KIM JESTEŚMY REDAKCJA MARKETING DYSTRYBUCJA OGŁOSZENIA LISTY DO REDAKCJI KONTAKT 20 lipiec 2018
E-WYDANIE
PUBLICYSTYKA
REPORTAŻ
LUDZIE I MIEJSCA
TAKIE CZASY
CZAS PRZESZŁY
CZAS TO PIENIĄDZ
DRUGI BRZEG
CZAS NA WYSPIE
AKTUALNOŚCI
ARTFUL FACE
PAN ZENOBIUSZ
FAWLEY COURT
REWERS
DOBRE, BO POLSKIE
SYLWETKI
LONDYN W SUBIEKTYWIE
OPOWIADANIA LONDYŃSKIE
ROZMOWA
LISTY DO REDAKCJI
KULTURA
RECENZJA
SYLWETKI
ROZMOWA
CO SIĘ DZIEJE
FELIETONY
KRYSTYNA CYWIŃSKA
ANDRZEJ LICHOTA
WACŁAW LEWANDOWSKI
GRZEGORZ MAŁKIEWICZ
V.VALDI
SPORT
AKTUALNOŚCI
RELACJA
ROZMOWA
FELIETON
GALERIA
PODRÓŻE
PO LONDYNIE
PO WYSPIE
POLSKIE DROGI
PO ŚWIECIE
W CZASIE I PRZESTRZENI
CZAS NA RELAKS
ZDROWIE POLECAMY
NA ŁAWECZCE
MANIA GOTOWANIA
KRZYŻÓWKA
KRONIKA ABSURDU
NA KOŃCU JĘZYKA
TO I OWO
ARTERIA
ARTYŚCI
GALERIA
EWA OBROCHTA
BASIA LAUTMAN
BEATA KOZŁOWSKA
WOJCIECH SOBCZYŃSKI
RYSZARD SZYDŁO
PAWEŁ KORDACZKA
MARIA KALETA
MAREK BORYSEWICZ
KRZYSZTOF MALSKI
KONRAD GRABOWSKI
JUSTYNA KABAŁA
IWONA ZAJĄC
ELZBIETA PIEKACZ
ELZBIETA CHOJAK
ELA CIECIERSKA
CAROLINA KHOURI
ANIA PIENIĄŻEK
AGNIESZKA KOWAL
A.HANDZEL-KORDACZKA
ANDRZEJ KRAUZE
ANDRZEJ LICHOTA
DAMIAN CHROBAK
GRZEGORZ LEPIARZ
SŁAWEK BLATTON
ANDRZEJ MARIA BORKOWSKI
PAWEŁ WĄSEK
MARCIN DUDEK
JOANNA SZWEJ-HAWKIN
DANUTA SOŁOWIEJ
TOMASZ STANDO
AGNIESZKA STANDO
OLGA SIEŃKO
FOTOREPORTAŻ
AGATA HAMILTON
JOANNA CIECHANOWSKA




Wyspa - odcinek 16
2010.10.20 / JACEK OZAIST
TAGI: Powieść WYSPA
Share |
Po powrocie do domu jestem wyciszony, jak już dawno nie byłem. Z okładki porzuconej przez kogoś gazety patrzy na mnie ładna buzia Karoliny, która zginęła 7 lipca. Skupiony na własnej niedoli zapomniałem o zamachach, ofiarach, cierpieniu. Wciąż nie podano dokładnej liczby zabitych, ale z dotychczasowych raportów wynika, że może być ich kilkadziesiąt. Jedna ze stacji metra jest nieczynna do dziś. Specjalne ekipy nadal poszukują szczątków, a Piccadily Line jeździ tylko z Heatrow do Hyde Park Corner i z powrotem.
Skończyłem wreszcie „Zaułek łgarza” i przyznam szczerze, że ledwie kilka razy udało się komuś mną tak potwornie wstrząsnąć. Nie zdradzę o co chodzi. Tę podróż każdy czytelnik musi odbyć sam, lecz z powodu wolty, jakiej dokonał Wilson, przez jakiś czas z obawą zerkam na jego kolejną książkę pod tytułem „Ulica marzycieli”. Boję się kolejnej pułapki.
Jerry z Malwiną kręcą się po kuchni, trzaskają garnkami, chichoczą. Jerry beka straszliwie.
– Nie warcz na swoich! – upomina go dziewczyna i oboje wyją ze śmiechu.
Cieszę się ich szczęściem. Wychodzę z mojej nory, żeby im się przyjrzeć. Nie widzą mnie. On siedzi na sofie i popija piwo, ona kręci się przy kuchni. Rozmawiają o małżeństwie, dzieciach, wspólnym życiu. Po paru dniach znajomości! Czy to możliwe, aby dwoje ludzi dobrało się w tak krótkim czasie i jeszcze zyskało absolutną pewność, że chcą ze sobą być na wieki? Nie odpowiadam sobie na to pytanie, nie chcąc psuć nastroju chwili.
– Cześć, Jacenty! – woła jowialnie Jerry – Chodź na browar. Co u ciebie?
– Rozniosłem trochę własnych ulotek. Może coś z tego będzie. A u was?
– Ja od dwóch tygodni nie puściłem żadnego flata. Malwa na razie nie pracuje, bo jej zabroniłem. Muszę się nią nacieszyć.
– Co z Catherine?
– Ode mnie też nie obiera. Może gdzieś wyjechała. Spokojnie, wszystko się wyjaśni. Jutro spróbuję zadzwonić znowu.
Rano budzi mnie telefon. Zaspany próbuję zrozumieć co ta kobieta do mnie mówi. Ma do zrobienia coś wewnątrz domu i cały ogród. Natychmiast odzyskuję przytomność umysłu. Umawiamy się za godzinę na tzw. estimate – obejrzenie roboty i wycenę.
Tego dnia smakują mi nawet grzanki. Nie dopijam kawy i lecę do Susan.
Okazuje się czarnoskórą prawniczką, która mimo urodzenia piątki dzieci zachowała całkiem zgrabną figurę. Przede wszystkim trzeba zamontować w przedpokoju półki, żeby mogła trzymać swoje prawnicze książki i zdjęcia dzieci. Następnie mam poprawić fugi na płytkach w łazience, wyczyścić mur, który upaprali malarze, naprawić wannę, pomalować na nowo biuro i jeszcze tyle rzeczy, że połowę zapomniałem.
Po południu odbieram trzy następne telefony. Emma jest w ciąży i chwilowo nie może zajmować się ogrodem samodzielnie, ma też pomyśleć o myciu okien, Linda chce, żeby przyciąć jej krzewy, a Mrs Abed ma trawnik do przystrzyżenia. Wszystkie spotkania ustalam na jutro. Jestem tak niesamowicie pobudzony i szczęśliwy, że nie mogę zasnąć.
Pracuję przez cały tydzień, biegając z wywieszonym językiem między ogrodami moich nowych, tak nieoczekiwanie zdobytych klientów. U Susan na początku jest śmiesznie. Wydaje mi się, że ona ze mnie kpi, każąc mi przybić parę gwoździ i powiesić jakieś tandetne obrazki. Mam wrażenie, że za chwilę wyskoczy zza drzwi gromada klownów, krzycząc: żartowaliśmy!!! Ale nie, Susan z pełną powagą instruuje mnie, gdzie ma co wisieć i jest bardzo szczęśliwa, kiedy widzi efekt końcowy. Wtedy dociera do mnie, że oni naprawdę nie umieją nic zrobić i cała ta sprawa jest na poważnie. Good for you – mówię sobie i z ochotą wykonuję najbardziej śmieszne zadania, jak dokręcenie deski klozetowej, umocowanie półeczki na szczoteczki do zębów, wkręcenie żarówki.
U Lindy od razu dostaję najtrudniejsze zadanie. Mam zrobić kopułki z krzewów, które strasznie zarosły. Ona czeka z uśmiechem aż zacznę, a mnie z przerażenia trzęsą się nogi. W końcu mówi, że przyniesie coś do picia. Raz kozie… Pierwszy krzew niezbyt mi wyszedł, ale przynajmniej przyzwyczaiłem ręce do posługiwania się nożycami. Drugi całkiem przypomina kulę, a trzeci jest już doskonale okrągły. Z satysfakcją myślę, że z głupia frant przybyła mi nowa, jakże przydatna umiejętność. Reszta zadań była już w moim zasięgu. Łopatą posługuję się równie dobrze, jak piórem, więc szybko zryłem grządki i wysypałem na nie specjalną, kupowaną w workach ściółkę leśną.
Mrs Abed, starej Greczynce chodzi przede wszystkim o przystrzyżenie trawy, a ja nie mam nawet sekatora, o kosiarce już nie mówiąc.
– Mój kolega pani przytnie trawkę, tylko on bierze więcej – sonduję ostrożnie, myśląc o Archiem.
– Nie dam więcej – skrzeczy starsza pani – Co z ciebie za ogrodnik, że kosiarki nie masz?
– Mam, tylko zepsutą – kłamię z wrodzoną łatwością.
– A kiedy naprawisz?
– Za dwa, trzy dni.
– To poczekam, ale nie dłużej, bo mi trawnik zmarnieje.
Chrzanić to na razie, grunt, że wyszedłem z twarzą. Z ulgą biegnę do Emmy. Znów krzaczki do przycięcia, trochę chwastów, zamiatanie. Dzień roboczy mija jak z bicza strzelił, a ja mam 70 funtów w kieszeni. Wszyscy zapłacili mi gotówką, dostałem kilka niezłych napiwków. I po co mi jakaś popieprzona Catherine z jej dniówką za 50 funtów, której i tak nie dostałem?
– Angielki??? – dziwi się Archie, kiedy spotykamy się z palarni przed moimi drzwiami – Dałbym sobie głowę uciąć, że to oferta a’la Hindi/Bengali!
– Widać trafiłem na oszczędnych – wzruszam ramionami – Dzięki, stary.
– Teraz to ci nawet trochę zazdroszczę. Ledwo wrzuciłeś, a już tyle telefonów.
– Głupie szczęście…
W sieni pojawia się Ray. Trzyma w obu dłoniach wielkie torby. Patrzę zdziwiony, jak powoli toczy się po schodach i znika bez słowa.
– Wyprowadza się – tłumaczy Archie – Jest w szoku. Wszystkie pieniądze posyłał synowi, a teraz musi wynająć pokój na legalu.
Wzdycham ciężko. Widmo opuszczenia squatu powraca ze zdwojoną siłą. Ciągle mam tak, że albo szczęście w nieszczęściu, albo odwrotnie.
– Słyszałem, że zwykle dają tydzień na opuszczenie domu. Nie wiem po co ten Ray się tak spieszy – Archie pyka z fajki, mrużąc oczy – Żyjemy w cywilizowanym kraju. Skoro pozwalają zajmować squaty, to muszą mieć opracowaną procedurę ich opróżniania. Podobno istnieje nawet organizacja zajmująca się prawami squatersów. W razie czego zwrócimy się do nich o pomoc.
– Obyś miał rację.
Wieczorem sięgam po kolejną książkę Wilsona. Jakie piękne rozczarowanie! „Ulica marzycieli” jest inna, potoczysta, świeża, zabawna, błyskotliwa. Już po pierwszych kilkunastu stronach wiem, że to jedna z książek mojego życia, że powinna liczyć 10 000 stron albo nigdy się nie kończyć. Facet trafia do przekonania. Fabuła cieszy, bohaterowie są bliscy, tragiczny Belfast staje się miastem prawie znajomym. Zastanawiam się, co pocznę, kiedy już tę książkę przeczytam.
Czytam do późnej nocy. Nie mogę przerwać. Mija godzina za godziną, a ja raz chichoczę kretyńsko, raz nie posiadam się ze zgrozy. Humor, ironia, tragedia – wszystko miesza się inteligentnie i przewrotnie w tym arcypysznym, irlandzkim koktajlu.
Później jednak Wilson znów wycina mi paskudny numer. Kilkanaście stron poświęca na detaliczne opisy masakry w małym sklepiku w Belfaście, jaka nastąpiła po wybuchu bomby. Przedstawia ofiary, ich wcześniejsze życie, a potem dodaje co się z nimi stało w wyniku eksplozji. I mało tego. Następnie zajmuje się wyczerpującym opisem reakcji mieszkańców miasta. Konkluzja? Żadna ze stron – ani bojówki protestantów, ani katolików – nie ucierpiała w wyniku ciągłych zamachów. Jedynymi ofiarami wciąż byli zwykli ludzie.
Rano obudził mnie dzwonek u drzwi. Ktoś zszedł na dół i długo nie wracał. Leżąc w łóżku, rozmyślałem, kto mógł dzwonić. Może kurier, może listonosz, może ktoś z sąsiedniego squata…
Niespodziewanie ktoś zadudnił w moje drzwi, aż podskoczyłem.
- Co kur…!
Archie dygoczącą ręką wręczył mi kawałek papieru. Nie musiałem patrzeć, żeby wiedzieć co to jest.
– Dali nam jeden dzień…
– CO???!!!
– Czarno na białym napisano, że mamy opuścić dom nazajutrz do 9.30 rano.
– Przecież miał być tydzień! – jęczę zdruzgotany.
– Widać procedury się zmieniły. Nie było nas w sądzie.
Rozchodzimy się bez słowa. Namiastka wspólnoty jaką utworzyliśmy pryska w jednej chwili. Teraz każdy jest desperatem, który szuka dla siebie najlepszego wyjścia z sytuacji. Londyn nas złączył, Londyn rozdzieli.
Nikt nie poszedł do pracy. Od rana trwa gorączkowe pakowanie manatków, ukrywanie co większych i wartościowych przedmiotów w Dark Roomie, gdzie na koniec mamy przysypać to wszystko starymi deskami, tworząc sztuczną górę śmieci. A gdy wrócimy, ułożyć cały ten majdan po staremu.
Jerry wstaje ostatni, a na niego właśnie czekam. Chcę go poprosić o pomoc w rozmowach z potencjalnymi landlordami, jednak nie jest to proste. Nerwowo obgryzam paznokcie, gdy bierze z Malwiną wspólny prysznic. Jest tak absurdalnie zakochany, że słabo zdaje sobie sprawę z tego co się dzieje. Oboje przeprowadzają się do znajomego na Ruislip, więc największe zmartwienie mają z głowy.
Zresztą jak każdy, oprócz mnie. Ray od paru dni mieszka gdzieś w okolicach Harlesden, Waldek przeprowadza się na jakiś czas do kolegów z pracy, a Archie z Magdą na pobliski squat. Tylko ja, samotnik, z najkrótszym stażem w Londynie, nie mam gdzie się podziać. W końcu nie wytrzymuję nerwowo i zaczynam zakładać ciuchy, żeby iść pod którąś ze „ścian płaczu” z ogłoszeniami.
Na schodach stoi Jerry z kubkiem parującej kawy w ręce.
- Pomóc ci w czymś? – pyta, wkurzając mnie do reszty.
- Przydałaby się pomoc w szukaniu pokoju, ale jesteś tak zajęty…
- Bo to, stary, jest miłość.
- Znalazłem kilka ogłoszeń. Acton, Ealing, Perivale, Alperton, Brentford.
- Pokaż – popijając kawę, przegląda zakreślone przeze mnie oferty – Dla pracujących, dla niepalących, dla pary… O, to może być.
- Przecież trochę pracuję, a palić mogę poza domem.
- Będzie potrzebne zaświadczenie z pracy. A z fajkami racja. Ten Acton podoba mi się najbardziej. Niedaleko stąd, 70 funtów z rachunkami. – bierze ode mnie telefon i rozmawia z kimś chwilę – Nieaktualne. Chodź do nas. Nie będziemy dzwonić na schodach.
Malwina posyła mi szybki uśmiech i wraca do pakowania rzeczy do wielkiej walizki na kółkach, z którą przybyła tu niedawno. Po paru łykach kawy Jerry dochodzi do formy. Mówi płynnie, pyta o różne szczegóły, jak wysokość depozytu, dostęp do kuchni i łazienki. Po paru telefonach patrzy na mnie bezradnie.
- Wszyscy życzą sobie czterotygodniowy depozyt. To jest, lekko licząc, 280 funtów plus czynsz z góry.
Mam tyle, ale wiem, że moja psychika słabo zniesie utratę 350 funtów.
- Zagadaj o dwutygodniowy. Przecież mogę załatwić referencje o kilku klientów. Nie jestem anonimowy.
- Jesteś – mówi zmartwiony – Nie masz konta, nie masz legalnej pracy. Teoretycznie nie istniejesz. Chyba będziesz musiał poszukać wśród Polaków. Na dwutygodniowy nie zdecyduje się nawet narkoman w ciągu.
- Nie wiem czy chcę z Polakami.
- Jest tu jeszcze coś, ale to Hounslow.
Coś mi świta. To gdzieś po drodze na Heathrow. Nie zastanawiam się wiele.
- Dzwoń!
Drżącą dłonią zapalam papierosa. Jerry patrzy na mnie bezradnie i odkłada telefon.
- Przejdź się obejrzeć ogłoszenia. Potem spróbujemy jeszcze raz.
Widząc moją minę zbitego psa, bezradnie rozkłada ręce. Bąkam ciche podziękowanie i idę na Ealing Broadway. Jest środek lata, ogłoszeń jak na lekarstwo, a do tego większość z nich to same fantastyczne oferty do szybkiego zapomnienia. Dwa razy próbuję dodzwonić się i zapytać o pokój, lecz nikt nie odbiera. Ogłoszenia wiszą z reguły przez tydzień. Prawdopodobnie te są już nieaktualne, choć jeszcze przez parę dni będą robić złudzenia potrzebującym.
Wracam markotnie. Gapię się pod nogi, mając nadzieję na dziesięciofuntową poprawę nastroju, ale nic z tego. Nagle dzwoni telefon.
- Słucham?
Po akcencie poznaję Hindusa. Mówi szybko, nieskładnie i niewiele z tego rozumiem. Przerywam mu i proszę o chwilę cierpliwości, bo zaraz oddzwonię. Rzucam się biegiem. Na schodach potykam się i rozkładam jak długi. Bagatelizuję to. Przyjdzie jeszcze czas na masowanie kolana.
- Jerry! Dzwoń!
Skwapliwie bierze ode mnie telefon. Coś zapisuje, potem uśmiecha się do mnie szeroko.
- Hounslow Central. 5 minut od stacji metra. Zgodził się na trzytygodniowy depozyt. Za dwie godziny masz tam spotkanie. Tu jest adres. Sprawdź w azetce.
Bobby, dziwnie miły, hinduski jegomość z nieco przerośniętym brzuszkiem podaje mi pulchną, nie skalaną pracą dłoń i długo patrzy w oczy. Pyta gdzie pracuję, co robię, jak długo zamierzam zostać. Kiedy dowiaduje się, że dłubię w ogrodach i maluję, uśmiecha się szeroko, proponując mi pomalowanie kilku domów i zadbanie o ogrody. Nie do końca mu wierzę. Chyba przez to, że ciągle poklepuje mnie po ramieniu i próbuje być sympatyczniejszy niż ustawy od Gangesu po Tamizę przewidują. Nadużywa przy tym określeń typu: good man, my friend, bless you. W Polsce na opinię dobrego człowieka trzeba pracować bardzo długo, a i tak w końcu ktoś to zakwestionuje, przyjaciół ma się niewielu, czasem jednego, częściej żadnego, błogosławi cię głównie ksiądz i to z reguły tylko podczas nabożeństw. W Hounslow mam to wszystko w jednym i wcale mi się nie podoba.
Pokój jak pokój. Ma cztery ściany, szafę i łóżko, na podłodze wykładzinę w oknie zasłonę. Mówię, że super, żeby nie ranić uczuć gospodarza. Bobby wystawia mi pokwitowanie za depozyt i czynsz oraz podsuwa do podpisu cztery egzemplarze umowy. Ciągle sypie pustymi frazesami, aż zęby bolą.
Na squacie trwa nerwowa bieganina. Archie i Waldek wciąż znoszą meble do Dark Roomu. Zabawna rzecz, wreszcie zobaczyłem faceta. Rozbiegane oczy za taflą grubych okularów prześlizgnęły się po mnie zdawkowo, blady uśmiech na żółtawej twarzy był niespecjalnie szczery.
Oni dwaj mają najwięcej do stracenia. Cały ich majątek, całe życie od ponad roku znajduje się właśnie tu.
Włączone są już jedynie prąd i woda. Magda polewa Żubrówkę i Teachersa, Jerry i Malwina siedzą na ostatniej, nie wyniesionej jeszcze sofie, i sączą drinki.
- Co podać? – pyta Magda.
- Whisky poproszę.
Dostaję Teachersa z colą i sadowię się na parapecie okna. W duchu chwalę pomysł z alkoholem. W stanie umiarkowanej nieważkości łatwiej będzie nam znieść to wszystko. Wypijam dwa drinki i włączam się do roboty. Znoszę te rzeczy, które jestem w stanie unieść sam. Na dole ładujemy to na wózki i wieziemy na drugi squat.
Z zazdrością patrzymy jak dobrze żyje się naszym znajomym. Nie grozi im żadna eksmisja, mają nawet ładny ogródek, ławeczkę i grill. Od strony ulicy dom wygląda na opuszczony, lecz gdy się wejdzie między krzewy i pójdzie wąską ścieżką, odnajduje się zupełnie inną rzeczywistość.
- Tym to się żyje – jęczy Jerry.
- Jaka piękna trawa – dołącza się Archie – Nie mamy szczęścia, chłopaki.
W drodze powrotnej Jerry mruga do mnie, pokazując sklep na rogu.
- Stary, ja dziś straciłem tyle pieniędzy, że…
Przerywam w połowie zdania, bo dociera do mnie, że to ostatni taki wieczór.
- A, chodź!
Archie odmawia. Tłumaczy, że dopóki sprawy porządkowe nie są skończone, więc musi zachować czysty umysł. Wierzę mu, bo z reguły po drugim piwie osiąga stan, który ja mam po szóstym, a Jerry pewnie po dziesiątym.
Wypijamy pod sklepem po Żywcu, resztę bierzemy ze sobą. Powłóczymy nogami, już nie ma się dokąd spieszyć.
- Jak tu spać? No powiedz, dasz radę? – pyta z goryczą Jerry.
- Mowy nie ma. Czułem się tu lepiej niż w Krakowie – odpowiadam ze smutkiem – Aż pewnego dnia przyszedł smętny pan w czerni, zapukał i zapytał o mnie. Panie Jacku, co się z panem dzieje? Szukamy, pytamy. Brakowało pana w rejestrze, ale już wszystko w porządku.
- Kto to był?
- Urzędnik z Biura Ludzi Zaginionych należącego do Departamentu Ciągłego Braku Szczęścia.
Jerry wybucha krótkim śmiechem.
- A pytał o mnie?
Kiwam lekką już głową.
- Pewnie. A Jerry jest? Jest – mówię – ale zakochał się i poszedł na randkę. Niedobrze – facet jest zmartwiony, potem macha ręką: Pan mu przekaże, że byłem i pytałem o niego. Tak czy owak dobrze by było, żeby panowie wrócili do kraju, gdzie ich miejsce. Wybory tuż tuż, mnóstwo ciekawych spotkań z politykami, którzy mogą coś zmienić.
Jerry klepie się po brzuchu. Patrzy na mnie jakoś tak czule, że robi mi się głupio. Potem zagarnia mnie ramionami i wbija w swój pokaźny brzuch.
- Ty naprawdę wymyślasz historie.
- Raczej kradnę życiorysy. Wrzucam je do kotła i chochlą wybieram co lepsze kęsy. Twój też jest smakowity.
- Fajnie, że cię poznałem. Musimy tu szybko wrócić albo przynajmniej wynająć razem mieszkanie. Studio flat albo one bedroom.
- Byłoby super…
Pospijaliśmy się, jak mopsy. Mam wrażenie, że wcale nie spałem.
Jest szósta. Za trzy i pół godziny deadline. Autentyczny koniec pewnego rozdziału. Początek nowej pustki.
Z trudem przełykam niewielkie śniadanie. Powoli schodzą się wszyscy – markotni, niewyspani, przerażeni, że to naprawdę kres naszych dni na squacie. Archie odłącza kolejno prąd, później wodę. Patrzymy na siebie żałośnie. Ja z wdzięcznością, że złagodził mi trudy emigracji, on z żalem, że nic więcej nie może zrobić. Ściskam go serdecznie, głaskam nic nie rozumiejącego kota i idę po raz ostatni do siebie. Tam ból dokucza mi najbardziej. Spędziłem w tym pokoju dwa spokojne miesiące, moje blizny zasklepiły się, typowo polskie lęki i stresy przepadły. Okres inkubacji dobiegł końca. Nadchodził czas samodzielności.
- Chłopie, pomóż – prosi Jerry – Ja sam nie dam z tym wszystkim rady. Pomóż nam, potem pojedziemy z twoimi.
- Świetny pomysł!
Nigdzie się nie spieszę, a to dobra okazja, żeby jeszcze trochę pobyć razem. Tachamy walizy do metra, cała trójka sapie i zalewa się alkoholowym potem. Po wyjściu z metra Jerry wymiotuje na trawnik.
- Wybaczcie – stęka – Za bardzo się przejąłem.
- Ty mój wrażliwku! – Malwina tuli go i głaszcze po głowie.
Bierzemy bety i człapiemy w górę ulicy.

Dodaj komentarz:
Autor:
Wpisz hasło z obrazka: (małymi literami)


REKLAMA
PODCASTY
...zobacz inne podcasty
ARTERIA
...zobacz archiwum Arterii
REKLAMA
ENGLISH PAGE
...zobacz inne artykuły
ANKIETA
Czy wyjeżdźasz na wakacje do Polski?
liczba głosów: 28653
Tak

23899
83%
Nie

4754
17%
...zobacz archiwum ankiet
WYSZUKIWANE TAGI

Polsport |usługi kamieniarskie wodzisław | śruby kwasoodporne | dom opieki Żory | pellet Rydułtowy | profile specjalne
zespół muzyczny gliwice | cyklinowanie Brwinów | lekarz rodzinny Rybnik | badanie do prawo jazdy Jastrzębie Zdrój | wizerunek w biznesie śląsk