KIM JESTEŚMY REDAKCJA MARKETING DYSTRYBUCJA OGŁOSZENIA LISTY DO REDAKCJI KONTAKT 15 grudzień 2019
E-WYDANIE
PUBLICYSTYKA
REPORTAŻ
LUDZIE I MIEJSCA
TAKIE CZASY
CZAS PRZESZŁY
CZAS TO PIENIĄDZ
DRUGI BRZEG
CZAS NA WYSPIE
AKTUALNOŚCI
ARTFUL FACE
PAN ZENOBIUSZ
FAWLEY COURT
REWERS
DOBRE, BO POLSKIE
SYLWETKI
LONDYN W SUBIEKTYWIE
OPOWIADANIA LONDYŃSKIE
ROZMOWA
LISTY DO REDAKCJI
KULTURA
RECENZJA
SYLWETKI
ROZMOWA
CO SIĘ DZIEJE
FELIETONY
KRYSTYNA CYWIŃSKA
ANDRZEJ LICHOTA
WACŁAW LEWANDOWSKI
GRZEGORZ MAŁKIEWICZ
V.VALDI
PODRÓŻE
PO LONDYNIE
PO WYSPIE
POLSKIE DROGI
PO ŚWIECIE
W CZASIE I PRZESTRZENI
CZAS NA RELAKS
ZDROWIE POLECAMY
NA ŁAWECZCE
MANIA GOTOWANIA
KRZYŻÓWKA
KRONIKA ABSURDU
NA KOŃCU JĘZYKA
TO I OWO
ARTERIA
ARTYŚCI
GALERIA
EWA OBROCHTA
BASIA LAUTMAN
BEATA KOZŁOWSKA
WOJCIECH SOBCZYŃSKI
RYSZARD SZYDŁO
PAWEŁ KORDACZKA
MARIA KALETA
MAREK BORYSEWICZ
KRZYSZTOF MALSKI
KONRAD GRABOWSKI
JUSTYNA KABAŁA
IWONA ZAJĄC
ELZBIETA PIEKACZ
ELZBIETA CHOJAK
ELA CIECIERSKA
CAROLINA KHOURI
ANIA PIENIĄŻEK
AGNIESZKA KOWAL
A.HANDZEL-KORDACZKA
ANDRZEJ KRAUZE
ANDRZEJ LICHOTA
DAMIAN CHROBAK
GRZEGORZ LEPIARZ
SŁAWEK BLATTON
ANDRZEJ MARIA BORKOWSKI
PAWEŁ WĄSEK
MARCIN DUDEK
JOANNA SZWEJ-HAWKIN
DANUTA SOŁOWIEJ
TOMASZ STANDO
AGNIESZKA STANDO
OLGA SIEŃKO
FOTOREPORTAŻ
AGATA HAMILTON
JOANNA CIECHANOWSKA




Kaplica wypełniona ziarnem
2019.11.29 / Włodzimierz Fenrych
TAGI:
Share |
Hemis Gompa to klasztor Czerwonych Czapek, zakonu starszego niż Żółte Czapki. Inaczej niż klasztory Żółtych Czapek, które zwykle wzniesione są na skałach nad doliną, budynki Hemis Gompa wtulone są w ściany wąwozu. Ściany wąwozu wznoszą się wysoko, aż do wiecznych śniegów przykrywających szczyty Himalajów.

Wokół dziedzińca podcienia, na ścianach podcieni wymalowane stwory o wykrzywionych ustach i trojgu oczu, każdy otoczony kręgiem płomieni. Z wnętrza głównego budynku słychać jakąś recytację. Wchodzę, mroczno. Na ławach wzdłuż filarów siedzą ubrani na bordowo mnisi i coś pod nosem recytują. Zapach jałowcowych kadzidełek i maślanych lampek. Naprzeciw wejścia w półmroku majaczy wielka złocona figura Buddy ubrana w żółtą szatę. Mnisi kończą i rozchodzą się. Zapada cisza. Wielki Budda spogląda na mroczne wnętrze spod półprzymkniętych powiek.

Cisza zaprasza do medytacji, ale ja wychodzę. Na dziedzińcu też jest cisza, popołudniowe słońce zagląda pod podcienia, oświetla trójokie stwory wymachujące rękami, w płomieniach. Wcześniej byli tu turyści, którzy przyjechali autobusem z Leh, ale ostatni autobus właśnie odjechał i turystów już nie ma. Została cisza. Stwory w podcieniach nadal wymachują rękami, ale już tylko na mnie. Może się dziwią, co ja tu jeszcze robię, skoro ostatni autobus odjechał? Ja nie odjechałem, bo chcę jeszcze pójść do następnego klasztoru, Matho Gompa. Około czterech godzin marszu, powinienem przed zmrokiem zdążyć.

We wsi Hemis również cisza, mieszkańcy są zajęci swoimi codziennymi sprawami. Ktoś ubabrany po łokcie zmienia właśnie kierunek strumienia, puszczając wodę na poletko jęczmienia. Kierunek strumyków jest tu zmieniany codziennie, codziennie nawadniane są pola. Wszystkie strumyki są uregulowane, wszystkie pola muszą być nawadniane, inaczej zamieniłyby się w pustynię w ciągu tygodnia. W dolinie Indusu po północnej stronie Himalajów deszcze padają rzadko, za to z nieba leje się żar podzwrotnikowego słońca. Roślinność jest tylko tam, gdzie pracowity lud Tybetańczyków nawadnia ziemię wodą pochodzącą z himalajskich śniegów. Wwszędzie indziej jest pustynia.

Mijam wieś i idę w kierunku pustyni drogą prowadzącą do Matho Gompa. Jest to klasztor zakonu Sakya-pa, starszego jeszcze niż Czerwone Czapki, przechowującego jeszcze bardziej ezoteryczną naukę, przekazywaną tylko najbardziej wtajemniczonym w największym sekrecie.

W Matho Gompa podobno mieszkają dwaj mnisi, którzy podczas dorocznych obrzędów rozcinają sobie języki, lecz nie krwawią, po czym rany goją się w ciągu paru dni. Każdy może zobaczyć ten obrzęd, jeśli przyjedzie tam w styczniu. Odbywa się on na dziedzińcu i jest otwarty dla widzów z zewnątrz.
Za wsią wzdłuż drogi jest murek długi na kilka metrów, wysoki na półtora. Na nim poukładane są obłe kamienie z wyrytym napisem w tybetańskim piśmie: Om Mani Padme Hum. Jest to buddyjska mantra, tu wszechobecna. Setki tych kamieni, może tysiące. Na niektórych zamiast napisu wyryto postać Buddy. Na tle dalekich ośnieżonych szczytów wygląda to fotogenicznie.

Pustynia. Twarda wyschnięta polepa z czerwonej gliny, na której pełno rozsypanych kamieni, dużych i małych. Nie jest to wielka pustynia, lecz szeroka dolina Indusu. Po obu jej stronach w oddali widać ośnieżone szczyty. Z jednej strony Himalaje, z drugiej Karakoram. To gdzieś tam jest ten groźny K2, na którym alpiniści zamarzają na śmierć. Środkiem doliny płynie Indus, jego brzegi są zielone i wszędzie tam, gdzie pracowity lud nawadnia pola jest też zielono. Jednakże tu, gdzie ja idę, jest czerwona polepa, wody nie ma, tylko tu i tam wyschnięte krzaczki. Pasą się tam jakieś dwa zwierzęta, wyglądają na osły, ale chyba dzikie, nikt ich nie pilnuje.

Kiedy dochodzę do wsi Matho, zapada już zmrok, a kiedy dochodzę do klasztoru, jest już zupełnie ciemno. Klasztor stoi na wysokiej skale, więc nietrudno tam trafić, ale brama zamknięta. Co robić? Wokół klasztoru na zboczu domki, w jednym jeszcze pali się światło. Może zapukać? Nawet jeśli ktoś mnie zruga w niezrozumiałym języku, to i tak nic nie stracę, będę w tej samej sytuacji co teraz. Podchodzę do domku i pukam.
Po chwili otwiera się okno i pojawia się w nim łysa głowa. Zaczynam coś tłumaczyć po angielsku, ale głowa nie słucha i znika. Zaraz potem otwierają się drzwi i mnich w bordowej szacie zaprasza mnie do środka. Przechodzimy przez ciemny korytarzyk i wchodzimy do pokoju, w którym jest światło. Mnich sadza mnie na podłodze na wzorzystym dywaniku, a sam siada na drugim dywaniku za niziutkim stolikiem. Poza stolikiem oraz łożem stojącym pod ścianą w pokoju nie ma sprzętów. Mnich pyta: – Czha? (to znaczy po tybetańsku herbata, jedno z niewielu słów, które się zdążyłem nauczyć). Kiwam głową i mówię twierdzco: – Czha – więc on idzie do kuchni obok i wraca z herbatą w termosie.

Jest to gurgur czha, ulubiony napój Tybetańczyków, zielona herbata na słono i z masłem. Jeszcze wczoraj taka herbata wydawał mi się nie do przełknięcia, ale po przejściu pustyni jestem tak spragniony, że wydaje mi się ambrozją. Mnich pyta: – Tsampa?

Tym razem nie wiem o co chodzi, więc pokazuje mi szarawy proszek w okrągłym pudełku. Tsampa to jest prażony ,a dopiero potem zmielony jęczmień. Wygląda jak mąka, ale nic się z tego nie wypieka, bo jest już prażony. Jest to podstawowe pożywienie w całym Tybecie, pałacu Dalaj Lamy nie wyłączając. Tylko ja nie mam pojęcie co się z tym robi. Mnich patrząc na moją minę najwyraźniej domyśla się, bo sam mi to przyrządza – miesza z herbatą i odrobiną cukru i ugniata w coś w rodzaju ciasta.

Na ścianie nad łóżkiem mnóstwo przylepionych świętych obrazków. Największy z nich to wyobrażenie jedenastogłowego i tysiącrękiego Avalokiteśvary. Obok wielkie zdjęcie Sakya Trizina, głowy zakonu Sakya-pa, siedzącego w pozycji lotosu w wielkiej czerwono-złotej czapie. Zdjęcie Dalaj Lamy też jest, ale zupełnie malutkie. Potem lama przygotowuje spanie, ale nie w pokoju, tylko na dachu. Wszystkie domy w tej okolicy mają płaskie dachy. Mnich wyciąga jakieś dwa stare materace oraz kilka koców. Kładę się. On jeszcze odmawia jakieś modlitwy. Świeże powietrze, księżyc przesuwający się za chmurami, wszystko to byłoby znakomite, gdyby nie pluskwy w materacu.

Rano budzi mnie słońce wychodzące zza gór Ladakhu. żółto-błękitny wschód słońca, trochę żółto-granatowych chmur. Mnich sprząta legowiska, schodzimy na dół spożyć maślaną herbatkę z tsampą. Potem kładzie na stoliku wielką księgę, otwiera ją i zaczyna śpiewać wykonując przy tym jakieś tajemnicze ruchy rękami, czasem uderzając w dzwonek, zupełnie nie zważając na mnie.

Ja nie bardzo wiem, jak się zachować. Siedzę i milczę, ale chciałbym zobaczyć klasztor, w końcu po to tu przyszedłem. Po dłuższym czasie tego siedzenia i niewiedzenia co robić wstaję i mówię: – Gompa, pokazując, ze chciałbym iść na górę do klasztoru. Mnich na chwilę przerywa, wskazując na górę mówi: Gompa, lama, po czym wraca do swojego śpiewu. Więc mówię: – Tugżecze (to znaczy dziękuję, zdążyłem się tego już nauczyć) i wychodzę.

Idę w górę ku klasztorowi pomiędzy glinianymi domkami mnichów. Nadal jest cichy poranek, tylko z wysoka dobiega śpiew przy akompaniamencie bębna, co jakiś czas również dzwonków, czynelu, rogu. Na klasztornym dziedzińcu żywego ducha, tylko ta dzika muzyka dobiegająca z malutkiego okienka na samym szczycie klasztornych budynków. Wchodzę w otwarte drzwi, za nimi schody na górę, potem znów jakieś otwarte drzwi, dalej jakaś drabinka na górę, kolejne otwarte drzwi, zza następnych otwartych drzwi dobiega ten śpiew i bicie bębna. Przechodzę przez te drzwi, przede mną jeszcze jedne drzwiczki, za nimi widzę już wnętrze kaplicy. Zatrzymuję się.

W kapliczce półmrok. Siedzi tam młody lama i długą pałką rytmicznie wali w wielki bęben wiszący u sufitu, w drugiej ręce trzyma dzwonek i dzwoni nim raz po raz. Cały czas śpiewa coś w rytm bębna, czasem odkłada dzwonek i uderza w wielki czynel albo dmie w muszlę. Hałasu robi za dziesięciu. I to niesamowite wnętrze. Kapliczka maleńka i wypełniona ziarnem, nie widać podłogi, tylko ziarno. Na ziarnie siedzi lama, na ziarnie stoi przed nim stoliczek. W półmroku ledwo widać przedmioty wiszące u sufitu; jakieś prastare szable, jakieś przedziwne maski o wykrzywionych ustach, jakieś wysuszone kocie łby. Wszystko pokryte warstwami kurzu, pewnie wisi w tym samym miejscu od wieków. Naprzeciw mnicha wielka figura Mahakali, czarna i przerażająca, o stu rękach, w każdej ręce inna broń, głowa byka z trojgiem oczu, naszyjnik z ludzkich czaszek...

Lama, nie przerywając bębnienia i śpiewania, zaprasza mnie gestem do wnętrza...

Dodaj komentarz:
Autor:
Wpisz hasło z obrazka: (małymi literami)


REKLAMA
PODCASTY
...zobacz inne podcasty
ARTERIA
...zobacz archiwum Arterii
REKLAMA
ENGLISH PAGE
...zobacz inne artykuły
ANKIETA
Czy wyjeżdźasz na wakacje do Polski?
liczba głosów: 33973
Tak

27209
80%
Nie

6764
20%
...zobacz archiwum ankiet
WYSZUKIWANE TAGI

Polsport |Alimenty Wodzisław | nitonakrętki nierdzewne | mezoterapia mikroigłowa gdańsk | transport węgiel Wodzisław | prasa pozioma
meble na wymiar rybnik | łańcuchy nierdzewne | szkolenia udt sandomierz | lekarz medycyny podróży Żory | stylistka śląsk