KIM JESTEŚMY REDAKCJA MARKETING DYSTRYBUCJA OGŁOSZENIA LISTY DO REDAKCJI KONTAKT 16 grudzień 2017
E-WYDANIE
PUBLICYSTYKA
REPORTAŻ
LUDZIE I MIEJSCA
TAKIE CZASY
CZAS PRZESZŁY
CZAS TO PIENIĄDZ
DRUGI BRZEG
CZAS NA WYSPIE
AKTUALNOŚCI
ARTFUL FACE
PAN ZENOBIUSZ
FAWLEY COURT
REWERS
DOBRE, BO POLSKIE
SYLWETKI
LONDYN W SUBIEKTYWIE
OPOWIADANIA LONDYŃSKIE
ROZMOWA
LISTY DO REDAKCJI
KULTURA
RECENZJA
SYLWETKI
ROZMOWA
CO SIĘ DZIEJE
FELIETONY
KRYSTYNA CYWIŃSKA
ANDRZEJ LICHOTA
WACŁAW LEWANDOWSKI
GRZEGORZ MAŁKIEWICZ
V.VALDI
SPORT
AKTUALNOŚCI
RELACJA
ROZMOWA
FELIETON
GALERIA
PODRÓŻE
PO LONDYNIE
PO WYSPIE
POLSKIE DROGI
PO ŚWIECIE
W CZASIE I PRZESTRZENI
CZAS NA RELAKS
ZDROWIE POLECAMY
NA ŁAWECZCE
MANIA GOTOWANIA
KRZYŻÓWKA
KRONIKA ABSURDU
NA KOŃCU JĘZYKA
TO I OWO
ARTERIA
ARTYŚCI
GALERIA
EWA OBROCHTA
BASIA LAUTMAN
BEATA KOZŁOWSKA
WOJCIECH SOBCZYŃSKI
RYSZARD SZYDŁO
PAWEŁ KORDACZKA
MARIA KALETA
MAREK BORYSEWICZ
KRZYSZTOF MALSKI
KONRAD GRABOWSKI
JUSTYNA KABAŁA
IWONA ZAJĄC
ELZBIETA PIEKACZ
ELZBIETA CHOJAK
ELA CIECIERSKA
CAROLINA KHOURI
ANIA PIENIĄŻEK
AGNIESZKA KOWAL
A.HANDZEL-KORDACZKA
ANDRZEJ KRAUZE
ANDRZEJ LICHOTA
DAMIAN CHROBAK
GRZEGORZ LEPIARZ
SŁAWEK BLATTON
ANDRZEJ MARIA BORKOWSKI
PAWEŁ WĄSEK
MARCIN DUDEK
JOANNA SZWEJ-HAWKIN
DANUTA SOŁOWIEJ
TOMASZ STANDO
AGNIESZKA STANDO
OLGA SIEŃKO
FOTOREPORTAŻ
AGATA HAMILTON
JOANNA CIECHANOWSKA




Czy Dalaj Lama może pisać miłosne wiersze?
2016.02.28 / Włodzimierz Fenrych
TAGI:
Share |
Tybet, dach świata, podniebna kraina modlitewnych chorągiewek furkocących na wietrze. Na chorągiewkach wypisane modlitwy, a odmawia je wiatr trzepocząc nimi. Rozpięte na sznurach wszędzie gdzie się da, wzdłuż dróg, nad domami, wokół pól, na których rośnie tylko jęczmień, bo klimat zbyt surowy na cokolwiek innego. Wzdłuż pastwisk, na których pasą się długowłose jaki, bo klimat zbyt surowy na inne bydło. Na przełęczach ośnieżonych gór, które tylko latem przekroczyć można, bo zimą skute lodem.

Tybet, dach świata, otoczony krenelażem niebotycznych gór, które przez stulecia stanowiły skuteczną barierę dla najeźdźców. Od południa są to potężne Himalaje, od północy niewiele od nich mniejsze góry Kumbum, od wschodu ponad siedmiotysięczny masyw Minya Konka, który przez wieki stanowił granicę z Chinami. Czasami zapuszczały się tam czambuły mongolskie, ale poza tym nikt. Za górami Tybetańczycy czuli się bezpiecznie i pewnie dlatego mogli wyznawać religię zakazującą wojen. Dowódcy mongolskich czambułów czuli respekt dla tybetańskich mnichów i sami wspierali pokojowe rządy najwyższego z nich, noszącego tytuł Dalaj Lamy. Zwłaszcza piątego z kolei, który w XVII wieku przy ich pomocy zjednoczył Tybet.

Chińczycy tylko wyjątkowo zapuszczali się dalej niż graniczne miasto Dardo, położone w ciasnej dolinie u stóp masywu Minya Konka. Narodowym napojem Tybetańczyków jest herbata, która w tym kraju nie rośnie. Herbata pita zawsze z solą i jakowym masłem. Dardo kwitło na handlu zieloną herbatą sprasowaną w brykieciki, skąd rozchodziła się na cały Tybet. Można ją było kupić daleko na zachodzie, nawet w Ladakhu, który obecnie jest w granicach Indii. Herbatę w Tybecie piją wszyscy: chłopi uprawiający jęczmień, nomadzi strzegący jaków na pastwiskach, mnisi strzegący buddyjskiej wiary, nawet sam Dalaj Lama, który tej wiary jest uosobieniem.

Dalaj Lamowie, legendarni władcy Tybetu, to najbardziej niezwykła dynastia na świecie. Tron przechodzi nie z ojca na syna (bo Dalaj Lama jest zawsze bezżennym mnichem), lecz z wcielenia na wcielenie. Panujący w tym kraju buddyzm traktuje teorię reinkarnacji za pewnik – nad przechodzeniem dusz w nowe ciało prowadzone były w ciągu wieków badania, a ich efektem jest słynna tybetańska Księga Umarłych. Tybetańczycy przyjmują za pewnik, że dusza zmarłego właśnie Dalaj Lamy pojawia się z powrotem na świecie w ciele właśnie narodzonego chłopca. Mało tego, przyjmowane jest za pewnik, że dusza Dalaj Lamy odradza się w Tybecie. Dlatego zaraz po śmierci Dalaj Lamy prowadzone są poszukiwania – wysocy lamowie z jego otoczenia podróżują po kraju, by znaleźć to nowe wcielenie. Zakłada się, że nowo wcielona dusza rozpozna przedmioty, które używała w starym wcieleniu, dlatego kandydatom poczętym tuż po śmierci Dalaj Lamy daje się do zabawy kilka przedmiotów, z których niektóre były osobistą własnością zmarłego. Jeśli na przykład roczne dziecko bez wahania wybierze właściwe przedmioty do zabawy, wówczas uznawane jest za nowe wcielenie, zabierane do Lhasy (razem z rodziną, niezależnie od dotychczasowego statusu) i szkolone w nauce buddyjskiej, by z czasem obejąć władzę w kraju. Tak właśnie wybrany został obecny, czternasty Dalaj Lama, o czym wiadomo, bo opisał to sam w swojej autobiografii.

Jeśli tak wybrany chłopiec ma powołanie do celibatu i inklinacje do zajmowania się polityką, to pewnie może być wybitnym władcą, ale co się dzieje, jeśli wybrany władca do celibatu nie ma za grosz skłonności, a zamiast zajmować się polityką woli pisać miłosne wiersze? Można by pewnie argumentować, że coś takiego zdarzyć się nie może, bowiem na nowo wcielona dusza Dalaj Lamy jest istotą przebudzoną od urodzenia i na pewno obojętną na wdzięki płci pięknej, gdyby nie to, że coś takiego już raz się zdarzyło. Tak właśnie zachowywał się Dalaj Lama numer sześć, który wymykał się z pałacu, by w pobliskiej gospodzie spędzać czas z dziewczętami, a potem zamiast teologicznych traktatów pisał wiersze o pięknym liczku swojej miłej. Wiemy więc, co się w takim przypadku dzieje.

Wielcy lamowie mają wpojone przekonanie, że Dalaj Lama wciela się po to, by lud swój prowadzić ku przebudzeniu, dlatego w sposób teologiczny interpretują cokolwiek napisze. Miłosne wiersze Szóstego Dalaj Lamy traktowane są tak, jak Pieśń nad Pieśniami traktowana jest przez księży-teologów. A politycy? No cóż, potraktowali go jako słabego polityka, którego można złapać, uwięzić i Bóg wie co jeszcze z nim zrobić. To właśnie (zwłaszcza to ostatnie) zrobił z Szóstym Dalaj Lamą herszt jednego z mongolskich czambułów, które zapędziły się w głąb Tybetu.

O tym wszystkim dowiedziałem się trzydzieści lat temu, kiedy podróżowałem po Ladakhu, spałem w buddyjskich klasztorach, piłem zieloną herbatę z masłem i solą. Ladakh to zachodnia część Tybetu, która nigdy nie była pod władzą Dalaj Lamów, bo kiedy w XVII wieku mongolskie czambuły jednoczyły Tybet w ich imieniu, król Ladakhu wezwał na pomoc maharadżę Kaszmiru i nie dał się zjednoczyć. Maharadża Kaszmiru mieszkał za Himalajami, więc zbytnio nie mieszał się w wewnętrzne sprawy Ladakhu, kraj ten pozostał więc kulturowo częścią Tybetu, tyle że rządził tam król, a nie mnisi. A potem stał się częścią Indii, najpierw brytyjskich, potem niepodległych i kiedy w 1949 roku do Tybetu wtargnęły czambuły maoistów, Ladakh pozostał poza ich zasięgiem. Skoro był poza zasięgiem, to stał się celem migracji rzesz Tybetańczyków uciekających przed komunistami. Najsłynniejszym z tych emigrantów jest obecny, czternasty Dalaj Lama. Nie dał się maoistom skolektywizować, tylko uciekł do Indii i stworzył tybetański rząd na uchodźctwie, w związku z czym w komunistycznych Chinach uważany jest za wroga numer jeden. Jest on zdeklarowanym pacyfistą w stylu Mahatmy Gandhiego, na świecie uważany jest za świątobliwą postać na miarę Matki Teresy, ale w Chinach bezpieczniej o nim nie wspominać. Co innego w Indiach. Tybetańscy wygnańcy weszli w kulturę światową, wydają po angielsku książki. W Dharamsali w Indiach, gdzie mieszka dziś Dalaj Lama, można te książki znaleźć w księgarenkach. Ja tam trzydzieści lat temu byłem i parę tych książek kupiłem. Wśród nich tłumaczenia wierszy szóstego Dalaj Lamy na angielski. Podobały mi się i niektóre z nich spolszczyłem, opierając się na angielskich wersjach.

To wszystko było dawno, ale ostatnio znów znalazłem się w pobliżu Tybetu, tylko z drugiej strony. Podróżując po Syczuanie odwiedziłem też miasto Kangding znajdujące się w samym środku tej chińskiej prowincji, u stóp masywu Minya Konka. Kiedyś nazywało się Dardo, a właściwie nadal tak się nazywa po tybetańsku. Kiedyś było miastem granicznym, dalej na zachód był Tybet. Nadal dalej jest tam Tybet, tylko na papierze jest to środek chińskiej prowincji Syczuan.

Miasto znajduje się w ciasnej dolinie pomiędzy górami, dwie główne ulice prowadzą po obu stronach rwącej rzeki. Wzdłuż ulic wznoszą się socjalistyczne bloki mieszkalne, ale poprzez rzekę, zwłaszcza przy mostach, rozpięte są sznury modlitewnych chorągiewek. Na górach, poprzez granie, poprowadzone są linie wysokiego napięcia, a na zboczach namalowane są wielkie, widoczne z miasta malowidła przedstawiające buddów i bodhisattwów. Na szczycie stosunkowo niewielkiej góry wznoszącej się bezpośrednio nad miastem są buddyjskie świątynie odbudowane po zniszczeniach rewolucji kulturalnej, można na tę górę dojechać kolejką linową i zapłacić za zwiedzanie.

Świątynia buddyjska odbudowana w roli atrakcji turystycznej jest najwyraźniej strawna dla aktualnej władzy, choć na szczycie wzdłuż ścieżek furkocą chorągiewki tak jak zawsze furkotały, modlitwy się odmawiają tak jak zawsze się odmawiały. Ale świątynie odbudowują się nie tylko dla turystów. Można poprzesuwać granice na papierowej mapie, można zmienić nazwę miasta i można nasłać czambuły oszalałych hunwejbinów, by burzyły świątynie, ale wyrwać czci dla bodhisattwów z serc Tybetańczyków tak łatwo się nie da. Dawne świątynie, ufundowane jeszcze w XVII wieku przez piątego Dalaj Lamę, odbudowują się, ukryte pośród socjalistycznych bloków i tętnią życiem. Ubrani w bordowe szaty lamowie recytują sutry, wierni wchodzą i padają na twarz przed posągami buddów i bodhisattwów, obchodzą wkoło świątynie wprawiając w ruch bębny, na których wypisane są modlitwy, a kiedy bębny się kręcą, modlitwy odmawiają się same. Gong ogłasza porę obiadu i młodzi mnisi roznoszą na tacach dania starym lamom.

Jesteśmy w tym momencie w w klasztorze Nanwu. Ktoś nas pyta, czy dostaliśmy obiad. – Nie? To chodźcie za mną. W refektarzu dla świeckich wydają obiady za darmo, ryż i warzywa popijane soloną herbatą. Mnisi tybetańscy ubrani są w bordowe habity, świeccy w charakterystyczne tybetańskie kufaje, mężczyźni niemal wszyscy zakładają tylko jeden rękaw, drugi wsuwają gdzieś za pas. Kobiety mają kolorowe pasiaste fartuszki. Myślicie, że to ludowe rękodzieło? Jakie tam rękodzieło, wszystko made in China. W Kangding wszystkie napisy są w dwóch językach, po chińsku i tybetańsku. Po angielsku napisów raczej nie ma. Są wprawdzie gromady turystów, ale to Chińczycy przyjeżdżający zobaczyć lodowce spływające z masywu Minya Konka, najwyższej góry rdzennych Chin. Zachodnich turystów jest tu co kot napłakał. Ale jednak w jednej z uliczek pośród sklepów z ostatnią tybetańską modą znajdujemy otwarte drzwi, za nimi schody prowadzące na górę, a obok tablicę z napisem: „herbata, informacje o regionie, na piętrze”. Wchodzimy. Jest to niby herbaciarnia, ale wygląda na to, że jesteśmy jedynymi gośćmi, reszta – kilkoro młodych ludzi mówiących nieźle po angielsku – to obsługa. Zamawiamy strasznie drogą chińską herbatę i rozmawiamy z młodą osobą imieniem Adzia. Popijając chińską herbatę mówię, że to właśnie tybetańska herbata z solą, jaką nas poczęstowano w świątyni, przypomniała mi moją podróż przez zachodnie Himalaje trzydzieści lat temu. Wędrowałem wtedy pieszo od klasztoru do klasztoru, mijałem pastwiska, na których pasły się stada jaków, pasterze mieli kufaje założone na jedno ramię, a w klasztorach ubrani na bordowo mnisi częstowali mnie soloną herbatą z masłem i karmili tsampą.

– Chcecie spróbować tsampy? – pyta Adzia i wyjmuje z szafki worek czegoś, co wygląda jak razowa mąka, zaparza tybetańską herbatę z solą i pokazuje, jak to trzeba razem ugnieść, żeby był tybetański posiłek. No tak, to jest właśnie smak Tybetu, tsampa, czyli prażony i zmielony jęczmień zmieszany z zieloną soloną herbatą.

Adzia jest Tybetanką i mówi, że ta jej kawiarenka to takie małe centrum młodej kultury tybetańskiej. Pokazuje mi, nad czym ostatnio pracują – robią zdjęcia, reprodukcje prac młodego malarza, mnicha mieszkającego w Litangu, imieniem Da Qiongpei. W jego obrazach pojawiają się motywy z tradycyjnego buddyjskiego malarstwa Tybetu, ale połączone w niekonwencjonalny sposób, jest w nich też sporo motywów erotycznych. Niektóre z tych obrazów to ilustracje do wierszy tybetańskiego poety, które Da Qiongpei przetłumaczył na chiński. Adzia pokazuje nam tomik tych wierszy. Poeta nazywał się Tsanyang Gyatso, żył w XVII wieku i był żywym buddą. W pierwszej chwili nie wiem o kogo chodzi, ale po chwili coś mi klika. Czterowiersze niby buddyjskie, ale z erotycznym podtekstem? Przecież sam coś takiego kiedyś tłumaczyłem na polski.
– Czy to są wiersze szóstego Dalaj Lamy? – pytam.
– Ćśśś – reaguje Adzia kładąc palec na ustach.
– O Dalaj Lamie nie wolno w Chinach mówić.

Dodaj komentarz:
Autor:
Wpisz hasło z obrazka: (małymi literami)


REKLAMA
PODCASTY
...zobacz inne podcasty
ARTERIA
...zobacz archiwum Arterii
REKLAMA
ENGLISH PAGE
...zobacz inne artykuły
ANKIETA
Czy wyjeżdźasz na wakacje do Polski?
liczba głosów: 25523
Tak

21286
83%
Nie

4237
17%
...zobacz archiwum ankiet
WYSZUKIWANE TAGI

Polsport |adwokat wyrok nakazowy warszawa | pierścienie nierdzewne | dom opieki Jastrzębie Zdrój | Obejmy skorupowe | prasy poziome
Zespół muzyczny Strzelce Opolskie | weryfikacja uprawnień spawaczy | szkolenia energetyczne sandomierz | pierścienie nierdzewne | psa gegen absturz