KIM JESTEŚMY REDAKCJA MARKETING DYSTRYBUCJA OGŁOSZENIA LISTY DO REDAKCJI KONTAKT 20 lipiec 2018
E-WYDANIE
PUBLICYSTYKA
REPORTAŻ
LUDZIE I MIEJSCA
TAKIE CZASY
CZAS PRZESZŁY
CZAS TO PIENIĄDZ
DRUGI BRZEG
CZAS NA WYSPIE
AKTUALNOŚCI
ARTFUL FACE
PAN ZENOBIUSZ
FAWLEY COURT
REWERS
DOBRE, BO POLSKIE
SYLWETKI
LONDYN W SUBIEKTYWIE
OPOWIADANIA LONDYŃSKIE
ROZMOWA
LISTY DO REDAKCJI
KULTURA
RECENZJA
SYLWETKI
ROZMOWA
CO SIĘ DZIEJE
FELIETONY
KRYSTYNA CYWIŃSKA
ANDRZEJ LICHOTA
WACŁAW LEWANDOWSKI
GRZEGORZ MAŁKIEWICZ
V.VALDI
SPORT
AKTUALNOŚCI
RELACJA
ROZMOWA
FELIETON
GALERIA
PODRÓŻE
PO LONDYNIE
PO WYSPIE
POLSKIE DROGI
PO ŚWIECIE
W CZASIE I PRZESTRZENI
CZAS NA RELAKS
ZDROWIE POLECAMY
NA ŁAWECZCE
MANIA GOTOWANIA
KRZYŻÓWKA
KRONIKA ABSURDU
NA KOŃCU JĘZYKA
TO I OWO
ARTERIA
ARTYŚCI
GALERIA
EWA OBROCHTA
BASIA LAUTMAN
BEATA KOZŁOWSKA
WOJCIECH SOBCZYŃSKI
RYSZARD SZYDŁO
PAWEŁ KORDACZKA
MARIA KALETA
MAREK BORYSEWICZ
KRZYSZTOF MALSKI
KONRAD GRABOWSKI
JUSTYNA KABAŁA
IWONA ZAJĄC
ELZBIETA PIEKACZ
ELZBIETA CHOJAK
ELA CIECIERSKA
CAROLINA KHOURI
ANIA PIENIĄŻEK
AGNIESZKA KOWAL
A.HANDZEL-KORDACZKA
ANDRZEJ KRAUZE
ANDRZEJ LICHOTA
DAMIAN CHROBAK
GRZEGORZ LEPIARZ
SŁAWEK BLATTON
ANDRZEJ MARIA BORKOWSKI
PAWEŁ WĄSEK
MARCIN DUDEK
JOANNA SZWEJ-HAWKIN
DANUTA SOŁOWIEJ
TOMASZ STANDO
AGNIESZKA STANDO
OLGA SIEŃKO
FOTOREPORTAŻ
AGATA HAMILTON
JOANNA CIECHANOWSKA




Wyspa - odcinek 19
2010.10.20 / JACEK OZAIST
TAGI: Powieść WYSPA
Share |
Na początku było całkiem miło. Zostałem przez nich zaproszony na kolację. Stół w living roomie aż uginał się pod ciężarem rozmaitych przystawek, zakąsek i potraw. Okazało się, że Rick trochę pracował jako kucharz, ale głównie zajmuje się przebywaniem na bezrobociu i dorabianiem na boku jako malarz, ogrodnik czy kierowca. Kiedy zapytałem, skąd jest, obruszył się i pokazał mi pępek z wytatuowanym napisem: Made in England. To po jaką cholerę wynajmujesz jakiś parszywy pokój, zamiast kupić dom?! – przemknęło mi przez myśl, ale zmilczałem. Sara pochodzi z RPA i też jest bezrobotna. Oboje pochwalili mój angielski, który po kilku godzinach intensywnej konwersacji, naprawdę prezentował się nieźle. Powoli schodzili się inni mieszkańcy tego wielkiego, trzypiętrowego domu. Francuzka Letitia, Holender Mark, Linda z Kamerunu, Kathy z Tajlandii, jakiś Albańczyk, którego imienia nie zrozumiałem, kolejna Angielka Kerry, Kall z Algierii… Wszyscy jedli i pogodnie mamrotali o niczym, a ja pośrodku tej międzynarodówki czułem się trochę jak królik wyjęty z kapelusza. Zrozumiałem wreszcie, co to jest kosmopolityzm, i wiem, że mi się nie podoba. Jestem skromnym facetem z Polski, który lubi swój kraj i panujące w nim obyczaje, tylko ma nieustannego pecha i nie może zbudować sobie domu w górach, gdzie zmieści kupę dzieciaków, psów i kotów.
Podobno mieszka tu siedemnaście osób, a ja poznałem zaledwie kilka. Jedni wychodzą bardzo wcześnie, inni wracają bardzo późno. Ktoś stale łazi po pokoju nade mną. Deski trzeszczą, słychać kroki tak dokładnie, jakby ten ktoś chodził mi po głowie. Nawet w krakowskim bloku nie miałem takich atrakcji. Do tego co chwila nad domem przelatuje samolot i to od szóstej rano do jedenastej w nocy.
Nienawidzę tego miejsca. Marzę o powrocie na squat, do mojego pustego pokoju, do warkotu silników, nawet do puszczanego w kółko przez Waldka Hallelujah Cohena. Jedyną niewątpliwą korzyścią z mojego pobytu tutaj jest trening angielskiego. Już się nie jąkam, mówię prawie automatycznie, jakbym miał przygotowane odpowiednie zasoby leksykalne.
Dzwoni telefon. Obcy numer. Naprawdę. Wyskakuję z łóżka i daję sobie kilka sekund na ochłonięcie.
– Halo?
– Czyści pan dywany?
– Co proszę?
– Czy czyści pan dywany?
– Eee, czy może pani powtórzyć?
– CZY-ŚCI PAN DY-WA-NY???
– A, dywany. Niestety nie.
– To przepraszam.
Duma z posiadanych zdolności językowych mija, ale pozostaje nutka satysfakcji, że w końcu ktoś zadzwonił i przynajmniej o coś zapytał. Czyli znów jedna z moich ulotek nie trafiła do kosza ani do kominka, tylko do czyichś rąk.
Powoli tracę kontakt ze światem. Czasem w środku nocy mam wrażenie, że wszyscy o mnie zapomnieli. Czas mija, dni zacierają się w mojej pamięci. Dzień w dzień biegam z kserowanymi ulotkami i wpatruję się w milczący telefon. Ani razu jednak nie przychodzi mi do głowy myśl, żeby spakować się i wracać. Pewnie dlatego, że nie mam dokąd. Mimo wszystko odłożyłem tyle pieniędzy, ile nie zarobiłbym w Polsce przez rok. Tylko to wciąż za mało na długi, na dom, na nowy początek.
Cholera, co jest nie tak z tymi ulotkami?! Te, które odniosły największy sukces, były pełne błędów i podpisane: Jacek. Strasznie się wkurzałem, gdy ktoś zwracał się do mnie per Dżasek lub Dżejsik. Teraz mam poprawne, idealnie zredagowane i skrojone, a zadzwoniła ledwie jedna osoba. Nic nie rozumiem.
Wszyscy wychodzą do pracy, ja siedzę w pokoju i myślę. Nie sprawdziłem się, nie podzieliłem losu tysięcy innych uchodźców z Polski i nie urządziłem się samodzielnie. Wszystko zawdzięczam Archiemu. Gdyby nie on, nie zagrzałbym tu miejsca dłużej niż przez tydzień. Jedyna pociecha, że los zsyła nam czasem ludzi, którzy mogą coś dla nas zrobić.
Londyn nie jest już bezpiecznym miastem. Siedzimy na bombie. Wiemy, że jest, jednak nie wiemy gdzie. Po raz drugi wojujące z własnym cieniem świry próbowały zaatakować metro, lecz eksplodowały jedynie zapalniki. Jeśli bogowie czasem się kłócą o kierunek przeznaczenia, tym razem Nasz był górą.
Codziennie czytam Metro lub jakąś inną gazetę, którą ktoś uprzejmie zostawia dla mnie na murku lub ławce przed domem. Co dnia gazety meldują o jakimś morderstwie. Czasem spektakularnym, czy wręcz romantycznym, jak to, gdy pewien zakochany desperat nie mógł znieść myśli o rozstaniu i zastrzelił kochankę, a potem siebie; częściej o pospolitym mordzie na tle rabunkowym, seksualnym lub będącym skutkiem bójki. W jedno jest zamieszany nawet jakiś Polak, który zniknął, gdy w wynajmowanym przez niego mieszkaniu policja znalazła rozkładające się zwłoki mężczyzny ze Szczecina. W Polsce morderstwo czy napad to jednak medialna gratka dla Faktu czy Super Expressu, tutaj zwykła codzienność.
Londyn przestał również być miejscem do zarobienia szybkich pieniędzy. Przybyło tu zbyt dużo taniej, dobrej siły roboczej, która psuje rynek, żądając niskich, nieraz absurdalnie niskich pieniędzy. Trzeba pracować dłużej, a zarabia się mniej. Polska prasa w stolicy Anglii daleka jest od euforii sprzed roku. Tytuły: „Nadzieja umiera na Wyspach”, „Londyński kierat” itp., mówią same za siebie. W Irlandii mnożą się samobójstwa wśród niemogących sobie poradzić Polaków, w Anglii wielu rodaków nadal toczy walkę o byt dzięki setkom agencji pracy, które nie wymagając znajomości języka, wysyłają „handymanów” do fabryk, na farmy i budowy poza Londynem. W samym Hounslow oraz dalej na zachód i południe jest ich kilkadziesiąt. Sam przez jakiś czas myślałem, żeby spróbować, ale sukces pierwszej partii ulotek, rozbestwił mnie na nowo.
Siedzę i myślę, a silniki samolotów huczą mi nad głową. Nazajutrz znów telefon. Obcy numer. Skwapliwie odbieram, żartując w duchu, że to jakiś ankieter albo telefoniczny sprzedawca byle czego.
– Jack?
– Yes.
– I give you Arthur.
– Ok.
Chwila złowrogiej ciszy.
– Jacek? – głos Archiego lekko drży.
– Zgadnij, skąd dzwonię?
Mówię, że nie wiem, choć gdzieś na dnie brzucha kłuje mnie szpila niepokoju.
– Z aresztu dzwonię…
Syczę przekleństwo, które ciśnie mi się na usta. Siadam ciężko i gapię się w róg ściany.
– Jak to się stało?
– Odpuściliśmy nasz squat, bo ten w centrum Ealingu wydał mi się ładniejszy. Weszliśmy z Waldkiem bez problemu. Kilka minut później przyjechała policja.
– Tam musiał być alarm!
– Też tak myślę. No nic. Teraz to i tak nie ma znaczenia. Dzwonię do ciebie, bo wydaje mi się, że kto jak kto, ale ty zachowasz spokój. Nic się nie dzieje. Mam prawnika i tłumaczkę. Dają nam jeść i tak dalej. Chodzi mi tylko o to, że musisz jakoś powiedzieć to Magdzie. Ona pewnie myśli, że weszliśmy i zaczęliśmy remont.
– Pogadam z nią. Nic się nie martw. Co możemy zrobić, żeby cię wypuścili?
– To już mój ból głowy. Gdybym nie wyszedł po trzech dniach, zacznijcie szukać po komisariatach. Ale sądzę, że po sporządzeniu aktu oskarżenia nas wypuszczą.
Złowrogie słowa dźwięczą mi w głowie, a jednocześnie czuję uzasadnioną ulgę, że nie dałem się namówić na tę imprezę.
– Zrobię co w mojej mocy. Trzymaj się!
Miał możliwość wykonania tylko jednego telefonu i zadzwonił do mnie. Jest chyba kimś więcej niż tylko moim kumplem.
Archie rozłącza się. Siedzę bez ruchu w absolutnej ciszy. Niby zakładałem taką możliwość, a mimo to jestem zaskoczony i smutny. Przyjechaliśmy na tę „Wyspę obiecaną” uczciwie pracować, płacić podatki, żyć zgodnie z nakazami systemu. Niektórzy z nas zdołali już zabijać, gwałcić, kraść, oszukiwać. Teraz Archie dołączył do tego niechlubnego grona, choć przecież nic złego nie zrobił.
Znowu telefon. I drugi. I jeszcze jeden. Najpierw jakiś starszy pan drżącym głosem wypytuje, kiedy mogę przyjechać obejrzeć dom i ogród do zrobienia, potem miła kobieta zapewnia, że potrzebuje ogrodnika na stałe, wreszcie przygłuchy Polak krzyczy mi do ucha, że mam poprawić tynk wokół okna i sprawdzić, czy rynny nie są zapchane. Wszystkich zapewniam o swojej rzetelności i umawiam się na kolejne dni. Ulotki naprawdę działają! Choćby były byle świstkami, pełnymi błędów, w Anglii zawsze znajdzie się ktoś, kto zadzwoni akurat do ciebie.
Wieczorem spotykam się z Magdą w parku na Ealing Broadway. Jest spokojna, lecz zaciśnięte do białości usta sugerują, że to tylko maska. Rozmawiamy o czymkolwiek, byle tylko nie poruszyć bolesnej struny. Próbuję żartować, bagatelizować, być bardziej pewnym siebie, niż sytuacja pozwala. Magda uśmiecha się coraz cześciej, w końcu mówi:
– Niezły z ciebie uspokajacz.
Po chwili dołącza do nas zdyszany Jerry. Koszula pod obcisłym garniturem jest mokra od potu. Jerry przypomina wieloryba, który w tajemnym szale wypezł na brzeg i już nie może wrócić do morza.
– Wiadomo coś?!
Kręcimy głowami.
– Chodźmy na policję. Może nam powiedzą, gdzie ich trzymają i co im grozi.
– Niezła myśl – kiwam głową.
Na komisariacie oficer dyżurny przygląda nam się krzywo. Jerry twardo stawia żądania. Musimy dowiedzieć się, gdzie przetrzymują naszego przyjaciela i jakie są w ogóle zarzuty. W Polsce nie trzyma się ludzi w areszcie na dłużej niż 24 godziny, zwłaszcza przy drobnych przestępstwach. Próba zesquatowania niezamieszkanego domu wydaje nam się właśnie czymś takim.
Oficer twierdzi, że u nich Archiego nie ma. Sugeruje, by przyjść nastepnego dnia lub popytac w sąsiednich komisariatach.
- W dupę uprzejmy – warczy Jerry – Nie wiem czy zauważyliście – bo ja miałem wielokrotnie okazję, że w Londynie wszystko zależy od tego, na kogo trafisz. Załatwiasz wymianę prawa jazdy na angielskie, zakładasz konto w banku, rejestrujesz firmę, kupujesz ubezpieczenie, bierzesz telefon na stałe, wynajmujesz chatę, cokolwiek… Jedna osoba będzie twierdzić, że coś jest nie tak, kręcić, stawiać wymagania, przeszkadzać, inna załatwi ci to od ręki. Bardzo indywidualne podejście. Podejrzewam, że ten baran był zbyt leniwy, żeby nam pomóc.
Mam dziwne wrażenie deja vu. Mój były wspólnik pokłócił się kiedyś z dziewczyną i po wypiciu butelki wódki wyjechał naszym firmowym Polonezem w miasto. Ujechał dwa skrzyżowania i go aresztowali. Szukałem go potem po krakowskich komisariatach, niczym ojciec krnąbrnego dzieciaka.
Jerry sapie, jak podbieszczadzka ciuchcia. Olbrzymi brzuch przeszkadza mu przy każdym kroku. Zerkam ukradkiem czy aby ostatnio bardziej nie przytył.
- Coś ci wyraźnie służy, stary – mówię, klepiąc go w potężne ramię – Wspólne obiadki, kolacyjki, co…?
- Życie rodzinne – przyznaje – Tylko z robotą kiepsko. Malwina ma mało zleceń, a ja trafiłem na chudszy okres.
- Wciąż nie wynająłeś żadnego flatu???
- Niestety…
Odprowadzamy Magdę pod sąsiedni squat. Ściskamy ją serdecznie. Jerry obiecuje rano zadzwonić gdzie trzeba.
Odchodząc, patrzymy na siebie ironicznie. Normalnie od razu poszlibyśmy po piwo i rozsiedli się na trawie przy Heaven Green lub małym skwerku przy stacji Ealing Common, gdzie jest tylko jedna ławka, zawsze zajęta przez Polaków. Tym razem jednak sytuacja nie nastraja do zabawy, a upijać się na smutno nie zawsze wypada.
- To lecę. Baba czeka z kolacją.
- Leć. Daj jutro znać, jeśli się czegoś dowiesz.
- Jasne.
Jerry znika za bramkami metra.
Przez całą drogę do domu myślę o Archiem. Jerry pewnie wie, co on przeżywa, bo sam kiedyś przeszedł procedurę deportacyjną. Ja nie mam pojęcia. Wyobrażam sobie wilgotne kazamaty, gdzie słychać tylko brzęczenie łańcuchów i okrzyki oszalałych więźniów. Po chwili wybucham śmiechem, płosząc jakąś staruszkę siedzącą obok. Moje wiadomości są trochę nieaktualne. Od czasów Hrabiego Monte Christo, Nędzników i Papillona minął szmat czasu. Dziś pewnie cele to pobielone pomieszczenia z piętrowymi łóżkami i okutymi drzwiami lub – jak w amerykańskich filmach – tylko kratą oddzielającą cele od korytarza. Tak czy owak moje myśli nie są kolorowe. Zastanawiam się czy było warto tak ryzykować. Zakładając, że koszt wynajęcia dwuosobowego pokoju wraz z mediami, wynosi średnio 110 funtów na tydzień, oszczędność z tytułu mieszkania na squacie, można było oszacować na jakieś 400-500 funtów miesięcznie. Daje to jakieś 5000-6000 rocznie. Czyli WARTO! W tym momencie zamykam temat. Archie wiedział ile ryzykuje i ile może zyskać.
W domu zastaję hałas i poruszenie. Rick nosi przez living na podwórko mnóstwo dziwnych rzeczy – jakichś starych telewizorów, magnetowidów, lamp, książek, toreb, narzędzi, zabawek, a nawet wielki żyrandol.
- Zjesz z nami kurczaka curry? – pyta, obcierając pot z czoła.
Nieśmiało kiwam głową. W Polsce na ogół nie wypada, ale w Anglii odmawiając, sprawia się komuś przykrość.
- Po co ci to wszystko? – pokazuję ręką na jego graty, nie mogąc powstrzymać krzywego usmieszku.
- Na car boot.
- ???
- Siadaj. Zaraz wytłumaczę.
Sara nakrywa do stołu. Z podziwem patrzę na różne miseczki z zakąskami, sosami i sałatkami. Nie rozmawiamy. Mam wielki kompleks związany z Sarą i ona chyba o tym wie. Mówi inaczej – szybko i z dziwnym akcentem. Prawie wcale jej nie rozumiem, choć przecież mówi po angielsku. Podsłuchując ludzi w metrze i na ulicach, wychwyciłem, że takich jak ona jest więcej. Szkoci i Walijczycy wcale nie ustępują Sarze poziomem bełktoliwości językowej.
Rick stawia przede mną puszkę Stelli.
- Lunch za parę chwil.
Siada obok i pyta:
- Masz jakąś robotę dla mnie?
Uśmiecham się złośliwie i kręcę głowa. Już mnie parę razy złapał na ten żart. Pyta dla jaj, ale wyczuwam podskórną złość, że zabrałem mu pracę. Zaraz po wprowadzeniu się tutaj, dogadałem się z cieciem Bobby’m, że pomaluję korytarz i uporzadkuję ogród za równowartość dwutygodniowego czynszu. Potem okazało się, że Bobby obiecywał to samo Rickowi. Myślałem, że będzie z tego powodu sporo nieporozumień, jednak Rick stwierdził, że to nie moja wina. I rzeczywiście tak było.
- Co to jest ten car boot?
- Stara angielska tradycja. Ludzie mają w domach mnóstwo staroci, z którymi trudno im się rozstać. Nie chcą ich tak po prostu wyrzucić, więc co niedzielę jadą na car boot i sprzedają je z bagażnika. Ja zbieram różne rzeczy wystawione przed domy lub podarowane mi przez klientów i nimi handluję. Mogę cię zabrac w niedzielę. Jestem w tym naprawdę dobry.
- Ile na tym wychodzisz?
- Czasem 100, czasem 300 funtów.
- Nieźle.
Rick podaje swoje cuda kulinarne. Są naprawdę wyśmienite. Chętnie przystaję na dokładkę. Dopijam piwo i zostawiam ich samych przy butelce wina z Południowej Afryki. Chcę zasnąć, zanim obejrzą talk show i pójdą do pokoju. Seksualne jęki Sary nie wpływają na mój sen za dobrze .
Znów myślę o Archiem. Czy mu tam twardo, czy nie marznie, czy nie jest głodny. Jakieś pół godziny temu minęła doba od momentu zatrzymania. A może zdarzył się cud? Dzwonię do Magdy. Nie odbiera. Po kwadransie dostaję od niej sms-a: „nie wrócił”. Pewnie, jak ja, łudziła się i czekała.
Powoli moje myśli kierują się setki kilometrów stąd ku śpiącej w pustym łóżku Anecie.

Dodaj komentarz:
Autor:
Wpisz hasło z obrazka: (małymi literami)


REKLAMA
PODCASTY
...zobacz inne podcasty
ARTERIA
...zobacz archiwum Arterii
REKLAMA
ENGLISH PAGE
...zobacz inne artykuły
ANKIETA
Czy wyjeżdźasz na wakacje do Polski?
liczba głosów: 28653
Tak

23899
83%
Nie

4754
17%
...zobacz archiwum ankiet
WYSZUKIWANE TAGI

Polsport |narty OC | blachowkręty nierdzewne | opieka osób chorych i niepełnosprawnych Wodzisław Śląski | transport pellet Jastrzębie | gabinet terapii Cieszyn
sprawy egzekucyjne wodzisław śląski | zawiasy nierdzewne | geodeta Rybnik | medycyna podróży Rybnik | laser oka gdańsk