KIM JESTEŚMY REDAKCJA MARKETING DYSTRYBUCJA OGŁOSZENIA LISTY DO REDAKCJI KONTAKT 21 listopad 2017
E-WYDANIE
PUBLICYSTYKA
REPORTAŻ
LUDZIE I MIEJSCA
TAKIE CZASY
CZAS PRZESZŁY
CZAS TO PIENIĄDZ
DRUGI BRZEG
CZAS NA WYSPIE
AKTUALNOŚCI
ARTFUL FACE
PAN ZENOBIUSZ
FAWLEY COURT
REWERS
DOBRE, BO POLSKIE
SYLWETKI
LONDYN W SUBIEKTYWIE
OPOWIADANIA LONDYŃSKIE
ROZMOWA
LISTY DO REDAKCJI
KULTURA
RECENZJA
SYLWETKI
ROZMOWA
CO SIĘ DZIEJE
FELIETONY
KRYSTYNA CYWIŃSKA
ANDRZEJ LICHOTA
WACŁAW LEWANDOWSKI
GRZEGORZ MAŁKIEWICZ
V.VALDI
SPORT
AKTUALNOŚCI
RELACJA
ROZMOWA
FELIETON
GALERIA
PODRÓŻE
PO LONDYNIE
PO WYSPIE
POLSKIE DROGI
PO ŚWIECIE
W CZASIE I PRZESTRZENI
CZAS NA RELAKS
ZDROWIE POLECAMY
NA ŁAWECZCE
MANIA GOTOWANIA
KRZYŻÓWKA
KRONIKA ABSURDU
NA KOŃCU JĘZYKA
TO I OWO
ARTERIA
ARTYŚCI
GALERIA
EWA OBROCHTA
BASIA LAUTMAN
BEATA KOZŁOWSKA
WOJCIECH SOBCZYŃSKI
RYSZARD SZYDŁO
PAWEŁ KORDACZKA
MARIA KALETA
MAREK BORYSEWICZ
KRZYSZTOF MALSKI
KONRAD GRABOWSKI
JUSTYNA KABAŁA
IWONA ZAJĄC
ELZBIETA PIEKACZ
ELZBIETA CHOJAK
ELA CIECIERSKA
CAROLINA KHOURI
ANIA PIENIĄŻEK
AGNIESZKA KOWAL
A.HANDZEL-KORDACZKA
ANDRZEJ KRAUZE
ANDRZEJ LICHOTA
DAMIAN CHROBAK
GRZEGORZ LEPIARZ
SŁAWEK BLATTON
ANDRZEJ MARIA BORKOWSKI
PAWEŁ WĄSEK
MARCIN DUDEK
JOANNA SZWEJ-HAWKIN
DANUTA SOŁOWIEJ
TOMASZ STANDO
AGNIESZKA STANDO
OLGA SIEŃKO
FOTOREPORTAŻ
AGATA HAMILTON
JOANNA CIECHANOWSKA




Wyspa - odcinek 02
2010.10.20 / JACEK OZAIST
TAGI: Powieść WYSPA
Share |
W kraju krążą legendy o Polakach spacerujących po Londynie od pubu do pubu, od sklepu do sklepu, żegnanych życzliwym uśmiechem albo kartką: No job vacancies. Ale chwilowo nie mam lepszego pomysłu.
Więc idę. Wyobrażam sobie, że wędruję po górach. Każdy pub to jakby ostatni pagórek, za którym kryje się szczyt. Wspinam się na niego i dopiero wtedy wychodzi na jaw, że droga jeszcze daleka. Nie wchodzę do żadnego. Szukam tylko takich, z wywieszonym na drzwiach zaproszeniem. Wstyd przyznać, ale trochę się boję, a może krępuję. No bo jak tak wejść, jak akwizytor z ulicy, między tych wszystkich uśmiechniętych, zadowolonych z życia ludzi i nic nie zamówić, tylko pytać o pracę?
Idę bez sensu. Nawet nie do Pałacu Buckingham czy w stronę Soho, gdzie podobno knajp jest najwięcej, tylko od Victorii w stronę South Kensington. Kupiłem słynną „azetkę”, czyli podręczną mapę miasta, więc na pewno się nie zgubię. Gorzej, że idę po próżnicy. Widać mam w nogach to, czego nie mam w głowie albo nie mam w głowie tego, co mam w nogach. Sam nie wiem. Idę, bo ruch to życie, to nadzieja, to zmierzanie dokądś i rozkosz zgadywania, co znajduje się za zakrętem. Zresztą zawsze lubiłem długie spacery.
Nie znam Londynu i on nie zna mnie. Obaj tego nie potrzebujemy. Jestem dla niego za mały, on dla mnie zbyt ogromny. On tu jest od zawsze, ja od kilku godzin. Nie ma mowy, bym nagiął go do siebie – musi być tak, jak on zechce. Zatem, Mistrzu, daj mi lekcję życia, kopnij mnie w tyłek albo przytul do serca.
Idę. Wszystko wokół mnie drga i pulsuje. Ma swój skomplikowany rytm wyrażony wielokrotnie złożoną strukturą kroków, gestów, słów i dźwięków. Tylko ja w tym całym zamieszaniu nie wiem dokąd zmierzam.
Nie wiadomo czemu, wspominam starego kumpla, który w trakcie zaocznych studiów na politechnice biegał po dziesięciopiętrowych blokach, wieszając ulotki supermarketów na klamce każdych drzwi. Szydziłem z niego, że straci nogi, zanim odzyska głowę. Dziś pracuje w biurze projektowym, a ja zaczynam wszystko od nowa. W Londynie. Inny kumpel zajmował się handlem wszystkim i niczym. Namiętnie sprzedawał reklamy, wpisy do baz biznesu, zegarki, poradniki… Słyszałem, że dostał w końcu kredyt na mieszkanie, kupił samochód, założył rodzinę. A ja?
Zawsze wzbraniałem się przed roznoszeniem ulotek, teraz wziąłbym w ciemno kilka tysięcy i bez problemu rozniósł. Nigdy nie chciałem być akwizytorem, tutaj chętnie pobiegałbym z jakimś szajsem za pół darmo. W końcu i tak idę. Przewrotność losu poprawia mi humor. Z każdym krokiem droga obdziera mnie z resztek manieryzmów i przyzwyczajeń. Powoli staję się człowiekiem niezależnym od tradycji, etosu, zahamowań i reakcji normalnych w kraju ojczystym, lecz poza nim nie mających większego znaczenia.
Czuję, że już niedługo dam rady wejść do któregoś pubu, spuścić głowę i wydukać, że szukam roboty. Ale tak nie można. Słyszałem, że wedle niespisanego podręcznika zachowań emigranta w Londynie, o pracę należy pytać z rumieńcem zadowolenia z życia, beztroskim uśmieszkiem i absolutnym przekonaniem o swojej wartości. Na to chyba nie jestem jeszcze gotowy.
I nagle, co widzę??? Piękny napisik na szybie Irish Pubu: Staff wanted! Doznałem takiej ulgi, że zebrało mi się na żarty. Żeby tak poeta Leopold wiedział, jak go tu potrzeba – pomyślałem radośnie. – A może inaczej? Może ktoś tu potrzebuje kwasa? Lubię żartować z języka polskiego. Pewnie któregoś dnia zrobię to samo z angielskim. Przystaję i udaję, że czytam menu umieszczone w stosownej skrzyneczce. Ktoś mnie trąca, przeprasza krótko i znika w środku. Tyle wystarcza, bym odszedł.
Przystaję po chwili i mam ochotę dać sobie w gębę. Chłopie, weź się w garść! – mruczę pod nosem i nieśmiało wracam pod drzwi. Jest ich chyba ze sześć, bo to naprawdę duży pub. Mogę wybierać. Problem jednak w tym, że bardzo nie chcę. Gdyby były jedne, wszystko byłoby łatwiejsze. Sto razy powtarzam, co mam powiedzieć. W końcu zaciskam pięści i z szerokim uśmiechem wkraczam w pomroczne, zadymione, przepełnione muzyką wnętrze.
Podchodzę chwiejnie do baru i mówię gościowi od nalewania piwa, że jestem wykwalifikowanym kelnerem i chętnie obsłużę paru tutejszych bywalców. Niezbyt rozumie, bo muzyka wszystko zagłusza, ale po chwili mruczy, że zawoła menedżerkę. Ja, gut, fantastishe – jak mawiają niezbyt ładne panie na niemieckich pornosach. Czekam.
Po chwili zjawia się pulchna dziewczyna i z daleka taksuje mnie spojrzeniem kupca niewolników. Szczerzę swoje nieco pożółkłe uzębienie i mam ochotę dla niej zatańczyć na jednej nodze. Na szczęście nie trzeba. Pyta, jak mój angielski. Szczerze odpowiadam, że spikam całkiem do rzeczy, ale ze słuchaniem czasem jest problem, bo za dużo naoglądałem się amerykańskich filmów i lepiej rozumiem American English niż British.
Błąd! Jasna cholera! Szybko dodaję, że mam IQ 160 i łatwo się uczę, jednak czuję, że zmarnowałem szansę. Pulchna kiwa głową i pyta, jak długo chcę zostać albo (psia krew!)… jak długo jestem w Londynie. Nie zrozumiałem i teraz szybko losuję odpowiedź. W końcu stawiam na wersję drugą i przyznaję bez bicia, że dopiero przyjechałem. BŁĄD!!! Natychmiast przypominam sobie słowa Uli, że każdemu należy ściemniać, że się jest w Londynie z pół roku i pracowało się w knajpie na drugim końcu miasta, ale szef był niewypłacalny i szuka się nowej roboty.
Pulchna kiwa głową i nagle przestaje być taka niby miła. Mówi, żebym zostawił CV. Ale przecież nie zaprosiła mnie na zaplecze, tylko kazała przekrzykiwać muzykę i udawała, że słucha. Nie dostałem żadnej ankiety do wypełnienia! Już wszystko rozumiem. To nie jest profesjonalny nabór do pracy, tylko próba spławienia mnie.
Kiwam smętnie głową i wracam na ulicę. Nie trzeba im poety Leopolda ani kwasu, tylko kelnera i pomywacza podłóg. Mopman też człowiek, a drobne, jakie zarabia, też pieniądze.
I znów ten ruch, to mrowienie, pulsowanie, nieskończona podróż cząsteczek po milionach trajektorii. Jestem jedną z nich, tylko uwolnioną, tragicznie rozminiętą z kierunkiem i miejscem przeznaczenia.
Postanawiam skończyć na dziś szukanie pracy i zrobić sobie zwykły spacer. Usiąść gdzieś i spokojnie pomyśleć.
Kiedy tracę Irish Pub z zasięgu wzroku, odzywa się moja polska natura. Wyjmuję z plecaczka jedno z czterech przywiezionych ze sobą piw i pstrykam puszeczką. Po paru łykach przychodzi chwilowe odprężenie i wcale nie czuję zmęczenia.
O, jest jakiś ładny park. Mijam furtkę i wkraczam w zupełnie inny świat. Tu panuje przyjemny bezruch. Siadam pod jakimś drzewem. Noc łagodnie spowija Londyn, zaczyna drzemać każdy liść, źdźbło trawy, mrówka. Słychać ciągle jak krążą ludzie i samochody. W parku jest cicho, to enklawa, ale miasto nie budzi się i nie zasypia. Kraków, mimo wszystko, zamiera po trzeciej nad ranem, a od piątej widać jedynie niewyspanych panów od sprzątania ulic.
Jarek pracuje do ostatniego gościa, więc nie mam się dokąd spieszyć. Popijam lekko już ciepławe piwko z krakowiaczkiem na opakowaniu i poznaję chłód obcej ziemi. Nie opieram mu się. Zrazu delikatnie, potem coraz bardziej agresywnie atakuje każdą tkankę mojego ciała, które reaguje lawiną dreszczy. Na kilka krótkich chwil staję się bezdomnym, skazanym na łaskę pogody. Alkohol dociera do mózgu, lecz zamiast wyzwolenia stosownych endorfin, przywraca i potęguje poczucie totalnego zmęczenia. Nie ten etap. Jeśli picie piwka ma być przyjemnością, musi się odbywać w odpowiednich warunkach. Picie po wysiłku wzmaga senność i dobrze, gdy człowiek ma łóżko w zasięgu wzroku. Ja, w parku, gdzieś pośrodku Londynu, takiego komfortu nie mam. Ziewam głośno.
Przez mgłę zmęczenia widzę zatroskaną twarz Anety, która wygląda jak frasobliwa Madonna z ikony prymitywisty. Kręci głową, nie kryjąc dezaprobaty.
– Już skończyłeś szukać pracy?
– Oj, Aniu. Nie spałem dwa dni. Żarcie mi staje w gardle. Ale to minie.
– Dobrze, jak uważasz.
I tyle. Cała ona. Nie dopuszcza do starcia argumentów, tylko zostawia mnie z kwestią, abym nie zaznał spokoju.
Aneta znika. Dziwny ekran nocy znów zasnuwa ciemność. Wtedy z głębi mroku wypełzają ku mnie wyrzuty sumienia. A może za szybko odpuściłem? Przecież tych knajp jest tysiące. Czy ja jestem leniwy? Wysilam ospały mózg, by dał mi jasną, sprecyzowaną odpowiedź. Nie potrafi. W swoim krótkim w sumie życiu sporo jednak zrobiłem. Policzmy dla rozgrzewki ostatnie dziesięć lat – tak uczciwie, jak w pierwszym napisanym przeze mnie CV, które trzymam w plecaczku. 10 lat to 120 miesięcy, 520 tygodni. Odejmując weekendy daje to z grubsza jakieś 3500 dni roboczych. No to lecimy. Kopanie rowów, praca w administracji, urzędowanie za biurkiem, dziennikarstwo, szeroko pojęta budowlanka, ogrodnictwo, przedstawicielstwo handlowe w kilkunastu odmianach, PR, malowanie, spawanie, zbijanie europalet, handel, rolnictwo, wykłady dla seminarzystów, organizowanie targów, imprez, bankietów…. ee, dość tego. Gdybym to wszystko napisał w CV, zajęłoby z 15 stron.
Jutro, Anetko. Jutro wystartuję znowu. Wyśpię się, ogolę gębę, wyprasuję świeżą koszulę i pójdę w miasto. A ty rób swoje. Ciułaj na koszty obsługi kredytu i wypatruj naszego ślicznego domku. Może już gdzieś jest, a może dopiero powstanie. Jeszcze dwa, trzy lata i będzie nasz.

Komentarze:
ant (18.03.2011) Zacznij publikowac po angielsku oszczerstwa co wypisujesz, zobaczymy jak odwazny bedziesz.

Dodaj komentarz:
Autor:
Wpisz hasło z obrazka: (małymi literami)


REKLAMA
PODCASTY
...zobacz inne podcasty
ARTERIA
...zobacz archiwum Arterii
REKLAMA
ENGLISH PAGE
...zobacz inne artykuły
ANKIETA
Czy wyjeżdźasz na wakacje do Polski?
liczba głosów: 24962
Tak

20799
83%
Nie

4163
17%
...zobacz archiwum ankiet
WYSZUKIWANE TAGI

Polsport |usługi kamieniarskie wodzisław | łańcuchy nierdzewne | opieka osób starszych Wodzisław Śląski | Immunolog śląsk | suplementy diety produkcja witaminy
Zespół muzyczny Kędzierzyn Koźle | łańcuchy nierdzewne | fizykoterapia Wodzisław Śląski | szczepienia dla pracowników Jastrzębie Zdrój | wizerunek w biznesie śląsk