KIM JESTEŚMY REDAKCJA MARKETING DYSTRYBUCJA OGŁOSZENIA LISTY DO REDAKCJI KONTAKT 19 wrzesień 2018
E-WYDANIE
PUBLICYSTYKA
REPORTAŻ
LUDZIE I MIEJSCA
TAKIE CZASY
CZAS PRZESZŁY
CZAS TO PIENIĄDZ
DRUGI BRZEG
CZAS NA WYSPIE
AKTUALNOŚCI
ARTFUL FACE
PAN ZENOBIUSZ
FAWLEY COURT
REWERS
DOBRE, BO POLSKIE
SYLWETKI
LONDYN W SUBIEKTYWIE
OPOWIADANIA LONDYŃSKIE
ROZMOWA
LISTY DO REDAKCJI
KULTURA
RECENZJA
SYLWETKI
ROZMOWA
CO SIĘ DZIEJE
FELIETONY
KRYSTYNA CYWIŃSKA
ANDRZEJ LICHOTA
WACŁAW LEWANDOWSKI
GRZEGORZ MAŁKIEWICZ
V.VALDI
SPORT
AKTUALNOŚCI
RELACJA
ROZMOWA
FELIETON
GALERIA
PODRÓŻE
PO LONDYNIE
PO WYSPIE
POLSKIE DROGI
PO ŚWIECIE
W CZASIE I PRZESTRZENI
CZAS NA RELAKS
ZDROWIE POLECAMY
NA ŁAWECZCE
MANIA GOTOWANIA
KRZYŻÓWKA
KRONIKA ABSURDU
NA KOŃCU JĘZYKA
TO I OWO
ARTERIA
ARTYŚCI
GALERIA
EWA OBROCHTA
BASIA LAUTMAN
BEATA KOZŁOWSKA
WOJCIECH SOBCZYŃSKI
RYSZARD SZYDŁO
PAWEŁ KORDACZKA
MARIA KALETA
MAREK BORYSEWICZ
KRZYSZTOF MALSKI
KONRAD GRABOWSKI
JUSTYNA KABAŁA
IWONA ZAJĄC
ELZBIETA PIEKACZ
ELZBIETA CHOJAK
ELA CIECIERSKA
CAROLINA KHOURI
ANIA PIENIĄŻEK
AGNIESZKA KOWAL
A.HANDZEL-KORDACZKA
ANDRZEJ KRAUZE
ANDRZEJ LICHOTA
DAMIAN CHROBAK
GRZEGORZ LEPIARZ
SŁAWEK BLATTON
ANDRZEJ MARIA BORKOWSKI
PAWEŁ WĄSEK
MARCIN DUDEK
JOANNA SZWEJ-HAWKIN
DANUTA SOŁOWIEJ
TOMASZ STANDO
AGNIESZKA STANDO
OLGA SIEŃKO
FOTOREPORTAŻ
AGATA HAMILTON
JOANNA CIECHANOWSKA




Wyspa - odcinek 20
2010.10.20 / JACEK OZAIST
TAGI: Powieść WYSPA
Share |
Na komisariacie oficer dyżurny przygląda nam się krzywo. Jerry twardo stawia żądania. Musimy dowiedzieć się, gdzie przetrzymują naszego przyjaciela i jakie są w ogóle zarzuty. W Polsce nie trzyma się ludzi w areszcie dłużej niż 24 godziny, zwłaszcza przy drobnych przestępstwach. Próba zesquatowania niezamieszkanego domu wydaje nam się właśnie czymś takim.
Oficer twierdzi, że u nich Archiego nie ma. Sugeruje, by przyjść nastepnego dnia lub popytać w sąsiednich komisariatach.
– W dupę uprzejmy – warczy Jerry. – Nie wiem, czy zauważyliście – bo ja miałem wielokrotnie taką okazję – że w Londynie wszystko zależy od tego, na kogo traf isz. Załatwiasz wymianę prawa jazdy na angielskie, zakładasz konto w banku, rejestrujesz f irmę, kupujesz ubezpieczenie, bierzesz telefon na stałe, wynajmujesz chatę, cokolwiek... Jedna osoba będzie twierdzić,
że coś jest nie tak, kręcić, stawiać wymagania, przeszkadzać, inna załatwi ci to od ręki. Bardzo indywidualne podejście. Podejrzewam, że ten baran był zbyt leniwy, żeby nam pomóc.
Mam dziwne wrażenie deja vu. Mój były wspólnik pokłócił się kiedyś z dziewczyną i po wypiciu butelki wódki wyjechał naszym firmowym polonezem w miasto. Ujechał dwa skrzyżowania i go aresztowali. Szukałem go potem po krakowskich komisariatach niczym ojciec krnąbrnego dzieciaka.
Jerry sapie jak podbieszczadzka ciuchcia. Olbrzymi brzuch przeszkadza mu przy każdym kroku. Zerkam ukradkiem czy aby ostatnio bardziej nie przytył.
– Coś ci wyraźnie służy, stary – mówię, klepiąc go w potężne ramię. – Wspólne obiadki, kolacyjki, co...?
– Życie rodzinne – przyznaje. – Tylko z robotą kiepsko. Malwina ma mało zleceń, a ja trafiłem na chudszy okres.
– Wciąż nie wynająłeś żadnego flatu???
– Niestety...
Odprowadzamy Magdę pod sąsiedni squat. Ściskamy ją serdecznie. Jerry obiecuje rano zadzwonić gdzie trzeba.
Odchodząc, patrzymy na siebie ironicznie. Normalnie od razu poszlibyśmy po piwo i rozsiedli się na trawie przy Heaven Green lub małym skwerku przy stacji Ealing Common, gdzie jest tylko jedna ławka, zawsze zajęta przez Polaków. Tym razem jednak sytuacja nie nastraja do zabawy, a upijać się na smutno nie zawsze da radę.
– To lecę. Baba czeka z kolacją.
– Leć. Daj jutro znać, jeśli się czegoś dowiesz.
– Jasne.
Jerry znika za bramkami metra. Przez całą drogę do domu myślę o Archiem. Jerry pewnie wie, co on przeżywa, bo sam kiedyś przeszedł procedurę deportacyjną. Ja nie mam pojęcia. Wyobrażam sobie wilgotne kazamaty, gdzie słychać tylko brzęczenie łańcuchów i okrzyki oszalałych więźniów. Po chwili wybucham śmiechem, płosząc jakąś staruszkę siedzącą obok. Moje wiadomości są trochę nieaktualne. Od czasów Hrabiego Monte Christo, Nędzników i Papillona minął szmat czasu. Dziś pewnie cele to pobielone pomieszczenia z piętrowymi łóżkami i okutymi drzwiami lub – jak w amerykańskich filmach – tylko kratą oddzielającą cele od korytarza. Tak czy owak moje myśli nie są
kolorowe. Zastanawiam się, czy było warto tak ryzykować. Zakładając, że koszt wynajęcia dwuosobowego pokoju wraz z mediami wynosi średnio 110 funtów na tydzień, oszczędność z tytułu mieszkania na squacie można było oszacować na jakieś 400-500 funtów miesięcznie. Daje to około 5000-6000 rocznie. Czyli WARTO!
W tym momencie zamykam temat. Archie wiedział, ile ryzykuje i ile może zyskać.
W domu zastaję hałas i poruszenie. Rick nosi przez living na podwórko mnóstwo dziwnych rzeczy – jakichś starych telewizorów, magnetowidów, lamp, książek, toreb, narzędzi, zabawek, a nawet wielki żyrandol.
– Zjesz z nami kurczaka curry? – pyta, obcierając pot z czoła.
Nieśmiało kiwam głową. W Polsce na ogół nie wypada, ale w Anglii, odmawiając, sprawia się komuś przykrość.
– Po co ci to wszystko? – pokazuję ręką na jego graty i nie mogąc powstrzymać krzywego usmieszku.
– Na car boot.
– ???
– Siadaj. Zaraz wytłumaczę.
Sara nakrywa do stołu. Z podziwem patrzę na różne miseczki z zakąskami, sosami i sałatkami. Nie rozmawiamy. Mam wielki kompleks związany z Sarą i ona chyba o tym wie. Mówi inaczej – szybko i z dziwnym akcentem. Prawie wcale jej nie rozumiem, choć przecież mówi po angielsku. Podsłuchując ludzi w metrze i na ulicach, wychwyciłem, że takich jak ona jest więcej. Szkoci i Walijczycy wcale nie ustępują Sarze poziomem bełktoliwości językowej.
Rick stawia przede mną puszkę Stelli.
– Lunch za parę chwil.
Siada obok i pyta:
– Masz jakąś robotę dla mnie?
Uśmiecham się złośliwie i kręcę głową. Już mnie parę razy złapał na ten żart. Pyta dla jaj, ale wyczuwam podskórną złość, że zabrałem mu pracę. Zaraz po wprowadzeniu się tutaj dogadałem się z cieciem Bobbym, że pomaluję korytarz i uporzadkuję ogród za równowartość dwutygodniowego czynszu. Potem okazało się, że Bobby obiecywał to samo Rickowi. Myślałem, że będzie z tego powodu sporo nieporozumień, jednak Rick stwierdził, że to nie moja wina. Bo tak rzeczywiście było.
– Co to jest ten car boot?
– Stara angielska tradycja. Ludzie mają w domach mnóstwo staroci, z którymi trudno im się rozstać. Nie chcą ich tak po prostu wyrzucić, więc co niedzielę jadą na car boot i sprzedają je z bagażnika. Ja zbieram różne rzeczy wystawione przed domy lub podarowane mi przez klientów i nimi handluję. Mogę cię zabrać w niedzielę. Jestem w tym naprawdę dobry.
– Ile na tym wychodzisz?
– Czasem 100, czasem 300 funtów.
– Nieźle.
Rick podaje swoje cuda kulinarne. Są naprawdę wyśmienite. Chętnie przystaję na dokładkę. Dopijam piwo i zostawiam ich samych przy butelce wina z Afryki Południowej. Chcę zasnąć zanim oni obejrzą talk show i pójdą do pokoju. Seksualne jęki Sary nie wpływają na mój sen za dobrze.
Znów myślę o Archiem. Czy mu tam twardo, czy nie marznie, czy nie jest głodny. Jakieś pół godziny temu minęła doba od momentu zatrzymania. A może zdarzył się cud? Dzwonię do Magdy. Nie odbiera. Po kwadransie dostaję od niej sms-a: „nie wrócił”. Pewnie, jak ja, łudziła się i czekała. Powoli moje myśli kierują się setki kilometrów stąd ku śpiącej w pustym łóżku Anecie.


Mijają już nie tygodnie, tylko miesiące. Mimochodem, niechcący zacząłem wrastać w społeczną tkankę Londynu, stając się kimś w rodzaju rezydenta. Mam konto w banku, kartę kredytową, kontrakt na telefon komórkowy. Lada dzień założę f irmę i kupię samochód. Wcale tego nie planowałem. Wyszło jakoś tak samo. Krok po kroku wywłaszczam swój polski stan nicnieposiadania. Więcej posiadam tu, choć to co najważniejsze, do którego nie mam na razie po co wracać, wciąż pozostaje w Polsce. Mam świadomość, że żaden wybrany lub niewybrany prezydent, rządząca ekipa ani Gabinet Cieni, nie wpędził mnie w kłopoty. Zrobiłem to sam i sam też chcę z tego wybrnąć. Zachlać na śmierć można się wszędzie, ale odkuć tylko za granicą. To smutna prawda
tysięcy wygnańców, którzy zdecydowali się zaryzykować podbój swojej „wyspy obiecanej”. Śmieszy mnie, a zarazem niepokoi mój obecny status. Czysto polski, atawistyczny strach, że stan spokoju i stabilizacji to sen-mara, nigdy mnie nie opuszcza. W mojej głęboko słowiańskiej duszy nie mieści się permantny dobrobyt jako norma. Dla Anglików i innych członków cywilizacji Zachodu wysoka stopa życiowa jest czymś normalnym od stuleci i zupełnie nie wyobrażają sobie, że to się może zmienić. Kredyt goni kredyt, co tydzień czeka koperta od księgowej, można planować inwestycje i spokojnie oczekiwać jutra. Polak tego prędko nie zrozumie. Za długo żył w komunizmie, a potem w warunkach rodzącego się w bólach kapitalizmu. Może następne pokolenia będzie
stać na luksus nieprzejmowania się tym, co przyniesie przyszłość.
Czasami nie w pełni pojmuję, co się dzieje. Czuję się tak, jak gdyby Opatrzność wzięła sprawy w swoje ręce i kierowała wszystkim bez mojego udziału. Przez całe lato uwijałem się przy malowaniu i sprzątaniu ogrodów, a kiedy nie było konkretnej roboty, goniłem z ulotkami bangladeskiej knajpki Tandoori. Zdarzały się roboty przyjemne, lecz najczęściej brałem to, czego inni nie chcieli. Przeżyłem na przykład mrożącą krew w żyłach przygodę u Mr Khana, starego Pakistańczyka, którego nazwałem Pająkiem, bo ciągle dreptał z dwoma laskami w rękach i dogadywał mi podczas pracy. Zacząłem u niego od skoszenia wielkiego ogrodu spalinową kosą. Na
szczęście nabyłem trochę wprawy w naszym domku w górach i wyszło mi całkiem nieźle. Następnie Pająk zapytał, ile bym chciał za pomalowanie domu z zewnątrz. Powiedziałem, że chcę 600 funtów, jednak okazało się, że Pająk nie dosłyszy i musiałem zgodzić się na 500. Dostałem stare, pokrzywione rusztowanie do złożenia i jeszcze starszą, drewnianą drabinę. Budowanie i rozbieranie rusztowania zabierało mi co najmniej godzinę, drabina trzeszczała, jak gdyby za moment miała zostawić mnie na łasce ziemskiego przyciągania, ale trwałem w deszczu, wietrze i słońcu. Rusztowanie chwiało się na wszystkie strony, a ja tańczyłem niby linoskoczek, zerkając niepewnie w dół.

Dodaj komentarz:
Autor:
Wpisz hasło z obrazka: (małymi literami)


REKLAMA
PODCASTY
...zobacz inne podcasty
ARTERIA
...zobacz archiwum Arterii
REKLAMA
ENGLISH PAGE
...zobacz inne artykuły
ANKIETA
Czy wyjeżdźasz na wakacje do Polski?
liczba głosów: 29201
Tak

24292
83%
Nie

4909
17%
...zobacz archiwum ankiet
WYSZUKIWANE TAGI

Polsport |alpen stowarzyszenie górskie | nitonakrętki nierdzewne | opieka Radlin | transport węgiel Jastrzębie | psychoterapia Cieszyn
kuchnie wodzisław | cyklinowanie bezpyłowe grodzisk mazowiecki | geodeta Rybnik | szczepienia dla podróżujących Rybnik | stylistka śląsk