KIM JESTEŚMY REDAKCJA MARKETING DYSTRYBUCJA OGŁOSZENIA LISTY DO REDAKCJI KONTAKT 17 paĽdziernik 2017
E-WYDANIE
PUBLICYSTYKA
REPORTAŻ
LUDZIE I MIEJSCA
TAKIE CZASY
CZAS PRZESZŁY
CZAS TO PIENIĄDZ
DRUGI BRZEG
CZAS NA WYSPIE
AKTUALNOŚCI
ARTFUL FACE
PAN ZENOBIUSZ
FAWLEY COURT
REWERS
DOBRE, BO POLSKIE
SYLWETKI
LONDYN W SUBIEKTYWIE
OPOWIADANIA LONDYŃSKIE
ROZMOWA
LISTY DO REDAKCJI
KULTURA
RECENZJA
SYLWETKI
ROZMOWA
CO SIĘ DZIEJE
FELIETONY
KRYSTYNA CYWIŃSKA
ANDRZEJ LICHOTA
WACŁAW LEWANDOWSKI
GRZEGORZ MAŁKIEWICZ
V.VALDI
SPORT
AKTUALNOŚCI
RELACJA
ROZMOWA
FELIETON
GALERIA
PODRÓŻE
PO LONDYNIE
PO WYSPIE
POLSKIE DROGI
PO ŚWIECIE
W CZASIE I PRZESTRZENI
CZAS NA RELAKS
ZDROWIE POLECAMY
NA ŁAWECZCE
MANIA GOTOWANIA
KRZYŻÓWKA
KRONIKA ABSURDU
NA KOŃCU JĘZYKA
TO I OWO
ARTERIA
ARTYŚCI
GALERIA
EWA OBROCHTA
BASIA LAUTMAN
BEATA KOZŁOWSKA
WOJCIECH SOBCZYŃSKI
RYSZARD SZYDŁO
PAWEŁ KORDACZKA
MARIA KALETA
MAREK BORYSEWICZ
KRZYSZTOF MALSKI
KONRAD GRABOWSKI
JUSTYNA KABAŁA
IWONA ZAJĄC
ELZBIETA PIEKACZ
ELZBIETA CHOJAK
ELA CIECIERSKA
CAROLINA KHOURI
ANIA PIENIĄŻEK
AGNIESZKA KOWAL
A.HANDZEL-KORDACZKA
ANDRZEJ KRAUZE
ANDRZEJ LICHOTA
DAMIAN CHROBAK
GRZEGORZ LEPIARZ
SŁAWEK BLATTON
ANDRZEJ MARIA BORKOWSKI
PAWEŁ WĄSEK
MARCIN DUDEK
JOANNA SZWEJ-HAWKIN
DANUTA SOŁOWIEJ
TOMASZ STANDO
AGNIESZKA STANDO
OLGA SIEŃKO
FOTOREPORTAŻ
AGATA HAMILTON
JOANNA CIECHANOWSKA




Gdzie się podziali Huroni?
2008.12.12 / Włodzimierz Fenrych
TAGI: podróże w czasie i przestrzeni Włodzimierz Fenrych
Share |
Jeśli spojrzysz, drogi czytelniku, na mapę Kanady, zobaczysz na północ od Toronto wielkie jezioro Simcoe, na zachód od niego jeszcze większe jezioro Huron, a kraj pomiędzy nimi oznaczony będzie napisem „Huronia”. Na nieco dokładniejszej mapie możesz też znaleźć położone nad zatoką Georgian Bay miasto Midland. Na rubieżach tego miasta stoi wyniosła bazylika poświęcona dwóm męczennikom, co przy palu męczarni oddali swoje życie za wiarę. Ściąga ona tłumy katolickich pielgrzymów z całej Kanady.

Tuż obok bazyliki, właściwie po drugiej stronie autostrady, stoi obiekt ściągający mniej dewocyjnie nastawionych gości: rekonstrukcja siedemnastowiecznej misji założonej przez owych (wówczas jeszcze żywych) męczenników. Rekonstrukcja stanowi muzeum na wolnym powietrzu i składa się z drewnianego fortu w europejskim stylu oraz kilku długich domów, w jakich niegdyś mieszkali Huroni. Te długie domy, analogiczne do irokeskich długich domów, to solidne domostwa kryte od góry do dołu gontem z kory drzewnej. Po muzeum-rekonstrukcji kręcą się osoby ubrane w stroje z epoki, w tym również Indianie, tyle że nie są to Huroni, a Odżibweje. Bo Huronów w Huronii już dawno nie ma, została po nich tylko nazwa. A przecież misja Sainte-Marie-au-pays-des-Hurons powstała po to, by głosić Słowo Boże wśród Huronów. Co się więc stało?

Huroni byli ludem należącym do grupy irokeskiej (dlatego też nie dziwią długie domy w irokeskim stylu). Właściwie nie był to jeden lud, lecz konfederacja czterech plemion, których nazwy dziś mało kto pamięta. Podstawą ich gospodarki było ogrodnictwo, którym zajmowały się kobiety, połączone z myśliwstwem – domeną mężczyzn. W ogrodach wokół wsi hodowana była kukurydza, dynia i fasola, a także tytoń i ziemniaki. To odróżniało Huronów od otaczających ich plemion Algonkińskich, które żyły wyłącznie z polowania. To znaczy nie wyłącznie, pomiędzy Huronami a Algonkinami kwitł handel. Początkowo Huroni wymieniali produkty rolne na produkty lasu, ale na początku ery nowożytnej doszedł jeszcze jeden element: produkty pochodzące z Europy, przede wszystkim metalowe noże i topory oraz szklane paciorki. Towary z Europy przywozili francuscy rybacy, którzy w szesnastym wieku wypływali na niezwykle bogate łowiska Georges Bank, a na wybrzeżu Kanady naprawiali statki i zaopatrywałi się w słodką wodę. Na początku siedemnastego wieku pojawili się francuscy koloniści.

Twórcą francuskiej kolonii w Kanadzie był Samuel de Champlain, który w 1608 roku założył miasto Quebec. Huroni, chcąc mieć bezpośredni dostęp do europejskich towarów, wkrótce nawiązali z nim kontakt i zaprosili do Huronii, gdzie Champlain rzeczywiście pojechał. Kraj Huronów zrobił na nim wrażenie: obronne wsie solidnych domów otoczone palisadą, ogrody pełne warzyw, wszystko to kontrastowało z szałasami koczowniczych Algonkinów. Z osiadłymi ludami łatwiej jest handlować, dlatego wkrótce do Huronii przybyli francuscy kupcy w poszukiwaniu skór bobrowych. Za kupcami przybyli jezuici w poszukiwaniu zagubionych duszyczek.

Założony kilkadziesiąt lat wcześniej zakon jezuitów był dzieckiem swojej epoki. Powstały celem zwalczania Reformacji – a więc poniekąd także głupoty wśród katolików, która tej Reformacji była przyczyną – był zakonem ludzi wysoko wykształconych. Wchłaniał szybko najnowsze osiągnięcia w wielu dziedzinach wiedzy, a w niektórych dziedzinach wręcz przecierał szlaki. Pionierami byli jezuici w dziedzinie językoznawstwa oraz etnologii – nauk wówczas praktycznie nieistniejących. Wszystko to było oczywiście podporządkowane głoszeniu Słowa Bożego. Jezuici wędrowali na kraj świata, by głosić Słowo Boże nowo odkrytym ludom, ale by je głosić, musieli najpierw poznać języki oraz zwyczaje tych ludów. Wędrowali wszędzie, od Japonii, przez Chiny, Indie, Kongo i Paragwaj do... no właśnie, do Huronii. Wtedy to był kraj świata. Wędrowali i czasami odnosili spektakularny sukces, a czasami misja kończyła się ugotowaniem misjonarza w kotle z olejem. Wszystko dlatego, że wysoko wykształceni ojcowie rozumieli wprawdzie bardzo wiele, ale niestety zaślepieni doktryną nie rozumieli wszystkiego.

Huronom zależało na bezpośrednuim kontakcie z Francuzami, bo tylko w ten sposób mogli utrzymać dominującą pozycję w handlu międzyplemiennym, ale nie tylko dlatego. Wśród ludów irokeskich w tym okresie następował proces formowania się konfederacji politycznych. Dwie z nich – konfederacja Huronów nad jeziorem Simcoe oraz konfederacja Irokezów rezydująca na południe od jeziora Ontario – były w stanie permanentnej wojny. Huroni liczyli, że Francuzi ich w tym konflikcie wesprą. Francuzi propozycję sojuszu zaakceptowali, ale postawili wrunek: Huroni muszą u siebie przyjąć jezuickich misjonarzy.

Misjonarze wkrótce do Huronii przybyli. Początkowo mieszkali wśród Indain w ich wsiach, uczyli się języka i obyczajów. Zyskiwali przyjaciół, ale ich obecność od początku była przedmiotem kontrowersji. Misjonarzom zarzucano burzenie jedności ludu, a to dlatego, że nowo nawróconym zakazywali udziału w plemiennych obrzędach. Indiańskie obrzędy do dziś wiążą się z rozdawaniem darów, mają one na celu między innymi łagodzić takie destrukcyjne dla społeczności tendencje jak chciwość i zazdrość. Tymczasem misjonarze zakazywali swoim owieczkom udziału w obrzędach, a duchy ze związanych z obrzędami mitów uważali za diabły. Głównym motywem nawrócenia się na chrześcijaństwo była oczywiście chęć indywidualnego zbawienia własnej duszy, co dla indiańskich tradycjonalistów było czystą chciwością oraz odwracaniem się od własnej wspólnoty. Do tego dochodziły najzupełniej materialne korzyści związane z przyjęciem chrztu: Francuzi tylko chrześcijanom sprzedawali broń palną. W związku z tym statystyki chrztów dramatycznie poszły w górę w momencie, kiedy wzrosło zapotrzebowanie na właśnie ten towar. Stało się to w latach czterdziestych siedemnastego wieku.

W 1639 roku jezuici zaczęli działać z rozmachem – wtedy właśnie zbudowano misję Sainte-Marie-au-pays-des-Hurons. Tymczasem nad rzeką Hudson, w dziesiejszym stanie Nowy Jork Holendrzy zbudoweali Fort Orange (dziś Albany) i stamtąd handlowali z Irokezami. Holendrzy sprzedawali Irokezom broń palną nie pytając o wyznanie. W tym samym 1639 roku również Irokezi zaczęli działać z rozmachem: napadli po kolei na wsie Huronów, kilku przywódców zabijali przy palu męczarni, a resztę ludności uprowadzali i... adoptowali. Działali systematycznie niszcząc jedną wieś po drugiej, aż pod koniec lat czterdziestych nowo wybudowana misja stała dumnie pośród kraju, w którym nie było już pogan. Chrześcijan oczywiście też już nie było. Chrześcijańskich przywódców – konkretnie ojców Brebeufa i Lalemanta – Irokezi potraktowali tak samo, jak wodzów indiańskich; w końcu skoro są przywódcami, to trzeba im dać szansę, by dowiedli swego męstwa przy palu męczarni. Podobno najgorliwsi w dawaniu im tej szansy byli ich starzy dobrzy znajomi, dawni Huroni adoptowani przez Irokezów i odtąd walczący w ich szeregach.

Huroni oczywiście nie znikli zupełnie. Niektórzy z nich – ci ochrzczeni – uciekli na wschód i osiedlili się w okolicy Quebecu. Nieochrzczeni uciekli za Wielkie Jeziora i tam znani byli później jako Wyandoci. Duża część – w tym cały jeden szczep hurońskiej konfederacji – została zadoptowana przez Irokezów (tego zwyczaju masowej adopcji jeńców również nie rozumieli ani jezuici, ani inni biali obserwatorzy, którzy jeśli już, to chcieli mieć niewolników do pracy na plantacjach). A do kraju zwanego Huronia wprowadzili się Odżibweje z północy i to oni odgrywają dziś rolę Indian w muzeum Ste Marie.

Tekst i zdjeęcia: Włodzimierz Fenrych

Galeria:
Dodaj komentarz:
Autor:
Wpisz hasło z obrazka: (małymi literami)


REKLAMA
PODCASTY
...zobacz inne podcasty
ARTERIA
...zobacz archiwum Arterii
REKLAMA
ENGLISH PAGE
...zobacz inne artykuły
ANKIETA
Czy wyjeżdźasz na wakacje do Polski?
liczba głosów: 24171
Tak

20098
83%
Nie

4073
17%
...zobacz archiwum ankiet
WYSZUKIWANE TAGI

Polsport |adwokat wykroczenia warszawa | nitonakrętki nierdzewne | masaż gdańsk | Guillemin | psycholog Cieszyn
zespół muzyczny gliwice | odnowienie uprawnień spawaczy | rehabilitacja Radlin | kosmetyka mokotów | sklep alpinistyczny