KIM JESTEŚMY REDAKCJA MARKETING DYSTRYBUCJA OGŁOSZENIA LISTY DO REDAKCJI KONTAKT 03 czerwiec 2020
E-WYDANIE
PUBLICYSTYKA
REPORTAŻ
LUDZIE I MIEJSCA
TAKIE CZASY
CZAS PRZESZŁY
CZAS TO PIENIĄDZ
DRUGI BRZEG
CZAS NA WYSPIE
AKTUALNOŚCI
ARTFUL FACE
PAN ZENOBIUSZ
FAWLEY COURT
REWERS
DOBRE, BO POLSKIE
SYLWETKI
LONDYN W SUBIEKTYWIE
OPOWIADANIA LONDYŃSKIE
ROZMOWA
LISTY DO REDAKCJI
KULTURA
RECENZJA
SYLWETKI
ROZMOWA
CO SIĘ DZIEJE
FELIETONY
KRYSTYNA CYWIŃSKA
ANDRZEJ LICHOTA
WACŁAW LEWANDOWSKI
GRZEGORZ MAŁKIEWICZ
V.VALDI
PODRÓŻE
PO LONDYNIE
PO WYSPIE
POLSKIE DROGI
PO ŚWIECIE
W CZASIE I PRZESTRZENI
CZAS NA RELAKS
ZDROWIE POLECAMY
NA ŁAWECZCE
MANIA GOTOWANIA
KRZYŻÓWKA
KRONIKA ABSURDU
NA KOŃCU JĘZYKA
TO I OWO
ARTERIA
ARTYŚCI
GALERIA
EWA OBROCHTA
BASIA LAUTMAN
BEATA KOZŁOWSKA
WOJCIECH SOBCZYŃSKI
RYSZARD SZYDŁO
PAWEŁ KORDACZKA
MARIA KALETA
MAREK BORYSEWICZ
KRZYSZTOF MALSKI
KONRAD GRABOWSKI
JUSTYNA KABAŁA
IWONA ZAJĄC
ELZBIETA PIEKACZ
ELZBIETA CHOJAK
ELA CIECIERSKA
CAROLINA KHOURI
ANIA PIENIĄŻEK
AGNIESZKA KOWAL
A.HANDZEL-KORDACZKA
ANDRZEJ KRAUZE
ANDRZEJ LICHOTA
DAMIAN CHROBAK
GRZEGORZ LEPIARZ
SŁAWEK BLATTON
ANDRZEJ MARIA BORKOWSKI
PAWEŁ WĄSEK
MARCIN DUDEK
JOANNA SZWEJ-HAWKIN
DANUTA SOŁOWIEJ
TOMASZ STANDO
AGNIESZKA STANDO
OLGA SIEŃKO
FOTOREPORTAŻ
AGATA HAMILTON
JOANNA CIECHANOWSKA




Świeżutka relacja spod lady
2009.09.26 / Aleksandra Ptasińska
TAGI:
Share |
Jako że nie będzie to relacja zupełnie zgodna z prawdą uprasza się Czytelników o czytanie z przymrużeniem oka, a jak już nie będziecie mieli siły mrużyć, to połóżcie dłoń na gazecie i czytajcie przez palce. Dla płynności relacji (i dobra niektórych wymienionych osób) większości bohaterom daliśmy przezwiska, ale kto uczestniczył w wydarzeniu i tak się zorientuje, o kim mowa. Czytelników, którzy nie byli i nie wiedzą, z góry przepraszamy, mając skrytą nadzieję, że połechtaliśmy ich ciekawość na tyle, że następnym razem zaszczycą nas swoją ważną i pożądaną obecnością.

Na początek warto wspomnieć, że do Imprezy wcale by nie doszło, gdyby nie Rev. Ray (zwany dalej Księdzem) z kościoła St. George the Martyr w Borough, który niczym magnes przyciąga do siebie wszystko co dobre, pożyteczne i ciekawe. I tak też udało mu się namówić pewną panią redaktor z Poczytnego Pisma (zwaną dalej Szefową) na zorganizowanie wystawy polskich artystów w kryptach anglikańskiego kościoła, na uruchomienie ogromnej machiny przygotowań, co w efekcie zakończyło się niezwykłym wydarzeniem, które na długo zapisze się w pamięci wszystkich – organizatorów i gości (i zapewne też okolicznych mieszkańców, wyciągniętych z domów niezwykłym zamieszaniem wokół zwykle spokojnego kościoła).

Dzień pierwszy

Zacznijmy od wernisażu – jako że Impreza tego dnia była zamknięta, trzeba szerzej o niej opowiedzieć. Na początku była msza (a potem wyśmienity koncert: Janusz Kohut na fortepianie i Urszula Mizia na wiolonczeli) – za artystów, jako podziękowanie za ich talenty i za organizatorów, że te talenty potrafili docenić i w odpowiedni sposób wykorzystać.
Równolegle do mszy toczyły się w kryptach kościoła ostatnie nerwowe przygotowania. Tu jakiś obraz krzywo wisiał albo ktoś się na kogoś krzywo popatrzył, tam jakieś krzesło stało w drodze albo ktoś komuś stanął na drodze do realizacji własnej koncepcji. No – ogólnie wiadomo, jak to jest, jak szykuje się coś wielkiego. Dlatego też nie wszyscy zdążyli na mszę, choć – w porównaniu z jakąkolwiek niedzielą – kościół i tak pękał w szwach.
Na dole wrzało – a na górze się modlono. Na dole Curator już dopiął wszystko na ostatni guzik, nawet własną marynarkę – na górze trwał koncert. Artystka w pończochach w paski, zdążyła zmienić je na wersję w kropki – na górze trwał koncert. Na dole ktoś się już nie mógł doczekać i ponalewał wino do kieliszków – na górze trwał koncert. Na dole tłumy waliły już na wystawę – na górze trwał koncert. Na dole ktoś nerwowo wiercił się na stołku rozmawiając z kimś, kto nerwowo przebierał nogami – na górze trwał koncert. Na dole ktoś w końcu dał sygnał startu, a tłum pochwycił kieliszki i rozsypał się po sali – na górze trwał koncert. I pewnie trwałby aż po dziś dzień, gdyby Pianiście nie skończyły się nuty. Góra w końcu mogła zejść na dół i oddać się uciechom wszelakim. Nie brakowało wina, półmiski uginały się od garnirowanych przekąsek, z kuchni co chwilę wyłaniała się kolejna ofiara z tacą, rzucona na pastwę zgłodniałego tłumu. (Bez obaw, nikt poważnie nie ucierpiał, choć jednej z kelnerek nadgryziono palec, myląc go z polskim kabanosem.)
A jakie znakomitości gościły na wystawie! Byli Urzędnicy, Biznesmeni, Przedstawiciele wszelacy, Redaktor Poczytnego Pisma, znakomity Kucharz, Ksiądz, byli Artyści, Współpracownicy, Spragnieni Sztuki i tylko Spragnieni, Przyjaciele, Krewni i Rodzina! Długo by tak wymieniać... Obie sale wrzały od rozmów i śmiechów, wino lało się strumieniami, w powietrzu unosił się zapach chleba (dzięki instalacji jednej z Artystek), Sztuka promieniowała ze ścian na wszystkich gości. Niejeden poczuł się wyjątkowo w takim otoczeniu... Nawet zwykła pomocnica techniczna w trakcie imprezy awansowała na Bufetową i od tej pory tylko tak będziemy ją nazywać. No, ale dość tego – pozostawmy gościom resztę wspomnień, może kiedyś, przy okazji, nimi się podzielą.

Dzień DRUGI

Trochę niewyspani, lekko zdenerwowani, nieco odurzeni sukcesem pierwszego dnia– zebrali się około południa w kryptach ci, którzy z wystawą byli związani najbardziej. Już drzwi były otwarte, ekspres do kawy bulgotał, wszyscy na swoich stanowiskach w oczekiwaniu na pierwszych gości. W końcu przyszli... Nieco niepewni, bo i miejsce nietypowe i pora jeszcze dość wczesna. Ale cisza była znakomita i atmosfera jakaś taka podniosła i swojska zarazem. Przychodzili i oglądali, powoli, bez pośpiechu. Bez zbędnej gadaniny. Duszność dnia poprzedniego ustąpiła miejsca lekkim podmuchom z zewnątrz, przez otwarte drzwi wpadało do krypt światło słoneczne, raz po raz przez salę przemykał Ksiądz, obdarzając wszystkich szerokim uśmiechem. W przykościelnym ogródku pewna Artystka zasiadła pod drzewem i zaczęła malować... Szefowa, podobnie jak przez ostatni tydzień, nadal ciągle odbierała telefony, ale tym razem z gratulacjami, co i ją wprawiło w niebiański nastrój.
Drugi dzień minął właśnie tak – na kontemplacji Sztuki, na wesołej krzątaninie, na luźnych pogawędkach, na znakomitej rozrywce (dzięki sprzyjającej pogodzie Groove Razors dali czadu we wspomnianym ogródku)... Około godziny 22, już nieco zmęczoną, ale bardzo entuzjastyczną publiczność ukołysała pięknym głosem Dominika Zachman i całe towarzystwo rozeszło się do swoich lub nie swoich domów, aby nabrać sił na kolejny dzień.

Dzień trzeci

Co się działo dnia trzeciego! Szefowa Imprezy, w celu odstresowania, pojechała z Bufetową na zakupy i pogubiła się w tłoku, a potem utknęła w gęstym korku. Na szczęście Ksiądz do kościoła przyszedł, drzwi krypty otworzył na oścież, żeby żaden Spragniony Sztuki pod zamkniętymi drzwiami nie stał. Słońce znów świeciło, letni wiaterek jeszcze się błąkał po londyńskich ulicach, a przed kościołem Artystka rozstawiała sztalugę, aby w tej pięknej scenerii dokończyć dzieło rozpoczęte poprzedniego dnia. Inny Artysta powoli rozbijał obóz w okolicach swoich obrazów, aby nie przegapić żadnego interesanta, bo zainteresowanie jednym z jego obrazów było spore. Reszta Artystów albo leczyła kaca w domowym zaciszu, albo ciężko pracowała od bladego świtu, przy czym trudno stwierdzić, która z tych czynności należała do bardziej nieprzyjemnych. Najcięższy poranek miał jednak Redaktor Poczytnego Pisma – nie posiliwszy się solidnym śniadaniem, ruszył samochodem za Londyn, na wielkie uroczystości (o których zapewne pisze w swojej gazecie; poszukajcie, poczytajcie) i oprócz dostojnych przemówień, dostał tam porcję bigosu, który okazał się kwaśną kapustą, że wrócił na Imprezę ze zgagą i aż się krzywo popatrzył na Bogu ducha winnego śledzia. Bufetowa, jak już wiemy z wcześniejszej relacji, robiła zakupy z Szefową, całkowicie zapominając o śledziu i sałatce, które czekały na przyrządzenie.
Tak rozpoczął się ostatni dzień Imprezy, ale nie myślcie, że był to niewypał. Nic bardziej mylnego!
Skołatane nerwy uczestników i organizatorów wnet ukoiła anielskimi dźwiękami Monika Lidke z zespołem. Po sali unosił się zapach kawy, dla wielu porannej, choć zbliżała się szesnasta. Powoli zaczęły napływać inne Osobistości, po części znane nam już z wcześniejszych dni, ale nie brakowało też zupełnie nowych twarzy. Przyszedł choćby pewien szewc z żoną, strzelił kielicha (co prawda tylko wina) i zachwycił się wystawą. Albo nie, na odwrót, bo można źle zinterpretować. Przyszedł, zachwycił się i wypił, w tej kolejności. Ku zdziwieniu wszystkich pojawił się też Pianista, który rano miał odlecieć do Polski na kolejny koncert, ale nie poleciał, bo stwierdził, że tu się lepiej bawi i niech mu tam jakieś zastępstwo znajdą. No i zebrało się grono Najwytrwalszych, którzy mimo zmęczenia postanowili w pełni cieszyć się ostatnim dniem ARTerii.
W salach dalej rozbrzmiewała muzyka (najpierw Sławek Żak, potem znów Lidke), toczyły się zarówno dyskusje, jak i luźne rozmowy, tak zwane smoltoki, obrazy nadal równo wisiały na ścianach i obserwowały, co się wokół nich dzieje. Nagle – zrobiło się ciemno, coś zagrzmiało, coś zahuczało, Ksiądz uciekł (ale zaraz wrócił), niejeden gość schował się w kuchni lub w toalecie albo za drzwiami, wszyscy w napięciu oczekiwali, jaki finał przybierze Impreza. No i zaczęło się! Na scenie stanął Paweł Majewski z ekipą Why Not Here, a gitara jęknęła przeraźliwie, dając sygnał do rozpoczęcia.
Cała sala poszła w tany w takt ostrej muzyki, ściany trzęsły się od decybeli, aż obrazy drżały, jedna z Artystek porwała Redaktora do tańca (a że miał czarny garnitur i czerwone skarpety, w ciemności widać było jedynie tańczące skarpety), druga Artystka porwała Pomocnika Księdza, Pianista udawał gitarzystę, Bufetowa rzuciła ścierką na znak buntu i wraz ze swoimi Pomocnikami opuściła kuchnię, reszta gości też ruszyła na parkiet! Zabawy nie było końca, aż się zespołowi repertuar skończył i musieli grać wszystko od początku, ażeby się ludzie wybawili.
Impreza przeszła wszelkie oczekiwania organizatorów, nikt nie wyszedł z sali zawiedziony, a Szefowej aż się łezka w oku zakręciła, jak zamykała ciężkie, kościelne wrota za ostatnim gościem.

Epilog

Tak jak Impreza zaczęła się od nabożeństwa, tak też zakończyła się (nieoficjalnie) niedzielną mszą świętą. Ksiądz był zachwycony i głosił z ambony o polskiej gościnności, wspaniałych artystach i niezwykłej atmosferze. Później trzeba było posprzątać, zapakować obrazy, rzeźby i ceramikę, oddać klucze i pożegnać się (Szefowa znów płakała, ale dostała do wypicia resztkę białego wina z ostatniej butelki, i jakoś jej przeszło).
Dla tych, którzy nie mogli być z nami i dla tych, którzy jeszcze nie mają dość, mamy dobre wieści – to jeszcze nie koniec! ARTeria tętni życiem, w ARTerii buzują nowe pomysły, ARTeria szykuje dla Was jeszcze wiele niespodzianek!

Galeria:
Dodaj komentarz:
Autor:
Wpisz hasło z obrazka: (małymi literami)


REKLAMA
PODCASTY
...zobacz inne podcasty
ARTERIA
...zobacz archiwum Arterii
REKLAMA
ENGLISH PAGE
...zobacz inne artykuły
ANKIETA
Czy wyjeżdźasz na wakacje do Polski?
liczba głosów: 36086
Tak

28333
79%
Nie

7753
21%
...zobacz archiwum ankiet
WYSZUKIWANE TAGI

Polsport |Alimenty Wodzisław | pierścienie nierdzewne | opieka osób chorych i niepełnosprawnych Rybnik | ekogroszek Wodzisław | wykrawarki do naroży
kuchnie wodzisław | cyklinowanie Sochaczew | ocena ryzyka zawodowego sandomierz | śruby nierdzewne | wizerunek w biznesie śląsk