KIM JESTEŚMY REDAKCJA MARKETING DYSTRYBUCJA OGŁOSZENIA LISTY DO REDAKCJI KONTAKT 16 grudzień 2017
E-WYDANIE
PUBLICYSTYKA
REPORTAŻ
LUDZIE I MIEJSCA
TAKIE CZASY
CZAS PRZESZŁY
CZAS TO PIENIĄDZ
DRUGI BRZEG
CZAS NA WYSPIE
AKTUALNOŚCI
ARTFUL FACE
PAN ZENOBIUSZ
FAWLEY COURT
REWERS
DOBRE, BO POLSKIE
SYLWETKI
LONDYN W SUBIEKTYWIE
OPOWIADANIA LONDYŃSKIE
ROZMOWA
LISTY DO REDAKCJI
KULTURA
RECENZJA
SYLWETKI
ROZMOWA
CO SIĘ DZIEJE
FELIETONY
KRYSTYNA CYWIŃSKA
ANDRZEJ LICHOTA
WACŁAW LEWANDOWSKI
GRZEGORZ MAŁKIEWICZ
V.VALDI
SPORT
AKTUALNOŚCI
RELACJA
ROZMOWA
FELIETON
GALERIA
PODRÓŻE
PO LONDYNIE
PO WYSPIE
POLSKIE DROGI
PO ŚWIECIE
W CZASIE I PRZESTRZENI
CZAS NA RELAKS
ZDROWIE POLECAMY
NA ŁAWECZCE
MANIA GOTOWANIA
KRZYŻÓWKA
KRONIKA ABSURDU
NA KOŃCU JĘZYKA
TO I OWO
ARTERIA
ARTYŚCI
GALERIA
EWA OBROCHTA
BASIA LAUTMAN
BEATA KOZŁOWSKA
WOJCIECH SOBCZYŃSKI
RYSZARD SZYDŁO
PAWEŁ KORDACZKA
MARIA KALETA
MAREK BORYSEWICZ
KRZYSZTOF MALSKI
KONRAD GRABOWSKI
JUSTYNA KABAŁA
IWONA ZAJĄC
ELZBIETA PIEKACZ
ELZBIETA CHOJAK
ELA CIECIERSKA
CAROLINA KHOURI
ANIA PIENIĄŻEK
AGNIESZKA KOWAL
A.HANDZEL-KORDACZKA
ANDRZEJ KRAUZE
ANDRZEJ LICHOTA
DAMIAN CHROBAK
GRZEGORZ LEPIARZ
SŁAWEK BLATTON
ANDRZEJ MARIA BORKOWSKI
PAWEŁ WĄSEK
MARCIN DUDEK
JOANNA SZWEJ-HAWKIN
DANUTA SOŁOWIEJ
TOMASZ STANDO
AGNIESZKA STANDO
OLGA SIEŃKO
FOTOREPORTAŻ
AGATA HAMILTON
JOANNA CIECHANOWSKA




Widok z La Giraldy
2014.11.18 / Marcin Kołpanowicz
TAGI:
Share |
Sewilla tonie w pomarańczach – drzewka pomarańczowe rosną wszędzie, począwszy od sławnego Patio de los Naranjos (Dziedzińca Drzewek Pomarańczowych) przed katedrą, poprzez szerokie bulwary, ulice, parki, po zacienione patia i wąskie zaułki. Drzewek jest w mieście około 25 tysięcy, a owoców – miliony. Ale nikt ich nie zrywa, nikt nie zjada. Czyżby Hiszpanie nie lubili pomarańczy?

W Sewilli celowo sadzi się niesmaczną odmianę pomarańczy, by przez cały rok mogła pełnić wyłącznie funkcję dekoracyjną. Różni się ona od jadalnych odmian podwójnym liściem – nadprogramowy wąski listek rośnie wzdłuż szypułki łączącej liść z gałęzią. Owoce zbiera się raz w roku, w grudniu lub styczniu, i wyrabia z nich marmoladę. Ale tej Hiszpanie także nie jedzą – twierdzą, że nadaje się ona jedynie dla Anglików, i właśnie na Wyspy trafia cała produkcja.

Gdy zakwitają drzewka pomarańczowe, a dzieje się to na ogół około Wielkanocy, całe miasto pachnie jak fabryka perfum, każdy zakątek przesycony jest nieco mydlanym, lecz świeżym aromatem. Białe kwiaty przypominają kształtem miniaturowe żonkile. Ich olejki eteryczne zawierają enzym radości. Nic dziwnego, że wyciąg z kwiatu pomarańczy stosuje się w leczeniu depresji. I być może stąd u mieszkańców Andaluzji, której stolicą jest Sewilla, tak wiele pogody ducha, entuzjazmu i życzliwości. Wydają się żyć zgodnie z refrenem piosenki Tadeusza Woźniaka: Lubię śpiewać, lubię tańczyć, lubię zapach pomarańczy. A także ze starożytną dewizą: carpe diem (chwytaj dzień, ciesz się życiem), sformułowaną przez Horacego, a spopularyzowaną przez stoika Senekę, który pochodził zresztą z pobliskiej Kordoby.

Życie w Sewilli ma dwa główne punkty: weekend i sjestę, z krótkimi przerwami na pracę. Weekend zaczyna się od piątkowej sjesty i wkrótce po niej zapełniają się wszystkie lokale w mieście, a Sewilla ma ich rekordową liczbę w przeliczeniu na mieszkańca. Kiedy wieczorem wychodzi się na ulice, nigdzie nie widać oznak kryzysu. Ożywiony, rozdyskutowany tłum wypełnia szczelnie niezliczone kafejki, puby, bary, restauracje i znajdujące się przed nimi ogródki. Jak widać, Hiszpanie mają własny sposób na kryzys: usiąść w kawiarni i poczekać aż kryzys się skończy. Usiąść – lub stanąć przy wysokim stoliku, bo popularne jest tu imprezowanie na stojąco i częste zmiany lokalu. Życie nocne kwitnie przynajmniej do drugiej rano, więc może w wydaniu sewilskim złota myśl Horacego powinna brzmieć nie carpe diem, a carpe noctem?

JADALNA PRZYKRYWKA

Wino lub coraz popularniejsze piwo zagryza się najbardziej typową przekąską Półwyspu Iberyjskiego, zwaną tapas. Słowo „tapas” oznacza dosłownie przykrywkę, a historia tego dania sięga dawnych wieków. Pierwotnie był to plasterek sera lub salami, którym goście przydrożnych karczm przykrywali kieliszek z winem, żeby nie wpadały do niego muchy; przykrywkę zjadano dopiero po opróżnieniu kieliszka. Dziś, gdy problem much został zażegnany, tapas może być małą kanapką, pasztecikiem, panierowanym kawałkiem ryby, cienkim plasterkiem szynki, oliwką zawiniętą w plasterek sera – czymkolwiek, co można przełknąć na jeden kęs.

Nocne życie Sewilli przeciąga się niemal do rana, ponieważ za dnia w położonym w kotlinie mieście panują temperatury iście afrykańskie. Dlatego okna domów zasłania się przez cały dzień okiennicami lub matami. Uliczki są wąziutkie (cień jest bezcenny), a chodniki i posadzki podwórek, tradycyjnie wykładane rzecznymi otoczakami, gospodynie nad ranem obficie skrapiają wodą, która – lekko parując – ochładza i odświeża powietrze, kiedy słońce stanie w zenicie. Sjesta, zwana tutaj „ulubionym sportem narodowym” lub „hiszpańską jogą”, wydaje się być jedynym sposobem na przetrwanie piekła godzin południowych.

KROKODYL W KATEDRZE

Czy podczas sjesty, czy nocą – ten projekt musiał przyjść do głowy we śnie, bo na jawie nie sposób wyobrazić sobie tak nieprawdopodobnej budowli, jaką jest katedra w Sewilli. Może przyśniła się królowi, może któremuś z kanoników biorących udział w naradzie Kapituły po trzęsieniu ziemi, które zniszczyło meczet, wykorzystywany dotąd jako kościół? W każdym razie jej budowę zainicjowało dwu Alonsów: projekt świątyni stworzył architekt Alonso Martinez, zaś arcybiskup Alonzo de Egea pobłogosławił w 1403 roku kamień węgielny pod budowę nowej katedry. Z czasów Maurów pozostał jedynie minaret, zwany La Giralda, zamieniony w dzwonnicę. Na szczyt Giraldy prowadzą nie schody, a spiralna rampa; dzięki temu muezin, który musiał pięć razy dziennie wzywać wiernych do modlitwy, mógł wjeżdżać na górę na grzbiecie osła. Z tarasu roztacza się widok na kolorowe budynki pogrążone w otulinie drzewek pomarańczowych i na niezwykłą, oplecioną łukami przyporowymi konstrukcję katedry, której sklepienia wyglądają z góry jak pancerz gigantycznego owada. Ponieważ powstała ona na obwodzie ogromnego meczetu, rozleglejszego jeszcze niż ten, który przetrwał do naszych dni w Kordobie, kubaturą zbliżona jest do rzymskiej bazyliki św. Piotra i londyńskiej katedry św. Pawła – a więc należy do trzech największych świątyń świata. Oszołomiony jej ogromem, Teofil Gauthier powiedział, że paryska katedra Notre-Dame mogłaby spacerować we wnętrzu sewilskiej z podniesioną głową.

Konsekrowano ją po stu latach od rozpoczęcia budowy, w 1507 roku, choć prace wykończeniowe przeciągały się jeszcze dobre 400 lat. Stąd wzięło się porzekadło, którego sewilczycy używają, gdy muszą załatwić jakąś sprawę w urzędzie lub w środku sezonu zamawiają obiad w nadmorskiej restauracji: „To potrwa dłużej, niż budowa katedry”. Nad wejściem do kościoła wisi drewniany krokodyl, na pamiątkę żywego gada, którego przywiózł tu Emir Egiptu, gdy starał się o rękę córki Alfonsa Mądrego w 1260 roku. Czy Aleksander Fredro słyszał o tym osobliwym prezencie zaręczynowym, zanim przyszła mu do głowy sławna kwestia Klary: Jeśli nie chcesz mojej zguby, krokodyla daj mi, luby?

SPÓR O KOLUMBA

Kolumny wewnątrz świątyni są tak ogromne, że porównać je można tylko do kalifornijskich sekwoi. Łuki pod sklepieniem rozkładają się jak wachlarze – przypominają ogromne liście palm. W transepcie położono na podłodze nachylone pod kątem wielkie lustro, w którym można podziwiać misterne koronki gotyckich sklepień bez konieczności zadzierania głowy w górę.

W południowej części nawy znajduje się monument Krzysztofa Kolumba; właśnie z Sewilli wyruszył sławny podróżnik, by odnaleźć drogę morską do Indii. Trumnę z prochami Cristobala Colona dźwiga czterech królów, reprezentujących średniowieczne królestwa: Kastylii, Leon, Navarry i Aragonii. Czy spoczywa w niej prawdziwe DNA odkrywcy Ameryki – wokół tego trwają spory, bo władze wyspy Santo Domingo, skąd przywędrowały rzekome szczątki żeglarza, utrzymują, że do dziś są w ich posiadaniu, a Hiszpanie wywieźli niewłaściwą trumnę. Tak czy owak, część przewiezionych zza Oceanu prochów sewilczycy wspaniałomyślnie przekazali mieszkańcom Genui, gdzie odkrywca, który nie był wszak Hiszpanem, a Włochem, przyszedł na świat jako Cristoforo Colombo. (O ile, rzecz jasna, nie był Polakiem, Janem z Kolna).

Na temat zawartości spiżowej trumny z katedry sewilskiej toczą się zawzięte spory, a wielu profesorów opublikowało wzajemnie sobie zaprzeczające opracowania. Nie ulega jednak wątpliwości, że jakość życia w Europie przed odkryciem Ameryki w 1495 roku była zdecydowanie niższa niż po tej dacie. Bez ziemniaków? Pomidorów? Bez kukurydzy, czekolady i tytoniu? A zwłaszcza bez papryki – nasuwa się jedyne możliwe w tej sytuacji pytanie (wypowiedziane przez pewnego sławnego „paprykarza”): jak bez tego wszystkiego można było żyć, „jak żyć”?

Oprócz sadzonek warzyw i złota z Nowego Świata sprowadzano również drogą morską cenne gatunki egzotycznych drzew. Z mahoniu i hebanu, w całości przywiezionych z Ameryki Południowej, wyrzeźbiono potężny chór wewnątrz środkowej nawy kościoła, flankowany z obu stron przez imponujące prospekty organów. W istocie katedra w Sewilli to multi-kościół, w którym mogło odbywać się wiele różnych nabożeństw jednocześnie. W XIX wieku zużywano tu trudną do wyobrażenia ilość 18 tys. 750 litrów wina mszalnego rocznie. Ale też odprawiano wówczas przed osiemdziesięcioma ołtarzami pięćset mszy świętych dziennie. Wyposażenie świątyni oddaje kwintesencję katolickiego ducha, a podczas jednej wizyty nie sposób zobaczyć całego oszałamiającego bogactwa zgromadzonych tu przez wieki dzieł sztuki. Otaczający nawy wieniec kaplic jest prawdziwym skarbcem rzeźb i obrazów, w obu znaczeniach cudownych. Wspomnijmy choćby Madonny, które w Andaluzji mają wyjątkowo piękne oblicza: Niepokalaną dłuta Montañésa, czy Dziewicę – Martineza; widać, że rzeźbiarzom pozowały najurodziwsze Andaluzyjki. Wymieńmy posążek Niemego Dzieciątka, figurę świętego Hermenegilda (nie mylić ze świętą Hermenegildą), i dwu Jakubów, Młodszego i Starszego. Oraz ekspresyjne, znakomite rzeźbiarsko krucyfiksy, a wśród nich Chrystusa Duchowych Rozbitków, przed którym modlili się skazańcy prowadzeni na szubienicę. I jeszcze oleje Bartolomea Estebana Murilla, który w tym mieście urodził się, tworzył i zmarł. Ołtarze, rzeźby, obrazy i misterne relikwiarze to poruszające przykłady duchowości dawnych wieków, kiedy piękno nierozerwalnie łączyło się z dobrem. Szkoda, że choć katedrę odwiedzają tysiące turystów, większość z nich traktuje ją jedynie jak fotogeniczny zabytek , a tylko nieliczni – jak dom modlitwy, gdzie co krok nadarza się okazja, by na chwilę oderwać się od doczesności i zanurzyć w sacrum.

PŁONĄCY, LAMENTUJĄCY, WYGNANI

W wypełnionych wycieczkami nawach jest rojno i głośno jak na mercado. Poparzeni słońcem, poobwieszani torbami, plecakami, wodami mineralnymi i aparatami fotograficznymi miłośnicy tanich linii lotniczych, bąbli na piętach oraz hiszpańskich wachlarzy made in China przeciągają hałaśliwymi stadami przez kolejne „miejsca, które trzeba zobaczyć”. Zmęczenie i oszołomienie sprawiają, że w ich głowach Real Alcazar (pałac królewski) i Pawilon na Placu Hiszpańskim, Złota Wieża i La Giralda, Katedra i „Dom Piłata” (by wymienić najważniejsze zabytki Sewilli) zlewają się w jedno; dopiero po powrocie z wycieczki, przerzucając na monitorach laptopów i wyświetlaczach komórek zwały jotpegów, spokojnie obejrzą miejsca, w których byli.

Jednak na wieczornym koncercie flamenco obowiązuje bezwzględny zakaz fotografowania. Nic dziwnego – gra na gitarze, śpiew, taniec, a zwłaszcza wyklaskiwanie zawrotnie szybkich rytmów wymagają od artystów wyjątkowej koncentracji i koordynacji. Skomplikowane struktury rytmiczne wprawiają tancerzy w rodzaj transu. Na deskach szkoły flamenco w La Casa de la Memoria w Sewilli, która jest stolicą muzyki flamenco – rozgrywa się niemal misterium, podczas gdy za oknem, nad tonącym w kwiatach patio powoli zapada zmierzch. Szczupła brunetka w czerwonej sukni (zwanej bata de cola) wiruje, klęka, wyskakuje w górę, migocze jak niespokojny płomień . Podobno słowo flamenco znaczy „płonący”. Inna wersja mówi, że pochodzi od „lamentu” (lamento), i taki właśnie zawodzący, przepojony skargą i cierpieniem jest gardłowy, bogato modulowany śpiew wokalisty. Jeszcze inni etymolodzy wywodzą słowo flamenco od hiszpańsko-arabskiego wyrażenia fellah-mengu – ludzie wypędzeni, wygnańcy – którym określano Cyganów koczujących na dzikich brzegach rzeki Gwadalkiwir.

Typowy dla andaluzyjskiej sztuki zdobniczej styl mudejar jest pozornie niemożliwą, choć olśniewającą mieszanką motywów muzułmańskich i chrześcijańskich; flamenco to mieszanka jeszcze bardziej zadziwiająca – utworzona z muzyki arabskiej, żydowskiej, cygańskiej i andaluzyjskiej oraz domieszki południowo-amerykańskich rytmów. Już starożytni byli pod wrażeniem temperamentu tancerek z pobliskiego Kadyksu (Pliniusz Młodszy i Strabon opisywali ich tańce z kastanietami), ale to, co dziś określamy jako flamenco, zaistniało dopiero w XVIII wieku. Przełom XIX i XX wieku był okresem rozkwitu i popularności flamenco; wtedy zaczęto je grać i tańczyć w kawiarniach (cafés cantantes) i organizować płatne koncerty. Gdy w roku 1975 w madryckim Teatro Real wystąpił po raz pierwszy największy żyjący wirtuoz flamenco, Paco de Lucia, w tradycyjnych kręgach wzbudziło to protesty: „muzyka biedoty” w świątyni sztuki?! Do niedawna flamenco nie posiadało zapisu nutowego, sztuka gry przechodziła z ojca na syna: musiał on po prostu siedzieć vis á vis rodziciela i dokładnie naśladować to, co widział i słyszał – i do tego sprowadzała się cała nauka. Paco de Lucia wspominał, że ojciec zamykał go na klucz w pokoju, jedynie z gitarą i dzbankiem wody, i nie wypuszczał, dopóki nie udało mu się poprawnie zagrać skomplikowanej frazy.

Gitarzysta na wieczornym koncercie popisuje się godnymi wielkiego Paco, piorunującymi uderzeniami w struny, wykonywanymi zewnętrzną stroną paznokci; jego palce stają się wtedy niewidoczne, jak skrzydła trzmiela w locie. To niezwykle trudny, „karabinowy” styl rasgueado. Jednak ważniejsze są taniec i śpiew. Bailaora i bailaor (tancerka i tancerz) suną przez scenę głośno stukając w nią butami na wysokich obcasach. Z wyprężoną górną połową ciała wykonują trudne figury taneczne, w których próżno szukać łagodności czy słodyczy – pełne są za to dumy, zuchwałości i brawury. Twarze tancerzy są nieruchome, napięte; oczy rzucają spojrzenia wyniosłe i wyzywające. Oboje wyginają się spazmatycznie i wykonują nagłe, gwałtowne zwroty. Wyklaskują jednocześnie bogate, nieoczywiste rytmy (zwane compás), zbyt skomplikowane, by publiczność mogła włączyć się w klaskanie. Taniec wydaje się opowiadać zawiłą historię odrzuconych zalotów i nieszczęśliwych miłości – na to wskazuje także łkający falset śpiewaka. Witalność, namiętność i pożądanie przeplatają się we flamenco z fatalizmem i obezwładniającą melancholią. Fraza przeciąga się, opleciona orientalnymi ozdobnikami, drga jak powietrze w upale nad spaloną trawą – po czym urywa się gwałtownie jak brzeg skały nad przepaścią.

Dodaj komentarz:
Autor:
Wpisz hasło z obrazka: (małymi literami)


REKLAMA
PODCASTY
...zobacz inne podcasty
ARTERIA
...zobacz archiwum Arterii
REKLAMA
ENGLISH PAGE
...zobacz inne artykuły
ANKIETA
Czy wyjeżdźasz na wakacje do Polski?
liczba głosów: 25523
Tak

21286
83%
Nie

4237
17%
...zobacz archiwum ankiet
WYSZUKIWANE TAGI

Polsport |adwokat wyłudzenie kredytu warszawa | liny nierdzewne | kosmetyka gdańsk | Diagnostyka poronień | suplementy diety produkcja kontraktowa
zespół muzyczny wodzisław śląski | odnowienie uprawnień spawaczy | rehabilitacja Radlin | szczepienia dla pracowników Rybnik | laser oka gdańsk