KIM JESTEŚMY REDAKCJA MARKETING DYSTRYBUCJA OGŁOSZENIA LISTY DO REDAKCJI KONTAKT 22 czerwiec 2018
E-WYDANIE
PUBLICYSTYKA
REPORTAŻ
LUDZIE I MIEJSCA
TAKIE CZASY
CZAS PRZESZŁY
CZAS TO PIENIĄDZ
DRUGI BRZEG
CZAS NA WYSPIE
AKTUALNOŚCI
ARTFUL FACE
PAN ZENOBIUSZ
FAWLEY COURT
REWERS
DOBRE, BO POLSKIE
SYLWETKI
LONDYN W SUBIEKTYWIE
OPOWIADANIA LONDYŃSKIE
ROZMOWA
LISTY DO REDAKCJI
KULTURA
RECENZJA
SYLWETKI
ROZMOWA
CO SIĘ DZIEJE
FELIETONY
KRYSTYNA CYWIŃSKA
ANDRZEJ LICHOTA
WACŁAW LEWANDOWSKI
GRZEGORZ MAŁKIEWICZ
V.VALDI
SPORT
AKTUALNOŚCI
RELACJA
ROZMOWA
FELIETON
GALERIA
PODRÓŻE
PO LONDYNIE
PO WYSPIE
POLSKIE DROGI
PO ŚWIECIE
W CZASIE I PRZESTRZENI
CZAS NA RELAKS
ZDROWIE POLECAMY
NA ŁAWECZCE
MANIA GOTOWANIA
KRZYŻÓWKA
KRONIKA ABSURDU
NA KOŃCU JĘZYKA
TO I OWO
ARTERIA
ARTYŚCI
GALERIA
EWA OBROCHTA
BASIA LAUTMAN
BEATA KOZŁOWSKA
WOJCIECH SOBCZYŃSKI
RYSZARD SZYDŁO
PAWEŁ KORDACZKA
MARIA KALETA
MAREK BORYSEWICZ
KRZYSZTOF MALSKI
KONRAD GRABOWSKI
JUSTYNA KABAŁA
IWONA ZAJĄC
ELZBIETA PIEKACZ
ELZBIETA CHOJAK
ELA CIECIERSKA
CAROLINA KHOURI
ANIA PIENIĄŻEK
AGNIESZKA KOWAL
A.HANDZEL-KORDACZKA
ANDRZEJ KRAUZE
ANDRZEJ LICHOTA
DAMIAN CHROBAK
GRZEGORZ LEPIARZ
SŁAWEK BLATTON
ANDRZEJ MARIA BORKOWSKI
PAWEŁ WĄSEK
MARCIN DUDEK
JOANNA SZWEJ-HAWKIN
DANUTA SOŁOWIEJ
TOMASZ STANDO
AGNIESZKA STANDO
OLGA SIEŃKO
FOTOREPORTAŻ
AGATA HAMILTON
JOANNA CIECHANOWSKA




Zwyciężył „Nowy Czas”
2018.05.25 / Grzegorz Małkiewicz
TAGI:
Share |
To był najgorszy rok w historii wydawniczej „Nowego Czasu”. I jednocześnie rok, w którym „Nowy Czas” odniósł spektakularny sukces w brytyjskim Sądzie Najwyższym (High Court of Justice), wygrywając trwający osiem dni proces o zniesławienie. 

Sprawę wytoczył nam Jan Serafin, swego czasu, prominentny (w jego mniemaniu) działacz społeczny POSK-u, budowlaniec, hydraulik, specjalista od instalacji gazowych, dyrektor upadłej hurtowni, tancerz, uwodziciel i bankrut. Za straty moralne i finansowe żądał odszkodowania w wysokości stu tysięcy funtów. Na początku sądowych procedur, które trwały prawie dwa lata, zarzuty usłyszałem ja – autor artykułu „Bankructwo nie musi być bolesne” (NCz nr 8/217, 2015) oraz Czas Publishers Ltd, czyli wydawca „Nowego Czasu”. Wkrótce jednak oskarżeniem została objęta także Teresa Bazarnik-Małkiewicz, dyrektor CZAS Publishers Ltd. Już w samym oskarżeniu widać było bizantyjskie zamiary przeciwnika wspomaganego przez pewne środowiska polonijne, wobec których „Nowy Czas” był krytyczny. Cel taktyki był jasny. Jan Serafin i jego doradcy uznali, że z tak zarzuconych sideł nie mamy najmniejszej szansy na ucieczkę: zostaniemy bezwzględnie zniszczeni finansowo i psychicznie, zawodowo i prywatnie, a „Nowy Czas” zniknie z wydawniczego horyzontu. To z kolei miało na nas wywrzeć presję i zmusić nas do kosztownego kompromisu.

Od początku jakiekolwiek wyjście ugodowe zdecydowanie odrzucaliśmy, bezkompromisowo dochodząc prawdy, broniąc dobrego imienia „Nowego Czasu”, zaś Jan Serafin od początku liczył wygrane pieniądze, obiecując spłatę niektórym z licznych swoich dłużników. 

Był to wyjątkowo stresujący okres, trwający dwa lata, w którym wydawaliśmy „Nowy Czas” do pewnego momentu mniej więcej regularnie, celowo nie informując czytelników, w jakiej znaleźliśmy się sytuacji, by w ten sposób nie wpływać na tok sprawy.

Sędzia Sir Robert Jay QC, wybitny specjalista od prawa medialnego (jego sławę przypieczętował udział w Leveson Inquiry), uznał, że nasza obrona była uzasadniona, a sprawa o zniesławienie pozbawiona podstaw i w swoim wyroku obarczył kosztami sądowymi Serafina. Sędzia Jay podkreślił też, że do tego procesu nie powinno było w ogóle dojść, gdyż zrodził się z bezgranicznej pewności siebie i braku właściwego osądu („unbounded self-confidence and lack of judgement”), a także z przekonania, że sąd ulegnie urokowi osobistemu i sile perswazji „poszkodowanego”, co do tej pory tak dobrze sprawdzało mu się w wielu życiowych sytuacjach.

W końcowym etapie procesu na pytanie sędziego, czy zdaje sobie sprawę, jaki jest następny krok w sądowych procedurach, Serafin w rozbrajający sposób odpowiedział: – Mogę tylko wygrać. A kiedy w końcu zrozumiał, że nie będzie to takie łatwe, bo sędzia sprawiedliwy waży każdy gram materiału dowodowego – zaczął płakać, co zresztą przewidziała jedna z byłych partnerek, która urokowi i sile perswazji uległa i pożyczone 65 tys. funtów szuka niczym wiatru w polu.

Zmiana decyzji

Tuż przed rozprawą sądową musieliśmy zrezygnować ze swoich prawników, z firmy Carter-Ruck, która przez dwa lata przygotowywała materiały procesowe, a raczej porządkowała materiały przez nas gromadzone i tłumaczone. Za swoją usługę wystawiła słony rachunek, a za reprezentację w sądzie zażądała wpłaty kolejnych 100 tys. funtów, na to oczywiście nie mogliśmy sobie pozwolić. Cały rachunek kosztów firmy prawniczej Carter-Ruck, specjalizującej się w prawie medialnym to kilkaset tysięcy funtów. Dwa tygodnie przed rozpoczęciem rozprawy zostaliśmy sami.

Byliśmy mimo to zdeterminowani – skoro nie stać nas na prawników, w sądzie będziemy bronić się sami. W końcu to my przygotowaliśmy cały materiał dowodowy, mieliśmy 13 świadków, znaliśmy najdrobniejsze szczegóły sprawy i nie musieliśmy ustalać korzystnej dla nas wersji zeznań. My mieliśmy tylko jedną wersję, a fakty mówiły same za siebie.

A jednak to optymistyczne podejście prysło jak bańka po tym, jak Teresa wzięła udział w mini procesie sądu koleżeńskiego Piotra Michalika w Ognisku Polskim, gdzie przed zarzutami byłego prezesa Nicholasa Kelseya OBE TD obronił go na otwartym posiedzeniu Rafał Demczuk.

– Nie damy rady – stwierdziła Teresa. – Fakty znamy, ale nic nie wiemy na temat angielskich procedur sądowych, obca jest nam prawnicza terminologia. Sytuacja wobec powagi, precyzji oraz tempa procedur w High Court niewyobrażalnie stresująca.

Tego samego dnia, już w godzinach wieczornych zadzwoniła znajoma, dziękując Teresie za obecność na posiedzeniu sądu koleżeńskiego. Teresa powtarza swoje uznanie dla profesjonalizmu doradcy prawnego i dzieli się z nią obawami na temat naszej sytuacji. – Zadzwoń do niego – sugeruje znajoma. – Jest już tak późno, niedziela, nie wypada, ja go nie znam – odpowiada Teresa. – W takim razie ja zadzwonię. Po krótkiej chwili drugi telefon. – Dzwoń, on się zgodził na rozmowę. Następnego dnia, zaledwie tydzień przed procesem, jesteśmy na spotkaniu w Goldsmith Chambers, w słynnym londyńskim Temple.

W labiryncie

– Sytuacja jest trudna, ale nie beznadziejna. Musimy znaleźć dobrego barristera, mam dwóch kandydatów – mówi nasz doradca Rafał Demczuk, syn zasłużonego i więzionego działacza „Solidarności”, inicjator prawnej usługi Direct Access. Od razu przystępuje do działania. Człowiek-armata. 

– Materiały procesowe przygotowane przez Serafina (trial bundles) to jeden wielki chaos, musimy je uporządkować sami, żeby sędzia miał łatwiejszy wgląd w szczegóły sprawy – stwierdza Rafał Demczuk. Dodatkowy koszt i morderczy wyścig z czasem. 

Jeszcze tego samego dnia do gry wchodzi Anthony Metzer QC (Queen’s Counsel), adwokat z najwyższej półki. Właśnie okazało się, że zdjęta została sprawa z wokandy i jest wolny. Człowiek o błyskotliwej inteligencji, serdeczny, otwarty, został naszym obrońcą dosłownie w ostatniej chwili, mimo że w tym czasie zmarła jego matka.

W ekspresowym skrócie przedstawiamy sprawę. Wprowadzamy naszego obrońcę w labirynt piwnic poskowych, Jazz Cafe, „osławionej” firmy Antec the Builder, Kolbe House, hurtowni Polfood Limited, remontowanych domów na Ealingu, meandrów „Solidarności” (Jan Serafin twierdził, że przyjechał tu jako uchodźca polityczny, a w czasie najgorętszego czasu „Solidarności” był na kontrakcie w Iraku, do Wielkiej Brytanii przyjechał na zaproszenie pani z Duke Street w Chiswick, biorąc w macierzystym zakładzie pracy urlop bezpłatny, zostawiając w Polsce dwoje małych dzieci i żonę). 

Anthony Metzer QC w ciągu dosłownie kilku dni (właściwie tylko weekendu) zapoznał się ze sprawą. Byliśmy porażeni precyzją, z jaką zaczął poruszać się w splątanym polsko-londyńskim spaghetti zanurzonym w sosie z wielowątkowych składników. I jego jednoznacznym podsumowaniem: – He is a crook.

Gdy wcześniej zastanawialiśmy się nad zmianą kancelarii ze względu na dramatycznie zwiększające się koszty, porady innych prawników były jednoznaczne – sprawa jest kompleksowa, nie warto, nowa kancelaria, nawet tańsza, będzie musiała zapoznać się z wielowarstwowym materiałem, co wygeneruje dodatkowe koszta.

Na sali sądowej

Początek rozprawy to mrożący krew w żyłach spektakl. Surowe sklepienia High Court zniewalają nawet największego twardziela. Komendy: wstać, wysoki sąd idzie…, togi, peruki mają sprawić, że człowiek czuje się tam niemal jak na sądzie ostatecznym. Anthony Metzer QC zadaje serię precyzyjnych pytań. Serafin gubi się. Czy panie, które uwodził pożyczały pieniądze (łącznie ok 120 tys. funtów) jemu czy firmie? Jeśli firmie, to dlaczego nie ma tych wpłat na bankowych wykazach? Dwa miliony przekazane synowi na budowę obiektu turystycznego w Krościenku w akcie darowizny zdeponowanym w urzędzie ds. środków unijnych w Krakowie, to jego pieniądze czy żony (faktycznie byłej żony, która w innym materiale dowodowym wyznaje, że rodzina w Polsce jest bez grosza). Byłej żony, choć tutaj też wszyscy się gubią. Jeden ze świadków zeznaje, że pan Serafin w czasie pobytów w Polsce zatrzymuje się u swojej żony, a tam, gdzie rozpoczęty został wielki projekt budowy obiektu turystycznego (o budżecie pond 3 mln zł) nikt nie wie, nawet najbliższa rodzina, że są rozwiedzeni. Ujawnione pieniądze udziałówców hurtowni Polfood (ok. 300 tys. funtów), której Jan Serafin był jedynym dyrektorem (mimo pisemnego zapewnienia, że powołany zostanie drugi) to pożyczki czy inwestycje? Jeśli inwestycje, to dlaczego nie ma oficjalnie zarejestrowanej listy udziałowców z dokładnie wyliczonymi udziałami każdego z nich? Polfood w jednym roku ma obrót ok. 1,2 mln funtów, w drugim ogłasza upadłość wykazując straty ok. 750 tys. funtów. Dlaczego tak się dzieje? Pracownicy kradli – dowiedzieliśmy się z zeznań. Czy zostało to zgłoszone na policję? – Nie – słyszymy odpowiedź. Dyrektor Serafin wypłacał sobie z konta firmy regularnie pieniądze, twierdząc, że była to jego prywatna pożyczka, co wzbudziło podejrzenia innych udziałowców. Było już jednak za późno, by firmę ratować.

W POSK-u, w czasie kiedy Jan Serafin był tam House Committee Chairman, a później prowadził bar w Jazz Cafe, zgodnie z zeznaniami jego świadków, wszystko działało jak w zegarku. Jazz Cafe miała od początku kasę fiskalną, co prawda nie widać było, co jest na wydrukach, bo maszyna nie działała zbyt dobrze, ale to już sprawa drugorzędna. Jan Serafin był – jak zeznał – na wakacjach, kiedy firma transportowa DSZ Van Transport Ltd, zarejestrowana w Coventry i zamieniona tuż przed remontem piwnic polskiego ośrodka w Londynie na Antec the Builder wygrała przetarg na remont piwnic. Nie przeszkodziło mu to jednak napisać w „Wiadomościach POSK-u” (2006, str. 17), że „po rozstrzygnięniu przetargu na kontraktora prac budowlanych wybraliśmy firmę Antec the Builder”, natomiast w zeznaniu sądowym wyjaśnić, że właściciel firmy, która wykonywała remont, to kuzyn żony pana Rumuna (rzeczoznawcy, z którego usług POSK korzysta od lat). Pan Leszek Bojanowski, wieloletni członek zarządu POSK-u i kolega Serafina z grupy tanecznej Tatry, a także powiernik Kolbe House, dostarcza w ostatniej chwili dowody na podpisanie umowy z firmą Antec the Builder, tyle że... umowa jest in blanco, bez podpisów i bez daty. Wydruków z kasy fiskalnej z baru Jazz Cafe też brak. 

Z kolei z zeznań Marii Stenzel, księgowej (book-keeper) POSK-u wynika, że wszystkie osoby związane z Jazz Cafe („J. Serafin, A. Serafin, A Serafin Project Company, M. Greliak etc.”) pracowały tam charytatywnie. To znaczy, że była żona oskarżającego „Nowy Czas” o zniesławienie, udzielała się w Jazz Cafe, ale charytatywnie (czyli przyjeżdżała z Polski, by jako wolontariuszka pomagać swojemu byłemu mężowi, który prowadził tam bar). Natomiast sam Jan Serafin stwierdził, że jedyną pracę dla POSK-u, jaką wykonała jego była żona, było zrobienie planów budynku, bo p. Rumun nie mógł jakoby znaleźć odpowiedniej firmy w Londynie. Była to praca płatna, ale Maria Stenzel nie mogła sobie przypomnieć, by kiedykolwiek wypłacała z kasy POSK-u pani A. Serafin czy A Serafin Project Company za jakąkolwiek pracę czek lub gotówkę. Zarząd ośrodka, do którego zwrócili się nasi prawnicy, odmówił ujawnienia dokumentów dobrowolnie, tłumacząc się brakiem odpowiednich osób, które mogłyby zrobić kwerendy w przepastnych archiwach POSK.-u

Zmiana scenariusza

Ni stąd ni zowąd przychodzi kolej na nas. Niektórzy świadkowie pozywającego nie stawili się w ustalonym wcześniej terminie. My byliśmy obecni na sali sądowej, więc by utrzymać ciąg przesłuchań sędzia na pierwszy ogień bierze Teresę, która wychodzi z ognia pytań obronną ręką. Mnie nie udaje się przekonać sędziego, że użycie określenia „bankrut” odnośnie Jana Serafina było prawomocne. Ale artykuł w gazecie to nie precyzyjnie udokumentowana paragrafami rozprawa. Jeśli ktoś był bankrutem i restrykcje bankruta zostały mu przedłużone na kolejne pięć lat, to jak inaczej go nazwać? Bardzo wygodny dualizm: jeśli trzeba oddać pieniądze, można schować się pod ochronę stanu bankructwa, jeśli trzeba uwierzytelnić swoją pozycję – litera prawa mówi, że de facto bankrutem się nie jest. Bunkrupcy Rerstriction Order wydaje się osobom podejrzanym o nadużycia w okresie bankructwa. Janowi Serafinowi, który te restrykcje przyjął dobrowolnie (BRU) urząd ds. bankructwa zarzucił m.in., że na kilka miesięcy przed bakructwem przekazał nieruchonmości w Polsce swoim dzieciom, a ponadto zaniżył ich wartość.

Nagła zmiana grafiku przesłuchań zmusza naszych świadków do pojawienia się w High Court niemal z dnia na dzień. Ci, którzy mieszkają w Polsce, przylatują do Londynu natychmiast, nie bacząc na koszty. Pan Ryszard Ogonowski stracił ponad 100 tys. funtów za niezapłacone dostawy produktów do hurtowni Polfood. Dlaczego nie zabezpieczył się umowami, sprawdzeniem wierzytelności klienta? – Kiedy zaczyna się biznes, trzeba ludziom zaufać – mówił. W przypadku biznesu z firmą Jana Serafina dobrze na tym nie wyszedł, niemniej jednak od ponad dziesięciu lat prowadzi swój biznes z sukcesem, jest jednym z największych dostawców polskich produktów żywnościowych do Wielkiej Brytanii oraz Europy Zachodniej. Nauczony doświadczeniem umowy handlowe teraz podpisuje i wierzytelność kontrahentów sprawdza dokładnie.

Jan Serafin przed ogłoszeniem upadłości firmy Polfood sprzedał swój dom koledze za cenę nie wiadomo czy rynkową, bo – jak sam oświadczył w zeznaniu – nie miał
czasu na rynkową wycenę sprzedawanej nieruchomości. Dłużnicy stali bowiem w kolejce. M.in. p. Ogonowski, który – jak sam zeznał – dostał od Serafina zapewnienie, że nie musi się obawiać, bo jeśli coś złego stanie się z firmą, jest zabezpieczenie w nieruchomości . Mimo że dom sprzedał, wciąż tam przez wiele lat pomieszkiwał, aż do czasu ukazania się artykułu. Zysk ze sprzedaży przekazał firmie Baćpol, zgodnie z wekslem podpisanym przez jego byłą żonę i innych członków rodziny – co było również jednym z powodów nałożenia BRU. W trakcie postępowania stało się jasne, iż Jan Serafin namawiał do inwestowania w jego upadajacą hurtownię dystyngowaną osobę w podeszłym wieku i – jak to określił sędzia – z piękną kartą zawodową.

Jak w filmie

W którymś momencie proces o zniesławienie zmienił swój charakter i stał się procesem obyczajowym. Na salę rozpraw stawiły się trzy partnerki pozwa, dwie byłe i jedna obecna. O bogatym życiu osobistym Jana Serafina wiedzieliśmy od dawna, ale uważaliśmy, że jest to prywatna sprawa osób bezpośrednio zaangażowanych. Opinię tę zmieniliśmy po tym, jak pracownicy Kolbe House zwrócili się do nas z prośbą o interwencję w sprawach związanych z działalnością tam Jana Serafina. Zarządzanie domem opieki dla starszych, schorowanych Polaków, który powstał przy znacznym współudziale środków społecznych nie jest już sprawą prywatną.

Osób, które uwiarygadniają opisaną w artykule historię jest wiele. Jednak kiedy przychodzi pozew, liczba ta kurczy się znacznie. Niektórzy są zastraszeni, boją się, mówią nam o kierowanych do nich pogróżkach. Niemniej jednak wciąż pozostaje 13 świadków. Niektórzy mówią słabo po angielsku, wiele zeznań, opisów wydarzeń, często wielowątkowych, trzeba tłumaczyć. W Kolbe House na wczesnym etapie procedur na tablicy ogłoszeń pani manager (prywatnie partnerka Jana Serafina) wywiesza anonimowy list pracowników do „Nowego Czasu” (przekazany przez naszych prawników kancelarii reprezentującej powoda jeszcze przed obopólną wymianą zeznań) strasząc personel, że wobec autora listu będą wyciągnięte konsekwencje. List (później potwierdzony przez rozmowy z pracownikami) opisywał sytuację w tym domu opieki, gdzie pan Serafin rozpoczął pracę jako – jak sam zeznał – „handyman”. Anna Romiszowska, przewodnicząca komitetu zarządzającego domem do niedawna nie wiedziała, że zatrudniony przez Kolbe House konserwator jest partnerem pani kierowniczki, Beaty Parylak. W chwili angażowania złotej rączki nie wiedziała też, że był bankrutem, któremu po upływie roku narzucono Bankrupcy Restriction Undertaking z pięcioletnimi restrykcjami nakładanymi zwykle z powodu poważnych nadużyć. Pani Beata Parylak swierdziła natomiast że trudno znależć tak dobrego fachowca jak Jan”.

Jan Serafin poznał w Kolbe House, 90-letnia emertykę Zofię Hajduk. Kiedy pewnego wieczoru pojawiła się tam z opiekunką, oprowadzał je po domu, pokazywał pokoje i wydawał polecenia kucharkom – zeznała w trakcie procesu Maggi Curtin, która była przekonana, że był tam szefem. Zrobił to – jak wyjaśnił – jakoby dlatego, że nikt z personelu Kolbe House na wieczornej zmianie nie mówił po angielsku. Kiedy Zofia Hajduk wróciła do domu, zaoferował jej swoje usługi budowlano-hydrauliczne proponując nawet zamontowanie ogrzewania podłogowego, choć zainstalowany przesz niego boiler zdążył już się zepsuć wielokrotnie. Dzięki interwencji Krysi Carr, która odwiedzała panią Hajduk jako pracownik socjalny lokalnej parafii, do tak dużego remontu nie doszło.

Koronnym elementem pozwu Jana Serafina były jego rzekome straty materialne, do których artykuł miał doprowadzić. W materiałach złożonych w sądzie twierdził, że pozbawiony pracy w Kolbe House jako konserwator w skali rocznej stracił około 50 tys. funtów. Ale na sali sądowej okazało się (co ujawniła przewodnicząca komitetu), że nadal jest tam zatrudniony. Kalkulacja Jana Serafina ile mógł stracić może by miała podstawy, poza jedną, najważniejszą, że pracę zachował. Sędzia poprosił go o przyniesienie do sądu bankowych potwierdzeń, które pokazały, że pieniądze zarobione w Kolbe House – zgodnie z wystawionymi fakturami – nie wpłynęły na żadne z ujawnionych przez niego kont.

Jan Serafin uznał też, że poniósł straty moralne: nie mógł na przykład pokazywać się w środowisku polonijnym. Okazało się jednak, że bywa w POSK-u, tańczy w zespole Tatry, wyjeżdża z zespołem do Polski i uwiecznia się na zdjęciach oraz krótkim filmiku zamieszczonych na Facebooku.

Sędzia dziwił się dlaczego w charakterze świadków nie wystąpili była żona i syn. Serafin w pozwie zarzucił bowiem „Nowemu Czasowi”, że użył w artykule określenia żona/nie żona, a z budową obiektu turystycznego w Krościenku nie miał nic wspólnego. Dokumenty uzyskane w lokalnych urzędach oraz z biura ds. środków unijnych w Krakowie, gdzie syn ubiegał się o dofinansowanie budowy obiektu turystycznego dowodzą, że przedstawił jako środki własne umowę darowizny na dwa miliony złotych „od rodziców”. Ponadto tablica informacyjna na placu budowy w Krościenku wyraźnie informowała o inwestorach: Jan Serafin i Jan Serafin (syn nosi takie samo imię jak ojciec); architekt: Anna Serafin.

Pozew w imieniu Serafina wniosła do High Court kancelaria EMW, reprezentowana przez Jana Marca. Po ponad roku Jan Serafin zrezygnował z jej usług, bo – jak sam oświadczył – nie spełniała jego oczekiwań, a Jan Marzec zniknął z listy pracowników EMW. Barristerem do pewnego momentu była Alexandra Marzec z 5 RB Chambers. Przez krótki czas, w kluczowym momencie składania pisemnych zeznań świadków Serafin reprezentował się sam. Po złożeniu zeznań świadków, na co sąd musiał wydać specjalne zezwolenie z powodu kilkakrotnego przekroczenia terminu (a Serafin pokryć koszty w wysokości 8 tys. funtów) na scenę wkroczyła kolejna firma, Simon Burn, na zasadach no win no fee, która zrezygnowała z reprezentowania swojego klienta tuż przed rozprawą wstępną (Pre Trial Review). 

Oficjalnie w sądzie Serafin nie miał obrońcy (choć każdego dnia towarzyszył mu asystent, tzw. McKenzie friend). Nasi prawnicy zorientowali się jednak na podstawie elektronicznych dokumentów, że wspomagany był nieoficjalnie przez firmę Simon Burn, co sam przyznal. Firma ta pisała wnioski do sądu w jego imieniu, kiedy oficialnie już go nie reprezentowała. Simon Burn ponownie wyszedł z ukrycia występując w imieniu Serafina o pozwolenie na złożenie apelacji (spóźnionej o osiem tygodni z powodu – jak podają – opieszałości firmy odpowiedzialnej za przygotowanie stenogramu przesłuchań, w sytuacji kiedy taki stenogfram nie jest konieczny do złożenia apelacji). Przyznali się przy tym, że nieoficjalnie pomagali mu w trakcie procesu. Wróciła też nagle barrister Alexandra Marzec, która w swojej argumentacji zarzuca wybitnemu sędziemu Jay stronniczość, złe traktowanie powoda oraz błędną interpretację faktów. Warto dodać, że sędzia nakazał Serafinowi wpłacenie do 2 lutego stu tysięcy funtów jako przedpłatę całości kosztów. Do tej pory Serafin nie wywiązał się z tego nakazu.

IN THE HIGH COURT OF JUSTICE
 QUEEN'S BENCH DIVISION/APPROVED JUDGMENT
www.bailii.org

Galeria:
Dodaj komentarz:
Autor:
Wpisz hasło z obrazka: (małymi literami)


REKLAMA
PODCASTY
...zobacz inne podcasty
ARTERIA
...zobacz archiwum Arterii
REKLAMA
ENGLISH PAGE
...zobacz inne artykuły
ANKIETA
Czy wyjeżdźasz na wakacje do Polski?
liczba głosów: 28442
Tak

23751
84%
Nie

4691
16%
...zobacz archiwum ankiet
WYSZUKIWANE TAGI

Polsport |usługi kamieniarskie wodzisław | pręty nierdzewne | opieka osób starszych Radlin | Diagnostyka poronień | psychoterapeuta Cieszyn
Zespół muzyczny Opole | wkręty nierdzewne | Geo-Agro Rybnik | książeczki zdrowia Żory | drzwi Porta wodzisław rybnik