KIM JESTEŚMY REDAKCJA MARKETING DYSTRYBUCJA OGŁOSZENIA LISTY DO REDAKCJI KONTAKT 25 listopad 2017
E-WYDANIE
PUBLICYSTYKA
REPORTAŻ
LUDZIE I MIEJSCA
TAKIE CZASY
CZAS PRZESZŁY
CZAS TO PIENIĄDZ
DRUGI BRZEG
CZAS NA WYSPIE
AKTUALNOŚCI
ARTFUL FACE
PAN ZENOBIUSZ
FAWLEY COURT
REWERS
DOBRE, BO POLSKIE
SYLWETKI
LONDYN W SUBIEKTYWIE
OPOWIADANIA LONDYŃSKIE
ROZMOWA
LISTY DO REDAKCJI
KULTURA
RECENZJA
SYLWETKI
ROZMOWA
CO SIĘ DZIEJE
FELIETONY
KRYSTYNA CYWIŃSKA
ANDRZEJ LICHOTA
WACŁAW LEWANDOWSKI
GRZEGORZ MAŁKIEWICZ
V.VALDI
SPORT
AKTUALNOŚCI
RELACJA
ROZMOWA
FELIETON
GALERIA
PODRÓŻE
PO LONDYNIE
PO WYSPIE
POLSKIE DROGI
PO ŚWIECIE
W CZASIE I PRZESTRZENI
CZAS NA RELAKS
ZDROWIE POLECAMY
NA ŁAWECZCE
MANIA GOTOWANIA
KRZYŻÓWKA
KRONIKA ABSURDU
NA KOŃCU JĘZYKA
TO I OWO
ARTERIA
ARTYŚCI
GALERIA
EWA OBROCHTA
BASIA LAUTMAN
BEATA KOZŁOWSKA
WOJCIECH SOBCZYŃSKI
RYSZARD SZYDŁO
PAWEŁ KORDACZKA
MARIA KALETA
MAREK BORYSEWICZ
KRZYSZTOF MALSKI
KONRAD GRABOWSKI
JUSTYNA KABAŁA
IWONA ZAJĄC
ELZBIETA PIEKACZ
ELZBIETA CHOJAK
ELA CIECIERSKA
CAROLINA KHOURI
ANIA PIENIĄŻEK
AGNIESZKA KOWAL
A.HANDZEL-KORDACZKA
ANDRZEJ KRAUZE
ANDRZEJ LICHOTA
DAMIAN CHROBAK
GRZEGORZ LEPIARZ
SŁAWEK BLATTON
ANDRZEJ MARIA BORKOWSKI
PAWEŁ WĄSEK
MARCIN DUDEK
JOANNA SZWEJ-HAWKIN
DANUTA SOŁOWIEJ
TOMASZ STANDO
AGNIESZKA STANDO
OLGA SIEŃKO
FOTOREPORTAŻ
AGATA HAMILTON
JOANNA CIECHANOWSKA




Zioło potrzebne od zaraz...
2008.12.05 / Gabriela Jatkowska
TAGI: takie czasy
Share |
Wychodzę na przerwę w pracy. Za barem nic się nie dzieje, idę zapalić. Na zewnątrz siedzi szef kuchni. Pali, ale nie papierosa. – Skąd to bierzesz? – pytam zaciekawiona. – Z coffee shopu – odpowiada. – To w Londynie są takie coffee shopy? – pytam z rosnącym zainteresowaniem. – Zaprowadzę cię, jeśli chcesz.

Londyn jest marketem nienasyconym. Możesz tu kupić wszystko, czego dusza zapragnie. Na Brick Lane, szczególne w niedzielę, roztacza się panorama kolorów, kształtów, rzeczy praktycznych, jak i tych, których zastosowania często nie znam. Wszystko. Możesz tu zakupić całkiem dobrej jakości ciuchy w granicach cztery funty za sztukę. Dżinsy, z nieoderwaną metką z jednego z renomowanych sklepów londyńskiej Oxford Street za pięć funciaków. Srebrny komplet sztućców za piętnaście, gitarę, gadżety żołnierskie, buty, nówki sztuki jak i używane, kwiatki, rowery, używane, kradzione; wszystko po przystępnych cenach. Market jest znanym miejscem, nikt nie pyta, skąd pochodzą rzeczy.

W Camden nie przejdziesz spokojnie wieczorem. Wzdłuż głównej ulicy koło Camden Station stoją zazwyczaj czarnoskórzy sprzedawcy wszelkiego rodzaju używek. – Hasz, marihuana… – syczą cicho. Nigdy jednak nie wiesz, co dokładnie kupujesz. Dalej słynny market, jarmark rozmaitości. Charakterystyczne camdenowskie buciory na wysokiej platformie, pstrokate sukienki z krynoliną, studia tatuażu, panaceum na nudę. Narkotyki są wszędzie, w okolicznych barach nierzadko wystarczy spytać barmana.

Następnego dnia wybieram się z moim kucharzem do coffee shopu, zaciekawiona, jak takie miejsce wyglądać może, jak funkcjonuje. Miejscówka znajduje się przy jednej z bardziej ruchliwych ulic na Wapping (wschodni Londyn) i nosi znamienną nazwę: London College. Ciekawe, czegóż mogę się nauczyć w tym londyńskim college’u?

Dzwonimy domofonem, żadnego numeru. Nad wejściem kamera rejestrująca kto wchodzi. Bez znajomości nie wejdziesz. Idziemy schodami do góry, po prawej mijamy mały pokoik, w którym ustawione są komputery, zapewne z podglądem na scenerię zewnętrzną. Ojciec chrzestny siedzi rozparty w fotelu, brakuje mu tylko cygara w ustach. Zamiast tego skręt, z którego ulatnia się charakterystyczny zapach.

– Kto to? – pyta wskazując palcem w moją stronę. – Koleżanka, klientka – odpowiada mój przewodnik.

Dostajemy pozwolenie na pójście dalej. A tam bar, gry komputerowe, stół bilardowy, pokoik z wielkim stołem pośrodku, wokół niego sofy, rozłożyste, wygodne.

– Zaliczysz zwałę, możesz kimnąć – informuje mnie kucharz. Wokół stołu kilku klientów kręci jointy, paru już w ekstatycznym odurzeniu osuwa się na sofki. Adel zostawia mnie pośrodku barłogu. Wszędzie unosi się silny zapach haszu, oczy palących z ciekawością zwracają się w moim kierunku. Dziewczyny raczej tu nie zaglądają. Klientela w większości arabska, Pakistan, Algieria, Iran... Przychodzi nasz chłopak. Wysypuje swoje skarby, małe zawiniątka, marycha, hasz, jakieś kuleczki. – Kokainę też sprzedajesz? – pytam. – Tak, ale nie tu, da się załatwić – odpowiada Mohammed.
Cennik przedstawia się przystępnie, gram marychy dwadzieścia funciaków, laska haszu dziesięć. Można nawet skręty na sztuki kupić, funt pięćdziesiąt za jednego.

Takich miejsc w Londynie jest zapewne wiele. W tej samej dzielnicy, zupełnie przypadkiem natrafiam na podobne miejsce, wślizguję się do środka z kolegą za jakimś Arabem. Miejsce wygląda bardziej jak jakiś mało przyjazny klub nocny. Wszyscy z niepokojem zapytują, czy jesteśmy dziennikarzami czy z policji.

– Ani jedni, ani drudzy – odpowiadamy, starając się nie okazywać strachu. Niezbyt przekonująco wypadamy z wersją, iż przyszliśmy od Aliego. Widocznie nikt taki w tym miejscu nie bywa. Zostajemy wyrzuceni na zewnątrz, udaje nam się ujść cało.

Nikt mi dziś nie powie, że narkotyki są w tym mieście zakazane. Pokazują się, nawet nie musisz ich szczególnie szukać. Do klubów wchodzi cała masa dealerów, po paru wizytach wiesz dokładnie, kto czym handluje i czy warto kupować. Nielegalny handel przekracza wszelkie granice, dostajesz wszystko co chcesz, o każdej porze dnia i nocy. Niektórzy oferują serwis dwadzieścia cztery godziny na dobę. I przez dłuższy czas są nieuchwytni. Policja zamknie jedną handlarnię, na jej miejsce powstaną trzy. Przy wejściu do klubu nikt się szczególnie nie kryje, nawet jeśli cię ktoś złapie z większą ilością proszku, zostajesz co najwyżej wywalony i nie pozwolą ci wejść ponowne. Żadnych poważniejszych konsekwencji. Nic dziwnego, że coraz więcej, coraz młodszych próbuje, a narkotyki stają się równie dostępne jak alkohol.

Do jednego z klubów we wschodnim Londynie, „Aquarium”, w którym główną atrakcją jest basen, nie wpuszczają na pływalnię zbyt pijanych, ale już nikt nie zwraca uwagi na to, czy jesteś na czymś. Bo w większości klienci są na czymś. I najlepsze jest to, że są to ludzie, którzy reprezentują wszystkie możliwe grupy społeczne, nie można ich więc jakoś wyselekcjonować. No, może poza doborem tych droższych i tych tańszych dragów.

Czy policja jest aż tak tolerancyjna i przymyka oko? Czy tak bezsilna, że zostawia ten problem samorozwiązaniu?

Tekst: Gabriela Jatkowska
Fot: Marcin Piniak

Dodaj komentarz:
Autor:
Wpisz hasło z obrazka: (małymi literami)


REKLAMA
PODCASTY
...zobacz inne podcasty
ARTERIA
...zobacz archiwum Arterii
REKLAMA
ENGLISH PAGE
...zobacz inne artykuły
ANKIETA
Czy wyjeżdźasz na wakacje do Polski?
liczba głosów: 25042
Tak

20867
83%
Nie

4175
17%
...zobacz archiwum ankiet
WYSZUKIWANE TAGI

Polsport | | | | |
| | | |