KIM JESTEŚMY REDAKCJA MARKETING DYSTRYBUCJA OGŁOSZENIA LISTY DO REDAKCJI KONTAKT 19 listopad 2018
E-WYDANIE
PUBLICYSTYKA
REPORTAŻ
LUDZIE I MIEJSCA
TAKIE CZASY
CZAS PRZESZŁY
CZAS TO PIENIĄDZ
DRUGI BRZEG
CZAS NA WYSPIE
AKTUALNOŚCI
ARTFUL FACE
PAN ZENOBIUSZ
FAWLEY COURT
REWERS
DOBRE, BO POLSKIE
SYLWETKI
LONDYN W SUBIEKTYWIE
OPOWIADANIA LONDYŃSKIE
ROZMOWA
LISTY DO REDAKCJI
KULTURA
RECENZJA
SYLWETKI
ROZMOWA
CO SIĘ DZIEJE
FELIETONY
KRYSTYNA CYWIŃSKA
ANDRZEJ LICHOTA
WACŁAW LEWANDOWSKI
GRZEGORZ MAŁKIEWICZ
V.VALDI
SPORT
AKTUALNOŚCI
RELACJA
ROZMOWA
FELIETON
GALERIA
PODRÓŻE
PO LONDYNIE
PO WYSPIE
POLSKIE DROGI
PO ŚWIECIE
W CZASIE I PRZESTRZENI
CZAS NA RELAKS
ZDROWIE POLECAMY
NA ŁAWECZCE
MANIA GOTOWANIA
KRZYŻÓWKA
KRONIKA ABSURDU
NA KOŃCU JĘZYKA
TO I OWO
ARTERIA
ARTYŚCI
GALERIA
EWA OBROCHTA
BASIA LAUTMAN
BEATA KOZŁOWSKA
WOJCIECH SOBCZYŃSKI
RYSZARD SZYDŁO
PAWEŁ KORDACZKA
MARIA KALETA
MAREK BORYSEWICZ
KRZYSZTOF MALSKI
KONRAD GRABOWSKI
JUSTYNA KABAŁA
IWONA ZAJĄC
ELZBIETA PIEKACZ
ELZBIETA CHOJAK
ELA CIECIERSKA
CAROLINA KHOURI
ANIA PIENIĄŻEK
AGNIESZKA KOWAL
A.HANDZEL-KORDACZKA
ANDRZEJ KRAUZE
ANDRZEJ LICHOTA
DAMIAN CHROBAK
GRZEGORZ LEPIARZ
SŁAWEK BLATTON
ANDRZEJ MARIA BORKOWSKI
PAWEŁ WĄSEK
MARCIN DUDEK
JOANNA SZWEJ-HAWKIN
DANUTA SOŁOWIEJ
TOMASZ STANDO
AGNIESZKA STANDO
OLGA SIEŃKO
FOTOREPORTAŻ
AGATA HAMILTON
JOANNA CIECHANOWSKA




Wyspa - odcinek 21
2010.10.20 / JACEK OZAIST
TAGI: Powieść WYSPA
Share |
Obiecałem sobie, że nigdy więcej nie będę pracował dla Hindusów, lecz nie dotrzymałem słowa. Tylko oni wtedy do mnie dzwonili.
Skończyłem robotę po dwóch tygodniach i zaraz wziąłem następną u Roni, hinduskiej aktorki, u której na ścianie wisiały same zdjęcia znanych aktorów i reżyserów. Jedno z nich przedstawiało plan zdjęciowy Indiany Jonesa i Stevena Spielberga instruującego hinduskiego chłopca, jak ma grać młodego maharadżę. Roni z dumą oświadczyła, że to jej siostrzeniec. Zapachniało wielkim światem, „holiłódem” i palmami na bulwarach nad oceanem. Rzeczywistość jednak okazała się brutalna i daleka od filmowych gładkości. Roni była tak skąpa, że odliczała mi minuty pracy, próbując zapłacić na przykład za 2 godziny i 47 minut albo wymyślała nowe zadania, bylebym nie wyszedł przed czasem. Poza tym wypuściła mnie na niezłą minę. Najpierw pomalowałem jej kuchnię i położyłem nowy silikon w łazience, potem zażyczyła sobie, abym przyciął drzewo sąsiada, które agresywnie rozrosło się na jej stronę. Wziąłem drabinę, zestaw obcinaków i ruszyłem do boju. Roni stała pode mną i błagała, by wyciąć jak najwięcej od strony sąsiada. W pewnej chwili coś poleciało w moją stronę. Była to butelka po tanim winie. Uchyliłem się i szybko zeskoczyłem z drabiny. W tej samej chwili do płotu dopadł czerwony na gębie facet z dwudniowym zarostem i obłędem w oczach. Wrzeszczał, że dzwoni po policję albo nie, sam mnie zabije.
– Wyluzuj, stary – mruknąłem. – Ja tu tylko pracuję.
Popatrzył na mnie wzrokiem zamachowca-terrorysty i wziął się za Roni. Obiecał za każdą gałąź obciąć jej jeden palec, a jeśli braknie to także palce jej dzieci. Później sprawa zrobiła się polityczna, bo był Pakistańczykiem, ona zaś Hiduską. Pojawił się Kaszmir i reszta zaszłości. Wycofałem się cichaczem. Wróciłem za dwa dni po pieniądze, ale pracować już u niej nie chciałem.
Ostatni koszmar przeżyłem u dwóch młodych Angielek. Właśnie kupiły sobie dom z tak zapuszczonym ogrodem, że karczowanie południowoamerykańskiej dżungli byłoby przy tym spacerkiem po St James’s Park. Chaszcze, pnącza, wszędobylski bluszcz, wszystko splątane w jeden organizm. Walczyłem z tym przez cały dzień, pogryzły mnie jakieś małe muszki, których ukąszenia swędziały przez kilka dni, a do tego zarobiłem grubo poniżej średniej.
Dziś to już nieistotne. Mam kilka niedużych, ładnie utrzymanych ogródków u miłych starszych pań i to mi wystarcza. Regularnie co tydzień odwiedzam każdą, trochę pracuję, trochę popijam kawę i podjadam bisquity.
Z malowaniem też poszło wcale nieźle. Po dziadku Pająku przytrafiła mi się Ida, wiekowa, choć wciąż energiczna Indonezyjka z singapurskim paszportem i wielkim domem na zachodnim Actonie – leżącym jakieś 500 metrów od naszego squata. Pewnego dnia zrobiłem dla jednej z klientek kopułki z krzaczków. Wyszły mi jak nigdy wcześniej. Ida akurat szła z zakupów i podejrzała mnie przy pracy.
– Piękne – pochwaliła. – Musisz przyjść do mnie.
I zaczęło się. Przyciąłem krzaki, potem róże, potem drzewa, aż wreszcie doprowadziłem cały ogród do idealnego stanu. Ida najwyraźniej potrzebowała towarzystwa, bo ciągle pytała, co jeszcze umiem i co mógłbym dla niej zrobić. No to pomalowałem jej sufity, następnie ściany, a na koniec cały dom z zewnątrz. Oj, zgarnąłem tam kasy. Ida gotowała mi codziennie różne egzotyczne potrawy, poiła colą i płaciła jak należy. Głównie dzięki niej wyszedłem na długą prostą i teraz mogę wybrzydzać.
Kolejne malowanie było dla mnie dość przykrym doświadczeniem. Nie, nie żebym na tym stracił czy coś takiego. Po prostu pewna studentka kupiła sobie mieszkanie, które chciała wyremontować. Nie zwykłem zastanawiać się, jak moi pracodawcy doszli do swoich pieniędzy, ale tym razem mnie ruszyło. Mój Boże – pomyślałem – ja na studiach rozważałem, jak intepretować surrealizm Buñuela, ascezę Bressona, inżynierski styl Antonioniego, ewentualnie jak się napić piwa i wyrwać fajną panienkę w Świniarni pośrodku Miasteczka, a tu laska sobie flat kupuje. I najmuje magistra do remontu. Zabolało jak cholera. Tego dnia powiesiłem swój dyplom w kiblu. Wisi sobie żartowniś i poprawia mi humor, ilekroć tam wstępuję.
Naprawdę śmieszy mnie fakt, że leworęki magister z zacięciem artystycznym uchodzi w Anglii za profesjonalnego malarza czy ogrodnika. Trzeba widzieć i słyszeć rozmowy z klientami, by w pełni pojąć ten paradoks. Oni naprawdę liczą, że zrobię świetną robotę. I jeśli mnie potem chwalą, zawdzięczam to nadludzkim staraniom, żeby czegoś nie spartolić. Nie jest mi to dane. Muszę jakość roboty wydrzeć swojej skłonności do niedbalstwa, a brak talentu zastapić pracowitością.
Ale nic to. Wrzesień powoli kończy swój żywot w tym roku. Siedzę sobie pod drzewem i wyrywam chwasty. Słońce mi świeci, ptaki śpiewają. W mojej duszy rosną kwiaty. Mój stary kumpel, malutki ptaszek z pomarańczową klatką piersiową siada na płocie i czeka, podśpiewując. Wie, że stołówka już otwarta i lada moment pojawi się jakaś tłuściutka glista. Zawsze jest przy mnie, kiedy pracuję w ogrodach babć wzdłuż Carberry Avenue. Nie spieszę się. Mrs Guth nigdy mnie nie pogania, a wręcz mówi, żebym się nie zmęczył, bo to w niczym nie pomoże.
Nagle widzę Monikę, moją byłą ulubioną pracownicę, podporę mojej firmy. Ma na sobie biały fartuch, a jej ręce ubabrane są mąką.
– Cześć, szefie. Co słychać?
Dobrze, że nie powiedziała tego po angielsku, bo szlag mnie trafia, ilekroć jakiś lokals zwraca się do mnie: hello, boss.
– Leci, opada i znów leci – odpowiadam filozoficznie. – Lepiej ty powiedz, jak ty sobie radzisz.
– Wróciłam do mojej dziury w Podkarpackiem. Pracuję w piekarni za 1200 brutto.
– Ożesz, fuck – plątam się między językami – Jak z tego wyżyć?
– Z trudem, ale jeśli się wraca do rodziców, to przynajmniej czynsz odpada. Może zresztą pojadę zbierać owoce do Hiszpanii. Zawsze chciałam zobaczyć Andaluzję. Jest okazja. Mandarynki, truskawki...
Wzdycham ciężko. Kolejny magister UJ wyjeżdża za chlebem. I po co myśmy się wszyscy uczyli? Dla siebie – magiczne hasło-klucz powoli przestaje wszystko tłumaczyć.
Pamiętam, że Monika też popadła w tarapaty finansowe. Uparcie trwała w mieszkanku pod Wawelem kosztem większości zarobionych pieniędzy. Mężczyźni przychodzili i odchodzili, czasem płacili, częściej nie. Współlokatorka pomieszkała raptem trzy miesiące. Monika jednak nie umiała się przenieść do mniejszego lokum ani zrezygnować. Nasze upory, nasze wybory.
– A ty co robisz? – pyta, zabawnie przekrzywiając głowę.
– Grzebię w ziemi.
– Jesteś grabarzem czy co?
– Nie, ogrodnikiem.
– Kto by pomyślał...
W milczeniu przyznaję jej rację i schylam się po wybujały chwast.
– Przyznasz, że spieprzyłem nam życie – mówię, odwracając się, ale jej już nie ma. – Nie byłem dobrym szefem...
Bo nie byłem. Ludzkim tak, sympatycznym pewnie też, troskliwym i odpowiedzialnym – na pewno, lecz nie byłem w stanie zapewnić moim ludziom bezpieczeństwa ani rozwoju zawodowego. Byłem uczciwy – jak mówią Anglicy – as much as possible, jednak bez pieniędzy, talentu do zarządzania, genialnych pomysłów – po prostu nie miałem szans.
Przegrałem zresztą już na starcie. Nie wiedziałem wtedy tego, co teraz wiem. Po pierwsze nie zdawałem sobie sprawy, że błyskawiczne kariery biznesowe, polegające na wciskaniu klientowi tego, czego nie potrzebuje, kończą się równie szybko, jak się zaczęły. Po drugie posiadałem znaczny balast w postaci wspólnika alkoholika. Po trzecie i ostatnie rozpoczynanie jakiegokolwiek biznesu bez odpowiedniego zaplecza finansowego prędzej czy później musi się zemścić.
Harowałem jak wół, by być dla ludzi przykladem człowieka zmotywowanego. Wspólnik co tydzień drukował słupki, pokazując, kto ile dokonał. Moje graficzne erekcje zawsze były największe. Wydawało mi się, że wrota do bogactwa i dobrobytu są tuż tuż, aż pewnego dnia zadzwoniła księgowa z zapytaniem, dlaczego tyle faktur jest niezapłaconych. Serce podeszło mi do gardła. Wskoczyłem w taksówkę i pognałem do niej, żeby sprawdzić co jest grane. Tam, w oparach tytoniowego dymu, bo paliliśmy oboje na potęgę, wyszo na jaw, że mam w plecy jakieś 40 tysięcy.
Dopadłem wspólnika, Grzesia, w afrykańskiej knajpce za rogiem. Zadowolony z siebie kończył pstrąga w migdałach, popijając whisky. Zrobił wielkie oczy i udawał, że nie wie, o co chodzi. Niemal w tej samej chwili barman zapytał, czy zapłacę jego rachunek za bieżący tydzień.
– Ile? – spytałem
– Jakieś 1200 – odrzekł ze zmartwioną miną.
– Nie.
Odwróciłem się na pięcie i pobiegłem do banku. Odebrałem Grzesiowi pełnomocnictwa, wypłaciłem wszystkie pieniądze i zaniosłem do naszego głównego kontrahenta – „Gazety Wyborczej”. Okazały się być kroplą w morzu, ale przynajmniej zaprezentowałem dobrą wolę, zyskując więcej czasu na opanowanie sytuacji. Nagle uświadomiłem sobie grozę mojego położenia i przyczyny, które za tym stały. Kiedy zawieraliśmy przyjacielską umowę, nie wziąłem pod uwagę faktu, że Grześ już kiedyś zbankrutował, ale pozrywał komornicze banderole i wyniósł cały sprzęt z zajętego biura. Tłumaczył się, że załatwił go inny wspólnik, robiąc z Grzesia ofiarę oszustwa. Szybko wyszło na jaw, że jego styl życia i uzależnienie od alkoholu są w stanie położyć każdy biznes. Ile to razy Matuś nabijał się z naszych metod. Pytał na przykład, po co kupować bilet na pierwszą klasę, skoro cała drogę pije się w Warsie albo w jakim celu bierzemy na delegację do Warszawy 2000 złotych. Oprócz tych widomych znaków zdarzyło się coś, co od razu powinno mnie ustawić do pionu. W dniu wypłat Grześ dramatycznym glosem oświadczył, że przegrał w kasynie i zadłużył się u mafii. Musi jeszcze dziś oddać 4 tysiące albo połamią mu nogi. Uległem, zostając sam na sam z pracownikami, którzy musieli odejść z kwitkiem. Straciłem ich wtedy, mimo że stopniowo zapłaciłem każdemu, i zostałem zmuszony budować zespół od nowa. Oczywiście pogoniłem Grzesia, ale było już za późno. Walczyłem jeszcze przez trzy lata, zadłużając się jeszcze bardziej w Skarbówce i ZUS-ie, jeździłem do Norwegii, by ciężko zarobioną kasę wpompowywać w studnię bez dna. I w końcu upadłem na pysk.

Dodaj komentarz:
Autor:
Wpisz hasło z obrazka: (małymi literami)


REKLAMA
PODCASTY
...zobacz inne podcasty
ARTERIA
...zobacz archiwum Arterii
REKLAMA
ENGLISH PAGE
...zobacz inne artykuły
ANKIETA
Czy wyjeżdźasz na wakacje do Polski?
liczba głosów: 29713
Tak

24679
83%
Nie

5034
17%
...zobacz archiwum ankiet
WYSZUKIWANE TAGI

Polsport |adwokat sprawy karne warszawa | śruby nierdzewne | biuro rachunkowe radlin | pellet Rydułtowy | psycholog Cieszyn
zespół muzyczny jastrzębie zdrój | pręty gwintowane nierdzewne | lekarz rodzinny Wodzisław Śląski | promieniowanie jonizujące Radlin | zakupy ze stylistą śląsk