KIM JESTEŚMY REDAKCJA MARKETING DYSTRYBUCJA OGŁOSZENIA LISTY DO REDAKCJI KONTAKT 19 paĽdziernik 2017
E-WYDANIE
PUBLICYSTYKA
REPORTAŻ
LUDZIE I MIEJSCA
TAKIE CZASY
CZAS PRZESZŁY
CZAS TO PIENIĄDZ
DRUGI BRZEG
CZAS NA WYSPIE
AKTUALNOŚCI
ARTFUL FACE
PAN ZENOBIUSZ
FAWLEY COURT
REWERS
DOBRE, BO POLSKIE
SYLWETKI
LONDYN W SUBIEKTYWIE
OPOWIADANIA LONDYŃSKIE
ROZMOWA
LISTY DO REDAKCJI
KULTURA
RECENZJA
SYLWETKI
ROZMOWA
CO SIĘ DZIEJE
FELIETONY
KRYSTYNA CYWIŃSKA
ANDRZEJ LICHOTA
WACŁAW LEWANDOWSKI
GRZEGORZ MAŁKIEWICZ
V.VALDI
SPORT
AKTUALNOŚCI
RELACJA
ROZMOWA
FELIETON
GALERIA
PODRÓŻE
PO LONDYNIE
PO WYSPIE
POLSKIE DROGI
PO ŚWIECIE
W CZASIE I PRZESTRZENI
CZAS NA RELAKS
ZDROWIE POLECAMY
NA ŁAWECZCE
MANIA GOTOWANIA
KRZYŻÓWKA
KRONIKA ABSURDU
NA KOŃCU JĘZYKA
TO I OWO
ARTERIA
ARTYŚCI
GALERIA
EWA OBROCHTA
BASIA LAUTMAN
BEATA KOZŁOWSKA
WOJCIECH SOBCZYŃSKI
RYSZARD SZYDŁO
PAWEŁ KORDACZKA
MARIA KALETA
MAREK BORYSEWICZ
KRZYSZTOF MALSKI
KONRAD GRABOWSKI
JUSTYNA KABAŁA
IWONA ZAJĄC
ELZBIETA PIEKACZ
ELZBIETA CHOJAK
ELA CIECIERSKA
CAROLINA KHOURI
ANIA PIENIĄŻEK
AGNIESZKA KOWAL
A.HANDZEL-KORDACZKA
ANDRZEJ KRAUZE
ANDRZEJ LICHOTA
DAMIAN CHROBAK
GRZEGORZ LEPIARZ
SŁAWEK BLATTON
ANDRZEJ MARIA BORKOWSKI
PAWEŁ WĄSEK
MARCIN DUDEK
JOANNA SZWEJ-HAWKIN
DANUTA SOŁOWIEJ
TOMASZ STANDO
AGNIESZKA STANDO
OLGA SIEŃKO
FOTOREPORTAŻ
AGATA HAMILTON
JOANNA CIECHANOWSKA




Arteria to ciągły ruch
2009.09.26 / Alex Sławiński
TAGI:
Share |
Londyn jest niczym wielki organizm. Żyje, oddycha, wydala, komunikuje się z innymi organizmami, funkcjonując z nimi w symbiozie lub wrogim pasożytnictwie... Pośród plątaniny dróg ogromnego Londynu gubimy się, odnajdujemy, mijamy i zderzamy. Śmigamy wzdłuż jego ulic, kolejowych torów, tuneli metra... Owe arterie, transportujące nas – czasem na wielkie odległości – są jak układ krwionośny. Dzięki nim miasto może prawidłowo funkcjonować. Dokładnie tak jak człowiek. Wystarczy kilka korków na drogach lub awaria w metrze, by londyńskie City otarło się o katastrofę. Arterię – drogę łączącą różne punkty – „Nowy Czas” obrał za tytuł organizowanych przez siebie imprez kulturalnych.

Być może w tytule większy nacisk położono na słowo „art”, jednak trwająca od 17 do 19 września wystawa była nie tylko trzydniowym świętem sztuki. Stanowiła również próbę połączenia różnych światów. Prezentowała Polaków mieszkających w Londynie reszcie społeczeństwa, pokazując, że jesteśmy jego integralną częścią. Pod jednym dachem zgromadziła dzieła artystów przemawiających do świata bardzo różnym językiem: malarstwem, grafiką, fotografią, rzeźbą, filmem, muzyką... A także – stanowiła bardzo ważny krok na drodze jednoczenia samej Polonii. Tak bardzo zróżnicowanej i – nierzadko – skonfliktowanej.
ARTeria połączyła również samych twórców. Młodzi zaistnieli na równi z bardziej doświadczonymi. Utytuowani – z jeszcze nieodkrytymi. Mieszały się style, pojęcia, prądy, trendy, białe wino z czerwonym, chipsy z sałatką jarzynową...
Czwartkowy wernisaż mogę uznać za jeden z najbardziej udanych, spośród wszystkich wydarzeń tego typu, w jakich miałem okazję uczestniczyć. I nie piszę bynajmniej tych słów, by podlizać się naczelnemu. Bo nie muszę. Setki osób przewijających się przez miejsce imprezy zostawiły w księdze pamiątkowej wystarczający dowód na to, że nie spływa ze mnie wazelina.
Zaś co do samego miejsca... Gdy dowiedziałem się, gdzie zaplanowano zorganizowanie
ARTerii, byłem nieco zaskoczony. Nieczęsto imprezy o podobnym charakterze urządza się w podziemiach kościoła. Jednak – gdy przybyłem na miejsce – moje wątpliwości zniknęły szybciej, niż szynka z polskich sklepów w roku osiemdziesiątym pierwszym. Sale, w których miała odbyć się impreza, były większe i ładniejsze niż te, którymi dysponuje Biuro Wystaw Artystycznych w mieście mojego pochodzenia. Kiedy zaś w czwartkowy wieczór Janusz Kohut i Urszula Mizia zagrali w kościele St. George the Martyr wiedziałem, że nie można było lepiej trafić.
Gdy dokładnie rok wcześniej objeżdżałem Andaluzję, jednym z punktów, które odwiedziłem, była katedra w Kordobie. Słynie ona między innymi z mnogości kolumn podpierających jej strop. Jednakże jest również symbolem współistnienia różnych kultur, bo przez wiele lat służyła za świątynię zarówno muzułmanom, którzy ją wybudowali, jak i chrześcijanom, którzy owe tereny „odbili z rąk niewiernych”. Podobną rolę przez kilka wrześniowych dni pełnił kościół St. George the Martyr. Przez ten czas był nie tylko Domem Bożym, ale też świątynią sztuki. I niezależnie od tego, jaki cel przyświecał osobom przybywającym w owe miejsce, otrzymywały one to samo: ich duch mógł wznieść się aż pod niebiosa.
Wernisaże nie muszą charakteryzować się nadętym klimatem stypy po kimś bliskim. W czwartkowy wieczór znalazłem w kościelnej krypcie więcej życia niż w niejednej galerii pełnej słońca i przepychu. Przede wszystkim zaskoczyła mnie liczba przybyłych. Być może większe tłumy spotyka się podczas filmowych premier przy Leicester Square, jednak sale kościoła St. George the Martyr są dużo mniejsze niż Leicester Square i nawet owych kilkaset osób robiło niezły tłum. Jednak w odróżnieniu do kinowych wieczorów z czerwonym dywanem, tutaj artyści nie oddzielali się od widzów barierkami i setką ochroniarzy. Można było do nich podejść, zagadnąć i porozmawiać o ich dziele. Mimo że – ku zaskoczeniu samych organizatorów – impreza była masowa, to jednak nic nie straciła z intymności, jeśli chodzi o możliwość obcowania ze sztuką i jej twórcami.
Większość wystaw ma to do siebie, że rozpoczynają się bardziej lub mniej hucznym wernisażem, a potem trwają, trwają, trwają... aż zdychają. Tym razem organizatorom udało się wybiec poza obowiązujący schemat. Każdy z wieczorów imprezy okraszony był koncertami. Pozwoliło to uniknąć monotonii. O ile bowiem obraz czy rzeźba zazwyczaj trwa w czasie i przestrzeni, raz stworzona praca pozostaje taka sama na wieki, o tyle w świecie muzyki wszystko jest zmienne. Koncert, który odbywa się dzisiaj, już nigdy się nie powtórzy. Dlatego wydaje mi się, że zaproszenie muzyków do współudziału w ARTerii był znakomitym pomysłem. Każdy z przybyłych mógł wielokrotnie uczestniczyć w tej samej imprezie. Niby otoczenie to samo, ale z każdym wykonawcą przestrzeń artystyczna jest jakby inna.
Miałem okazję doświadczyć owej „różności w jedności”. Zupełnie inaczej odbierałem prace wiszące na ścianach i wypełniające przestrzeń sal instalacje po koncercie Kohuta, a inaczej podczas występu eterycznie brzmiącej Moniki Lidke. A jeszcze inaczej zapewne odbierana była sztuka w ciepły piątkowy wieczór, kiedy na tarasie przed wejściem do krypty rozbrzmiewał dźwiękami fusion kwartet Groove Razors Tomasza Żyrmonta, przyciągając znakomitym brzmieniem nawet przechodniów z ulicy. A potem, znów w kryptach, przysłuchiwano się już nocą przy blasku świec mocnemu, operującemu w niskich rejestrach głosowi Dominiki Zachman w repertuarze jazzowych standardów. Po drodze pojawił się jeszcze Sławek Żak w swym poetycko-balladowym repertuarze okraszonym niezwykłym głosem jego córki Zoe. Na sam koniec ARTerii – przy zgaszonych światłach – wystąpił zespół Why Not Here. Swym mocnym dźwiękiem spiął imprezę, niczym klamrą, w jedną całość z równie mocnym rozpoczęciem. Z tą różnicą, że w kościele, gdzie grał Kohut, było podniośle, natomiast ostre, rockowe brzmienia Why Not Here poderwały uczestników wystawy do… tańca.
Wiem, że ARTeria w Borough nie była ostatnim przedsięwzięciem artystycznym „Nowego Czasu”, bo arteria to przecież ciągły ruch!

Galeria:
Dodaj komentarz:
Autor:
Wpisz hasło z obrazka: (małymi literami)


REKLAMA
PODCASTY
...zobacz inne podcasty
ARTERIA
...zobacz archiwum Arterii
REKLAMA
ENGLISH PAGE
...zobacz inne artykuły
ANKIETA
Czy wyjeżdźasz na wakacje do Polski?
liczba głosów: 24227
Tak

20145
83%
Nie

4082
17%
...zobacz archiwum ankiet
WYSZUKIWANE TAGI

Polsport |narty OC | łańcuchy nierdzewne | masaż gdańsk | Bodtech | prasy krawędziowe
odchudzanie rybnik | nitonakrętki nierdzewne | geodeta Rybnik | książeczki zdrowia Jastrzębie Zdrój | zakupy ze stylistą śląsk