KIM JESTEŚMY REDAKCJA MARKETING DYSTRYBUCJA OGŁOSZENIA LISTY DO REDAKCJI KONTAKT 24 maj 2019
E-WYDANIE
PUBLICYSTYKA
REPORTAŻ
LUDZIE I MIEJSCA
TAKIE CZASY
CZAS PRZESZŁY
CZAS TO PIENIĄDZ
DRUGI BRZEG
CZAS NA WYSPIE
AKTUALNOŚCI
ARTFUL FACE
PAN ZENOBIUSZ
FAWLEY COURT
REWERS
DOBRE, BO POLSKIE
SYLWETKI
LONDYN W SUBIEKTYWIE
OPOWIADANIA LONDYŃSKIE
ROZMOWA
LISTY DO REDAKCJI
KULTURA
RECENZJA
SYLWETKI
ROZMOWA
CO SIĘ DZIEJE
FELIETONY
KRYSTYNA CYWIŃSKA
ANDRZEJ LICHOTA
WACŁAW LEWANDOWSKI
GRZEGORZ MAŁKIEWICZ
V.VALDI
SPORT
AKTUALNOŚCI
RELACJA
ROZMOWA
FELIETON
GALERIA
PODRÓŻE
PO LONDYNIE
PO WYSPIE
POLSKIE DROGI
PO ŚWIECIE
W CZASIE I PRZESTRZENI
CZAS NA RELAKS
ZDROWIE POLECAMY
NA ŁAWECZCE
MANIA GOTOWANIA
KRZYŻÓWKA
KRONIKA ABSURDU
NA KOŃCU JĘZYKA
TO I OWO
ARTERIA
ARTYŚCI
GALERIA
EWA OBROCHTA
BASIA LAUTMAN
BEATA KOZŁOWSKA
WOJCIECH SOBCZYŃSKI
RYSZARD SZYDŁO
PAWEŁ KORDACZKA
MARIA KALETA
MAREK BORYSEWICZ
KRZYSZTOF MALSKI
KONRAD GRABOWSKI
JUSTYNA KABAŁA
IWONA ZAJĄC
ELZBIETA PIEKACZ
ELZBIETA CHOJAK
ELA CIECIERSKA
CAROLINA KHOURI
ANIA PIENIĄŻEK
AGNIESZKA KOWAL
A.HANDZEL-KORDACZKA
ANDRZEJ KRAUZE
ANDRZEJ LICHOTA
DAMIAN CHROBAK
GRZEGORZ LEPIARZ
SŁAWEK BLATTON
ANDRZEJ MARIA BORKOWSKI
PAWEŁ WĄSEK
MARCIN DUDEK
JOANNA SZWEJ-HAWKIN
DANUTA SOŁOWIEJ
TOMASZ STANDO
AGNIESZKA STANDO
OLGA SIEŃKO
FOTOREPORTAŻ
AGATA HAMILTON
JOANNA CIECHANOWSKA




Skazani na polskość
2018.12.11 / Krystyna Cywińska
TAGI:
Share |
Felieton Krystyny Cywińskiej wysłuchany i zapisany przez Teresę Bazarnik

Przeżyłam ostatnio dwa wieczory emocji patriotycznych. Ofiary patriotyczne mam już dawno za sobą, dzięki Bogu. Przymiotnik „patriotyczny” używam niechętnie. Bo czym jest patriotyzm? Wciąż mnie to męczy. Czy jest to zjawisko socjopolityczne? Czy jest to wynik manipulacji psychologią społeczną? Czy jest to po prostu ofiarna miłość do wymarzonej, wolnej ojczyzny? Nie wiem. A może jest to miłość do rodaków? W młodości wpajano we mnie, jak słodko i chwalebnie jest umierać za ojczyznę. Nie. To nie dla mnie. Wiele lat potem przekonało mnie to, co usłyszałam z ekranu kinowego. Amerykański generał George Patton powiedział swoim żołnierzom, przygotowującym się do walki z Niemcami: nie idziecie na wojnę po to, żeby ginąć za swoją ojczyznę, ale po to, by ten sukinsyn, wasz nieprzyjaciel, zginął za swoją.

My jako Polacy mamy parcie na rocznice, żeby nie powiedzieć miesięcznice. Im bardziej męczeńskie, tym lepiej. W tym roku mamy okazję, żeby sobie odpuścić martyrologię. Tą okazją jest setna rocznica odzyskania naszej niepodległości po 123 latach zaborów i zniewolenia. Możemy sobie odpuścić na jakiś czas martyrologię i męczeństwo, a pozwolić sobie na luksus poczucia dumy. Narodowej dumy. Możemy być dumni z naszych rodaków, tych, którzy poszli się bić o tę niepodległość w czasie I wojny światowej i którzy zabiegali o nią politycznie w stolicach zachodnich. Felieton nie jest wykładem z historii, więc nie będę wymieniała tu nazwisk naszych bohaterów z tamtego okresu.

Miałam to szczęście, że urodziłam się w wolnej, niepodległej Polsce w okresie Dwudziestolecia międzywojennego. W okresie wspaniałym, momentami tragicznym, dumnym i chmurnym. I myślę teraz o tym Dwudziestoleciu. Pisali o nim wybitni historycy, wybitni publicyści i bardzo wybitni poeci. Można by, szukając w ich twórczości z okresu Legionów i niepodległości Dwudziestolecia, utkać jakiś obraz tego na scenie. Sięgnąć do twórczości legionowej Józefa Mączki, Kazimiery Iłłakowiczówny czy późniejszej Lechonia z jego „Karmazynowym poematem”.

W Londynie obchodziliśmy setną rocznicę odzyskania neipodległości między innymi w teatrze w POSK-u i na scenie teatralnej Ogniska Polskiego. W POSK-u skomponowała z tej okazji spektakl niezrównana Helena Kaut-Howson i jej zespół Scena Polska. Na tylnej ścianie sceny ekran. Na ekranie fragmenty cennego dokumentu o emigracji, zrobionego przez jej męża Richarda Howsona. Było więc o emigracji, a nie o niepodległości Dwudziestolecia międzywojennego. Rozumiem imponderabilia i zapotrzebowania lokalne, wolałabym jednak ten film obejrzeć osobno, a nie jako tło do tego, co się działo na scenie.

A na scenie w pięknych wierszach Mickiewicza, Lechonia, Wierzyńskiego, Tuwima, w pieśniach Kaczmarskiego i innych wieszczów lament nad męczeńskimi dziejami Polaków. Nawiązaniem do roli Legionów Piłsudskiego była „Szara piechota” (Maszerują strzelcy, maszerują…). Wolałabym usłyszeć prawdziwy hymn Legionów, ulubioną pieśń marszałka Józefa Piłsudskiego, z którą się wychowałam „My pierwsza brygada” (Legiony to, żołnierska nuta…)

Proszę mi darować, ale nie zrozumiałam związku, poza paroma fragmentami, między tym, co pokazały fragmenty filmu o emigracji (tej tzw. Wielkiej, paryskiej, i naszej brytyjskiej – moim zdaniem znacznie większej) a tym, co w większości usłyszałam ze sceny. A usłyszałam, tak mi się wydaje, stukot kibitek z zesłańcami na Sybir, brzęk kajdanów, jęk i płacz wdów i sierot, stukot kół bydlęcych pociągów wywożących moich rodaków na Sybir.

My jako emigracja, jak zrozumiałam, byliśmy rozpaczliwymi świadkami politycznej niemocy polskiej tragedii po II wojnie światowej. Byliśmy, to prawda, ale jest to temat do historycznych dysertacji, ciężki do pokazania na scenie. Chóry, deklamacje i żywe obrazy tego nie potrafiły oddać. Choć byłam poruszona patrząc na żywy obraz konających na scenie powstańców warszawskich.

Patrzyłam z pewnym wzruszeniem na fragmenty mojego życia na emigracji. Błyskiem radości, której nam tu nie brakowało, były utwory Hemara, smuga wspomnień o naszym teatrze w postaci jego piosenek. I piękne nogi Joanny Kańskiej w scenie z kabaretu.

Nie rozumiałam tego spektaklu, ale zrozumiałam intencje. Zabrakło mi w tych intencjach większej roli Kościoła w naszym życiu. Wiem, wiem, co się dzisiaj o Kościele pisze i mówi. Ale w moim przekonaniu, dla nas, odchodzącego pokolenia, Kościół w czasie okupacji niemieckiej, w czasie PRL-u i naszego życia na obczyźnie był repozytorium polskości, naszej przynależności do ojczyzny i europejskich korzeni. Tak jak w PRL-u tak i na emigracji ten Kościół nas łączył i podtrzymywał w nas poczucie przynależności i wspólnoty narodowej. Odegrał wielką rolę w utrzymaniu polskości, wolności i swobód obywatelskich. Nie chcę przypominać męczeńskiej śmierci ks. Jerzego Popiełuszki,
głęboko, boleśnie przeżywanej na emigracji. Tego w tym spektaklu nie dostrzegłam. Nie chcę także przypominać roli Jana Pawła II w kolejnym odzyskaniu naszej niepodległości. Na emigracji głęboko to przeżywaliśmy. Tego w spektaklu też nie dostrzegłam. Jestem z natury niepokornym agnostykiem, ale staram się być niezależnie myślącym człowiekiem.

Spektakl, przygotowany z tak wielkim wysiłkiem zespołu, z jego znakomitą grą i reżyserią bardzo cenię, bardzo podziwiam i bardzo za to dziękuję. Ale dlaczego – pytam – skoro miało być o „roli uchodźstwa polskiego w walce o niepodległość”, dlaczego nie usłyszałam śpiewanych na emigracji „Czerwonych maków na Monte Cassino”? I dlaczego nie zobaczyłam generała Andersa ani wyrazistej postaci kochanego generała Maczka?

No cóż, jestem typowym przykładem dziennikarskiego dyletanctwa. Nie jestem recenzentem teatralnym, bo się na tym nie znam. A w teatrze, po spektaklach, najważniejsze jest nie wrażenie zgorzkniałych felietonistek, ale widzów. A widzowie w teatrze w POSK-u przeżywali ten spektakl w ciszy, w skupieniu, z przejęciem, a na koniec podziękowali jego wykonawcom i reżyserce wstając z krzeseł.

Dodam tylko, że spektakl wziął swój tytuł, „Źródło”, od pięknej pieśni barda „Solidarności” Jacka Kaczmarskiego. Czym jest to źródło? Jakie to zródło? Tym źrodłem jest polskość. Jedyny bodaj czynnik w psychologii społecznej, który nas łączy poprzez granice.

A może można było zrobić patriotyczny spektakl w oparciu o anegdoty, pisma i wypowiedzi marszałka Józefa Piłsudskiego? Może byłoby to soczyste spojrzenie na to, czym jest miłość do ojczyzny i jacy są nasi rodacy. Jędrnych inwektyw Józef Piłsudski mógłby nauczyć polityków, którzy spotykali się na ośmiorniczkach w warszawskiej restauracji Sowa i Przyjaciele.

Wyszłam z tego spektaklu w POSK-u, bardzo Was przepraszam, z nogami Joanny Kańskiej w głowie. Inne nogi zafascynowały mnie na scenie teatru w Ognisku Polskim, w rewii warszawskiego Teatru Sabat Małgorzaty Potockiej. Uraczyła nas tą rewią, sprowadzając ją z Polski (o Boże, co za wysiłek!) Maja Lewis. Zaczadzona polskim teatrem sprowadziła tę rewię – sabat nie czarownic, ale czarodziejek, żeby przypomnieć nam, jak radosne, teatralne i kabaretowe było życie w czasach dwudziestolecia niepodległości. Scena Ogniska, tak poszerzona, że przy odrobinie fantazji mogłaby się wydawać sceną w paryskim Moulin Rouge czy w kabarecie Qui Pro Quo w przedwojennej Warszawie.

Teatr rewiowy Małgorzaty Potockiej jest zjawiskiem odbiegającym od plebejskich występów kabaretów dzisiejszej Polski. Jest kwintesencją dowcipu, wytworności i piękna... Te pióropusze, te cekiny, te fantazyjne stroje zmieniające się w nieprawdopodobnym tempie. Ten takt i rytm, wybijany w tym, co się po angielsku nazywa absolute timing. A w tle zdjęcia starej, urokliwej Warszawy, aktorzy, kabarety, restauracje. Te obrazy nadały kontekst temu co oglądaliśmy na scenie Ogniska: „Lata 20., lata 30. Wodewil starej Warszawy”, w której – wydawało mi się – że jestem.

Tak oszałamiającego spektaklu scena w Ognisku nigdy nie gościła. Powtarzam: nigdy. Teatr Hemara czy Ref-Rena stać było na satyrę polityczną, na humor i sarkazm codziennego życia na wielkim poziomie. Ale nie stać ich było na kosztowną oprawę sceniczną. Ten teatr dawał nam tyle radości i tyle szczęśliwych chwil, ile mógł. Nie dał nam jednak, bo nie mógł, szampańskiego nastroju, wspaniałych strojów ani nóg po szyję. Ani głosów, ani tańca, ani tych starych przedwojennych przebojów Hanki Ordonówny, Jana Kiepury, Eugeniusza Bodo, które wielu z nas na widowni w Ognisku z aktorami śpiewało. Co za radość!
Co za elegancja!

Co za szczęście, że w tym cudem odzyskanym kraju oprócz walk politycznych, zażartych kłótni, morderstwa pierwszego prezydenta, zwycięstwa nad bolszewikami, Berezy Kartuskiej z więźniami politycznymi i rozlewu krwi na ulicach Warszawy w rozruchach majowych, mogliśmy się cieszyć niepodległością, śmiać się i radować, że żyjemy w wolnej ojczyźnie.

Wyszłam z tego spektaklu w szampańskim nastroju. Śpiewałam w samochodzie w drodze powrotnej z moimi towarzyszami podróży: już taki jestem, zimny drań.…

Jestem prawdopodobnie. Ale bije we mnie, tak jak w moich rodakach, polskość. Mam ją w krwiobiegu, w sercu, i w świadomości. Nam przed Powstaniem Warszawskim nie powiedziano tego, co generał Patton powiedział swoim żołnierzom. Ponieśliśmy za to wielką ofiarę krwi zakończoną zagładą miasta.

Czym jest patriotyzm? Chyba jednak beznadziejną, ofiarną, mistyczną miłością do tego, co nazywamy ojczyzną. Do naszego języka, do naszych rodaków, a nawet, w momentach romantycznych, do wierzb nad Wisłą, Bugiem i Sanem. Jestem wdzięczna za emocje i przeżycia, jakich doznałam dzięki wielkim wysiłkom trzech kobiet: Heleny Kaut-Howson, Maji Lewis i Małgorzaty Potockiej, która rewię ze swojego teatru na Foksal w Warszawie zmieściła na małej scenie Ogniska Polskiego.

Dodaj komentarz:
Autor:
Wpisz hasło z obrazka: (małymi literami)


REKLAMA
PODCASTY
...zobacz inne podcasty
ARTERIA
...zobacz archiwum Arterii
REKLAMA
ENGLISH PAGE
...zobacz inne artykuły
ANKIETA
Czy wyjeżdźasz na wakacje do Polski?
liczba głosów: 31028
Tak

25520
82%
Nie

5508
18%
...zobacz archiwum ankiet
WYSZUKIWANE TAGI

Polsport |Kancelaria adwokacka Wodzisław Śląski | łańcuchy nierdzewne | biuro rachunkowe radlin | transport ekogroszek Jastrzębie | profile specjalne
kuchnie na wymiar rybnik | cyklinowanie bezpyłowe grodzisk mazowiecki | Geo-Agro Rybnik | medycyna pracy Wodzisław Śląski | rozwody wodzisław śląski