorabianie. Nauczyłem się tego od Mieczysława Białkiewicza, który w owych czasach był współwłaścicielem dużej firmy jubilerskiej. I nadal się tym zajmuję, choć oczywiście w innej skali niż dawniej. Teraz robię głównie sygnety herbowe.

Odszedł Pan z Kodaka i rozpoczął życie wolnego człowieka?

Zwolniłem się w 1986 roku. Podobała mi się niezależność, zacząłem pracować wyłącznie na własną rękę. Mogłem się z tego utrzymać, gdyż miałem dużo zamówień. Grawerów, którzy grawerują sygnety osadzone oczkiem z kamienia, jest strasznie mało, mniej niż dziesięciu, tzn. tych pracujących ręcznie, nie maszynowo, używających tradycyjnych technik. Dziś już nie musiałbym tego robić, ale nadal pracuję, bo lubię.

Pejzaż lat 80. wygląda zatem następująco: cale Pańskie życie związane jest z Anglią; tutaj ma Pan rodzinę, zdobył Pan doświadczenie zawodowe i odkrył swój prawdziwy talent. I nagle przyjeżdża Pan do Polski, a w końcu wraca na stałe. Nie mogę tego pojąć.

– Bo tego nikt nie może pojąć… (śmiech).

Gdyby wyjeżdżał Pan z kraju mając na przykład 15 lat, rozumiałabym, że byłby już Pan tutaj zakorzeniony, że pierwsze skojarzenia, wspomnienia, ogród, dom, zapach, wszystko byłoby stąd. Ale Pan tego nie miał. Dlaczego zdecydował się Pan wrócić?

– Po raz pierwszy przyjechałem do Polski w 1969 roku, aby wziąć udział w dość dużym rajdzie samochodowym na południu kraju. Nie wiem, jakoś tak od razu poczułem się w domu, pomimo tej komuny i tego wszystkiego. Od tego czasu przyjeżdżałem regularnie co roku, albo nawet co pół roku. Nawiązałem tu masę kontaktów. I za każdym razem, muszę powiedzieć, czułem się jak u siebie w domu. Nie wiem dlaczego, ale tak było. To jest trochę dziwne, podobnie jak sprawa obywatelstwa. Ja się wcale nie uważam za jakiegoś patriotę, przynajmniej nie w stylu Kaczyńskiego (śmiech). Gdy miałem około 16 lat, w 1953 roku, po śmierci Stalina, przyjechał do szkoły w Yorkshire przedstawiciel Home Office i zaproponował naszej ósemce Polaków darmowe obywatelstwo brytyjskie. No i wszyscy przyjęli oprócz mnie (śmiech). Ja tak czułem, że jeśli przyjmę obywatelstwo brytyjskie, to przestanę być Polakiem. Sam tego nie rozumiem. Nie brałem udziału w manifestacjach patriotycznych, nie jestem religijny, absolutnie. Zupełnie nie jestem typowym Polakiem. A wtedy nawet nie mówiłem dobrze po polsku, mówiłem bardzo słabo. To był dla mnie drugi język, uczyłem się go długo i nadal się uczę.

Odmówiłem przyjęcia obywatelstwa i wszyscy byli bardzo zdziwieni. Natomiast w 1969 roku jadąc do Polski musiałem jednak mieć (oprócz polskiego) także brytyjskie obywatelstwo, aby po rajdzie reżim komunistyczny nie zatrzymał mnie – jako Polaka – w kraju. Zgłosiłem się do Home Office, urzędnik sprawdził moje papiery i spytał, dlaczego wcześniej odrzuciłem obywatelstwo brytyjskie, a teraz sam o nie proszę? Odpowiedziałem, że chcę wziąć udział w polskim rajdzie. Uznał mnie za wariata i wyraził zgodę…(śmiech).

Odwiedzając Polskę jeździłem po całym kraju, ale najczęściej do Krakowa. Przyjeżdżałem także do Wargowa i oglądałem ten budynek, który był już kompletną ruiną.

Zamieszkali tu Państwo w 1993-1995 roku. Jak z perspektywy lat oceniają Państwo tę decyzję? Czy jeszcze raz by ją Państwo podjęli?

– Chcieliśmy wrócić, a najbardziej pragnęła tego moja siostra wraz ze swym mężem, Józefem Bilińskim. Brat miał trudniejszą sytuację, jego żona, Włoszka, nie chciała wyjechać i została w Anglii, tak samo dzieci. Moje dzieci z pierwszego małżeństwa też są w Anglii, ale mamy stały kontakt.

Chcieliśmy wrócić, bo czuliśmy się Polakami. I w Polsce czuliśmy się dobrze. Aby móc to miejsce – zniszczone w 85 proc. – odbudować, musieliśmy wszyscy sprzedać swoje domy w Londynie i zainwestować oszczędności. Czy dzisiaj zrobilibyśmy to samo? Ja na pewno tak, na sto procent, siostra też, brat chyba nie, bo nawet kilka razy o tym mówił. Trzeba pamiętać, że brat i siostra byli już wtedy emerytami, a ja miałem zajęcie, wysyłałem prace przez kurierów i pocztą.

Po II wojnie światowej zaszły w kraju olbrzymie zmiany; mamy za sobą komunizm i lata transformacji. Jaka jest, Pańskim zdaniem, rola ziemiaństwa we współczesnej Polsce?

– Praktycznie żadna. Jest oczywiście Stowarzyszenie Ziemian, ale moim zdaniem to grupa ludzi, którzy myślą raczej o przeszłości, chcą odzyskać swoją dawną świetność, to gloryfikacja samych siebie. Kiedyś się z nimi kontaktowałem, ale absolutnie nigdy nie byłem na żadnym spotkaniu, nie czuję się dobrze w takim otoczeniu. Wszyscy mówią o swoich przodkach itd., to nie dla mnie.

Ale sygnety herbowe Pan graweruje?

– Tak (śmiech), dla Polaków też robię, ale ja z tego żyję. To jednak nie znaczy, że chcę do nich dołączyć… Nie podoba mi się to towarzystwo. Ich miejsce jest żadne, nie ma powrotu do dawnych czasów. Ale jest jedna rzecz: przez komunę, przez to, co zrobili Stalin i Hitler, którzy wycięli całą inteligencję – Polska troszeczkę…mhm… schamiała. Chciałbym myśleć, że może ta stara generacja mogłaby mieć jakiś wkład w tworzenie innego sposobu bycia, aby wróciła moda na dobre maniery. Strasznie bym tego chciał. Jestem teraz bardzo związany z młodzieżą, olbrzymia większość moich przyjaciół to ludzie najwyżej 27-letni. To cała grupa moich byłych uczniów z czasów, gdy pracowałem jako native speaker w Liceum św. Marii Magdaleny w Poznaniu. Uczyłem trzy klasy, i jedna z nich poprosiła mnie po maturze, abyśmy mogli dalej się spotykać, tak raz na miesiąc, że za piwo zapłacą… To było osiem lat temu, od tego czasu regularnie się spotykamy, raz na tydzień. Sześcioro z nich robi już doktoraty, także za granicą. Odwiedzam ich, byłem w Wiedniu, w Niemczech, oni regularnie przyjeżdżają do mnie do Wargowa, byłem na ich ślubach, poznałem rodziców. To bardzo bliskie, miłe kontakty i wspaniała młodzież, i to mnie utwierdza w tej myśli, że w Polsce jest lepiej. W Polsce w ogóle mam dużo lepsze, łatwiejsze i przyjemniejsze kontakty z ludźmi. Rośnie nowa generacja. Choć oczywiście zdaję sobie sprawę, że do Marii Magdaleny trafia elita, dzieci z inteligenckich domów.

A więc inwestuje Pan w młodzież?

– Tak. Jestem właściwie wyłącznie z młodzieżą. Towarzystwo ludzi w moim wieku i starszych, którzy myślą tylko o przeszłości, jakoś mi nie odpowiada. Z tymi młodymi ludźmi jestem bardzo związany, to bardzo bliska przyjaźń. Przyjaźń z bardzo inteligentnymi ludźmi, którzy patrzą w przyszłość. Mam wielką nadzieję, że oni kiedyś ten kraj odbudują.

Pan spotyka się z wybraną, elitarną grupą, natomiast 90 proc. Polaków jest zupełnie innych…

–Oczywiście. A 30 proc. jest w ogóle do niczego. Ale młodzież, o której mówimy, jest wspaniała, i znacznie lepsza od angielskiej. Oni jeżdżą po całym świecie, są dynamiczni, pełni inwencji, ciekawi wszystkiego, znakomicie wykształceni. Poza tym potrafią improwizować, ale to chyba w ogóle nasza polska cecha. Czasami jesteśmy trochę anarchistami, a to bywa i twórcze, i złe. Ale jeśli chodzi o uporządkowane państwo, to jest zdecydowanie złe, zwłaszcza jeśli ma się takich sąsiadów, jakich myśmy mieli w historii. Polacy postępowali strasznie głupio, nasze liberum veto itd., z kolei niemieckie ślepe zaufanie do władzy też nie jest dobre. Mnie się właśnie Anglicy podobają, bo oni są jakby pomiędzy – pragmatyczni i z poczuciem dystansu do wszystkiego. Z kolei Polacy cierpią na megalomanię, ale wynikającą z braku pewności siebie, z kompleksów…

Czy pisze Pan wspomnienia?

– Nie piszę i nie będę pisał (śmiech). Ale mój bardzo dobry przyjaciel, Karol Colonna-Czosnowski, kilkanaście lat starszy ode mnie, opisał swoje przeżycia. To warto przeczytać, niesłychana historia. Przetrwał gułag, zawędrował do Anglii. Mieliśmy zawsze bardzo bliski kontakt, on mnie właściwie tak trochę wychowywał. Dobrze pamiętał przedwojenną Polskę.

Dodaj komentarz:
Autor:
Wpisz hasło z obrazka: (małymi literami)


REKLAMA
PODCASTY
...zobacz inne podcasty
ARTERIA
...zobacz archiwum Arterii
REKLAMA
ENGLISH PAGE
...zobacz inne artykuły
ANKIETA
Czy wyjeżdźasz na wakacje do Polski?
liczba głosów: 22936
Tak

19154
84%
Nie

3782
16%
...zobacz archiwum ankiet
WYSZUKIWANE TAGI

Polsport |usługi kamieniarskie wodzisław | blachowkręty nierdzewne | opieka Żory | Camlock couplings | gabinet terapii Cieszyn
zespół muzyczny jastrzębie zdrój | transport międzynarodowy | matedukacja | książeczki zdrowia Żory | analiza sylwetki śląsk